widocznie tak było najlepiej
#76
Cytat:[autor cytatu=freeq]
Dziś rano w kościele nagle zaczęły mi lecieć łzy

To ja już trzecia, której dziś w Kościele też leciały łzyWink Czy to jakiś szczególny dzień?
Odpowiedz
#77
Dziś dowiedziałam się, że widziałam serce mojego Dzieciątka nie tylko w pierwszych chwilach jego bicia, ale i w ostatnich...
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam moje Maleństwo, to serduszko biło bardzo wolno. Wtedy lekarka powiedziała, że może ciąża jest zagrożona, ale możliwe też, że to tylko taki rozruch, bo serce mogło dopiero co zacząć bić. A dziś m przyniósł mi wypis ze szpitala. Wtedy jakoś nie zwróciłam na to uwagi - słyszałam tylko słowa, że jest martwe... widziałam na usg nieruchomą \"fasolkę\"... ale na wypisie przeczytałam, że wg usg moje dziecko odeszło na początku 9 tygodnia. Na początku 9 tygodnia widziałam je też na usg - żywe. Serduszko biło - jeszcze trochę poniżej normy, ale wyraźnie szybciej, mocno i równo. Ja odebrałam to jako nadzieję, a okazało się, że to było jego pożegnanie. Ono wiedziało, że odchodzi... wiedziało, że je widzę, więc ostatkiem sił zatrzepotało maleńkim serduszkiem... dla mnie. Może następnego dnia, może godzinę, a może nawet kilka minut później moje dzieciątko cichutko odeszło... A ja żyłam nadzieją jeszcze przez prawie 3 tygodnie....
Potem pożegnało się ze mną jeszcze raz - już jako Aniołek. Dzień po zabiegu, kiedy szeptałam słowa pożegnania... Nie będę opisywała w jaki sposób, bo ktoś jeszcze pomyśli, że zwariowałam.... ale ja wiem... czuję.... jestem pewna, że to było jego pożegnanie... pozwoliliśmy razem z m mu odejść... żeby nie tkwił w zawieszeniu między niebem a ziemią.... żeby mógł być szczęśliwy....
Może ja też jeszcze kiedyś będę mogła czuć się szczęśliwa... kiedyś... ale jeszcze nie dziś, nie jutro....
Odpowiedz
#78
Ciągle \"siedzi\" we mnie to, co wczoraj odkryłam... gdzieś między głową a sercem... między psychiką a emocjami... to już nie ma znaczenia, czy to moje kochane serduszko przestało bić 2 minuty czy 2 dni po tym jak je widziałam.. moje dziecko odeszło.................. a z nim bezpowrotnie pewna cząstka mnie.......
Jestem zmęczona..... mega zmęczona.........
Odpowiedz
#79
... bo to ciągłe napięcie... walka z codziennością... kilkakrotne w ciągu dnia upadanie i powstawanie... to wszystko bardzo trudne - i emocjonalnie i fizycznie...
mam wrażenie, że powinno się znaleźć jakieś \"zewnętrzne źródło energii\"... bo wewnętrzne wydaje mi się zupełnie wyeksploatowane...
Odpowiedz
#80
O tak, mam to samo, nie umiałam tego nazwać... MEGA ZMĘCZENIE...takie wielkie, że chciałabym się położyć i nie wstać...a zewnętrzne źródło energii?? tylko co?? opycham się czekoladą, na potęgę... nic nie daje
Odpowiedz
#81
chyba nie miałam na myśli czekolady... to pomaga na chwilkę... a w efekcie - przynajmniej u mnie - daje poczucie winy, że jem słodkie... a nie powinnam...
moim \"dodatkowym napędem\" są dzieci, m. ... ale chyba moja \"wtyczka\" jest wadliwa? zepsuta? ...bo dociera do mnie zaledwie skrawek tej energii jaka zazwyczaj od nich płynęła... poza tym jedna z części tego \"zasilacza\" - najnowsza i paradoksalnie dająca jeszcze do niedawna najwięcej sił, została odłączona Sad ...a od tych które zostały jakbym była oddzielona pleksą?... nie chcę żeby zmieniła się w mur Sad
Odpowiedz
#82
też myślę o synku, mężu, że to oni napędzają, ale jednocześnie mam poczucie, że nie mogą nieść tego ciężaru..tzn. nie umiem tego napisać... nie chcę ich obarczać sobą, bo oni też potrzebują energii, a teraz muszą jej produkować jeszcze dla mnie...tak jak piszesz o tej pleksie, to nie wiadomo ile tej energii naprodukują, ona dociera w niewielkim stopniu, a ich kosztuje to dużo wysiłku, dlatego szukam motora poza domem...myślę o psychologu, ale na myśleniu się kończy...liczyłam na grupę wsparcia, ale jakoś nie rusza...więc duszę się za tą ścianą................\"oby nie zmieniła się w mur\"
Odpowiedz
#83
kosiek - może jednak warto skorzystać z pomocy psychologa - ja byłam 2 razy i zamierzam jeszcze kilka razy pójść... na razie chodzę raz w tygodniu... czy to pomaga? - pewnie przekonam się za kilka tygodni, miesięcy... bo to wcale nie zabiera bólu, żałoby... ale pozwala przez nią przejść... na dzień dzisiejszy uważam, że warto - właśnie po to, żeby po 1. zrozumieć siebie, a po 2. nie obciążać dodatkowo otoczenia... choć to, czego się póki co \"nauczyłam\" - musisz dać sobie czas, być dla siebie cierpliwa - bo inaczej nie \"wrócisz\" do swoich bliskich... pewnych procesów nie da się przyspieszyć ani nie należy omijać - bo w efekcie przyniesie takie działanie więcej szkody niż korzyści (które pozornie pojawiają się na pierwszy rzut oka)...
... a czerpanie energii z bliskich nie musi być dla nich ze szkodą, nie musi ich kosztować dużo wysiłku... ot takie czerpanie z ich radości, z ich sukcesów... z samego bycia blisko... ale to właśnie to, co na razie do mnie nie dociera... i dopuki nie wygrzebię się z mojej studni, to się nie zmieni...
...a pomaga mi w tym psycholog... a w zasadzie dwóch... jedna z tych osób to profesjonalista - o którym pisałam wyżej... a druga to mój własny prywatny Anioł (mam nadzieję,że nie obrazi się za to \"prv\"), który mnie codziennie \"wysłuchuje\", rozumie, wspiera ważnymi słowami... nie wiem jak to robi - znajduje dla mnie czas i znajduje dokładnie takie słowa jakie trzeba...i ma chyba nieskończone pokłady cierpliwości... (moni :* )
Odpowiedz
#84
Z mojego doświadczenia terapii, wielokrotnej i wieloletniej, przydaje się ona bardzo.
Przede wszystkim - bo pozwala werbalizować, nazywać, mówić, mówić, mówić. Wyrzucać z siebie, wywoływać łzy. Powodować refleksję, poukładanie spraw, spojrzenie z dystansu - także oczami terapeuty.
Pewne uczucia trzeba rozkminić, rozebrać na czynniki pierwsze, rozerwać szmaty jak ja to mówię. Inaczej nie tylko nie umiemy ich nazwać ale nie potrafimy ich przerobić. Pójść do przodu. Nie bez złych wspomnień ale z siłą na codzienność. Bez zbędnych obciążeń. A za zbędne uznaję poczucie niezrozumienia, co się ze mną dzieje.
Niektórym taką formę wygadania się daje pisanie pamiętnika, bloga. Czy pisanie na Forum. Ale trzeba być naprawdę mocną psychiczna konstrukcją by w sytuacji granicznej - jak śmierć dziecka - potrafić samemu racjonalnie patrzeć na siebie, przyjrzeć się uczuciom, pozwolić im się \"wydziać\".
Spotkanie z terapeutą pomaga.
Terapia to nie tylko proces zdrowienia ale tez proces poznawczy. Żeby dojść do wniosku jakim człowiekiem teraz jestem, z tym doświadczeniem, z tymi uczuciami. I ponieść dalej ten bagaż. I poszukać jasnej strony ulicy.
Odpowiedz
#85
Wypowiedź masaiimarii uderza w sedno sprawy. Ja chodziłam do psychologa prawie rok i gdyby nie te spotkania być może do tej pory nie uporałabym się z żałobą. Z panią psycholog rozłożyłyśmy moje uczucia na części pierwsze,nauczyła mnie nazywać swoje uczucia, kontrolować gniew. Bardziej otwarłam się przy tej kobiecie niż przy mężu i przy rodzinie. Pomogła mi naprawić relację z mężem i mamą, które przez moje oderwanie od rzeczywistości się bardzo popsuły, śmiem nawet stwierdzić, że uratowała mój związek. Podniosła poczucie mojej wartości, które równało się dla mnie z marnym robakiem. Pokazała techniki relaksacyjne, a poza tym przygotowała mnie na możliwość kolejnej straty.
Bardzo się cieszę, że uczęszczałam na te spotkania i jeżeli ktoś czuję taką potrzebę to polecam mocno.
Odpowiedz
#86
To prawda. Ja też kiedyś korzystałam z pomocy psychologa. Przeżywałam taką niby \"żałobę\" (bo sprawa nie dotyczyła śmierci jako takiej) - ale \"bujałam się\" między etapem rozpaczy i apatii. Nie mogłam wyjść poza te etapy przez 2 lata. Nie umiałam zaakceptować siebie tu i teraz - w takiej a nie innej sytuacji i z takim bagażem negatywnych przeżyć i emocji. Nie umiałam pogodzić się z tym co się wydarzyło. \"Zmroziłam się \". Po terapii stanęłam na nogi, choć nie wierzyłam, że to będzie jeszcze możliwe. Powoli warstwa po warstwie \"rozmrażałam emocje\", nazywałam je, próbowałam zrozumieć i wyrzucić.

Teraz też chętnie skorzystałabym z pomocy terapeuty, ale to za duży wydatek wiec póki sytuacja nie jest tragiczna, póki mam to forum i was wszystkie - liczę, że może tym razem uda się bez fachowej pomocy. Ale dziewczyny - jeśli korzystacie z pomocy psychologa, to chętnie poczytam, czego uczy was terapia, jak wam pomaga (może i mi pomoże). Wiem, że w krótkich postach nie da się opisać całej terapii, ale każda rada jest mile widziana i cenna. Ja też staram się dzielić wiedzą i doświadczeniem na różnych wątkach (jeśli akurat coś mi się nasunie) - ale trochę błądzę, bo moja sprawa nie dotyczyła dokładnie poronienia. Więc staram się dopasowywać to, czego nauczyła mnie terapia do aktualnej sytuacji...
Jak będę miała chwilę czasu napiszę coś więcej na ten temat.
Dzięki za wszystkie powyższe wypowiedzi.
Odpowiedz
#87
ja tylko dodam, ze trzeba też trafić na odpowiedniego człowieka. Pierwsze dwa spotkania miałam z inną babką i nic one nie wniosły, wręcz pogorszyły sprawę. Pani oprócz tego, że pięknie i sexsownie się prezentowała, moim zdaniem nie miała pojęcie o pomocy psychologicznej zwłaszcza po utracie ciąży i tylko przypadek sprawił, ze miała urlop w dniu mojej wizyty i zastąpiła ją inna kobitka. Odnośnie kosztów to po skierowaniu od psychiatry przysługują chyba 3 spotkania z psychologiem na NFZ, ale to chyba też zależy od kliniki. Mi się udało bo moja psycholog wzięła mnie do MOPSu i tam prowadziła ze mną terapie niby z innego powodu, ale spotkania w dużej mierze dotyczyły moich przeżyć i emocji. Trzeba trafić na dobrą duszę, bo nie każdy jest w stanie zrobić coś dobrego dla człowieka w rozsypce.
Pani Natalio dziękuję...
Odpowiedz
#88
W wielu miastach działa też Poradnia Zdrowia Psychicznego, gdzie można terapię prowadzić za darmo.
Odpowiedz
#89
Minęło 5 tygodni. Właściwie minie wieczorem - 5 tygodni temu o tej porze nie wiedziałam jeszcze jak strasznie skończy się ten dzień - że wieczorem już będę pusta..........

A przedwczoraj usłyszałam najgorsze pytanie, jakie kobieta po stracie dziecka może usłyszeć. Dostałam sms-a od lekarza - dzwoniłam 2 razy żeby się zapisać na wizytę, nie odbierała. A 2 godziny później napisała, że przeprasza, że jest na konferencji, pytała, czy to coś pilnego. Nie znała mnie, mojego numeru telefonu - bo nigdy u niej nie byłam (chcę zmienić ginekologa). Mąż zauważył moją zaskoczoną minę, a gdy odpowiedziałam, że obca lekarz do mnie napisała - to kolega, który był przy tej rozmowie zapytał: Ale ty chyba nie jesteś w ciąży??? Szok!!! Powiedziałam lekarz - to mógł być każdy: laryngolog, okulista, internista.... A on akurat z takim pytaniem wyskoczył. Mimo, że miałam nalaną lampkę wina. Nie skojarzył, że przecież bym nie piła... To pytanie kompletnie zwaliło mnie z nóg. Tego wieczora wypiłam dużo wina. Śmiałam się głośniej niż zwykle, żeby zagłuszyć to huczące w uszach pytanie: Ale ty chyba nie jesteś w ciąży????????? Huczy nadal..... I tylko odpowiedź jest inna niż bym chciała... niż być powinna.....
Odpowiedz
#90
Wczoraj miałam fatalny dzień - jakbym miała za dużo łez, jakby nie mogły się zmieścić w oczach... wciąż i wciąż wylewały się ze mnie...
Miałam spotkać się ze znajomymi oczekującymi dziecka - nie dałam rady - znalazłam wymówkę i mąż pojechał sam. On rozumie. Dlatego mnie nie namawiał. Gdybym poprosiła by on też nie jechał, to na pewno by został. Ale nie chcę stracić tych znajomych. Dlatego narazie to on podtrzymuje znajomość. Jemu trochę łatwiej... A kiedyś - jak już będę w stanie - wszystko im wytłumaczę. Póki co, nie chcę dokładać sobie bólu... nie chcę być masochistką. Psycholog powiedziała mi kiedyś, że trzeba być dla siebie dobrym... że trzeba czuć.... czuję, że spotykając się z ciężarną koleżanką, nie byłabym dla siebie dobra...

Brakuje mi Aniołka.. mój pierwszy Aniołek na pewno ma tam wielu przyjaciół.. a teraz ma jeszcze przy sobie brata....
Kiedyś obu ich przytulę... ale narazie mam tu dzieci, które bardzo mnie potrzebują
Odpowiedz
#91
Cytat:[autor cytatu=freeq]
A kiedyś - jak już będę w stanie - wszystko im wytłumaczę. Póki co, nie chcę dokładać sobie bólu... nie chcę być masochistką. Psycholog powiedziała mi kiedyś, że trzeba być dla siebie dobrym... że trzeba czuć.... czuję, że spotykając się z ciężarną koleżanką, nie byłabym dla siebie dobra...
Na tłumaczenie przyjdzie czas... albo możesz to zrobić w formie pisemnej (ja jednej znajomej napisałam krótki list - nie umiałam rozmawiać...)
Masz rację - trzeba być dla siebie dobrym... i nie wolno robić niczego wbrew sobie... nie możemy same siebie dodatkowo ranić - wystarczy, że robi to niejednokrotnie nasze otoczenie....
Odpowiedz
#92
Po pierwszym poronieniu też napisałam list - do jednej z koleżanek ze studiów. Napisałam, co się stało. Poprosiłam, żeby powiedziała pozostałym...
Teraz wolałabym wytłumaczyć się znajomej w 4 oczy. To bardzo mądra osoba, myślę, że zrozumie... Ale narazie nie jestem gotowa na rozmowę o tym - rozmawiam tylko czasem z mężem i tutaj.... Myślę, że porozmawiam z nią dopiero po jej porodzie
Cieszę się, że nie zdążyłam powiedzieć o ciąży w pracy - co prawda nikt mi teraz nie współczuje, ale też nikt się nie lituje... Biorę udział w normalnych codziennych rozmowach i czasem to ja z politowaniem myślę, z jakich \"dupereli\" niektórzy robią problem, jakimi \"drobiazgami\" się przejmują... No, ale ciężkie, trudne przeżycia zmieniają widzenie świata, priorytety...
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że często nocami najbardziej gorzko płaczą ci, którym za dnia uśmiech nie schodzi z twarzy... Taka właśnie jestem - może nie dosłownie (ja też czasem płaczę za dnia, i nie zawsze non stop się uśmiecham), ale raczej cierpię w samotności. Tego jednego psycholog nie zdołała mnie nauczyć - dzielenia się swoim cierpieniem. Chociaż może trochę się nauczyłam... dzielę się tutaj...

Dziękuję wszystkim, którzy są w tych trudnych chwilach ze mną
Odpowiedz
#93
Mija kolejny dzień bez mojego najmłodszego synka. To znaczy - nie ma go pod moim sercu, za to w sercu i w głowie jest cały czas. Nieustannie myślę - o Nim, o tym, jaki byłby już duży, o tym jak wyglądałby mój brzuszek, czy czułabym już ruchy - delikatne jak trzepotanie motylka??? Nie mogę uwolnić się od tych myśli - jestem już nimi tak strasznie zmęczona - mam takie wrażenie, jakbym cały czas chodziła ze zmarszczonym czołem - te myśli nie przynoszą ukojenia - one mnie przytłaczają... pamiętać i kochać to nie znaczy non stop myśleć, analizować... ale ja nie mogę przestać, te myśli wciąż i wciąż wracają... co robić???
Odpowiedz
#94
freeq w gdańsku kiedyś dogadałam się z młoda psycholg która prowadziła terapię po poronieniu. Kilka razy się z nia spotkałam, nawet mailowałyśmy do siebie niedgys. Jak chcesz odnowie kiontakt. Wiem ze prowadziła terapię za friko. Może ona ci pomoze?

przytulam cie bardzo ciepło
Odpowiedz
#95
Jeśli będzie taka możliwość to bardzo chętnie. Raz już terapia mi pomogła - ale drooooga to była pomoc. Postanowiłam, że teraz też skorzystam, jeśli po kilku miesiącach, może po roku nadal nie będę umiała \"poradzić\" sobie ze stratą. Narazie rana jest jeszcze bardzo świeża. Staram się zastosować pewne rady z poprzedniej terapii, ale w praktyce nie zawsze wychodzi to, co wiem z teorii. Do przypadkowej psycholog nie pójdę, nawet za darmo, bo wiem, że może przynieść więcej szkody niż pożytku, jeśli źle trafię. Ale jeśli możesz kogoś polecić, to chętnie spróbuję.... Jestem gotowa naprawdę na wiele, żeby sobie pomóc... żeby żyć, a nie udawać, że żyję...

Dziś spokój - ale wciąż jestem taka jakby wygaszona, wycofana... i te myśli.....
Odpowiedz
#96
jeszcze dziś do niej napisze
Odpowiedz
#97
Dzięki
Może kiedyś to ja komuś pomogę. Narazie sama potrzebuję pomocy... i przede wszystkim czasu...
Odpowiedz
#98
Chaos. Muszę coś napisać, bo zaraz pęknę. 2 dni miałam tak \"zabiegane\", że nie miałam czasu siąść, poświecić dla siebie choć chwilę - zastanowić się, jakie są we mnie emocje, nazwać je, zrozumieć i odreagować. Nawet myśleć za bardzo nie miałam jak - ciągle byłam z kimś, ciągle coś się działo... Tylko, że myśli i uczucia i emocje nie chcą się odsunąć - walą \"drzwiami i oknami\" i nie pytają czy mam czas je rozpoznać... A teraz, gdy w końcu mogę się nimi zająć to jest ich za dużo na raz.... Taki mętlik... Na te 2 dni musiałam się \"zmrozić\", a teraz odmarzam, ale nie powili tylko gwałtownie - nic nie widzę, nie słyszę, nie czuję - poza chaosem - to tak jakby w tłumie głośnych, szalejących ludzi, spróbować skupić się na jednej osobie, rozmawiać z nią, rozumieć...
I jeszcze te święta.................... trudny czas..................
Odpowiedz
#99
Witam
mam na imię Ewa moje maleństwo odeszło 6 marca, minęło już ponad 3 tygodnie i wszystko wróciło bo odebrałam wyniki badań, w tamtym dniu nie było wiadomo jaka jest płeć dziecka, ja czułam że będzie dziewczynka, dziś otrzymałam dowód na to że serce matki się nie myli, to tak mocno ponownie zabolało i ta obojętnośc ze strony tych co przeszli do porządku dziennego. To nie minie, bo brat spodziewa sie dziecka, jest trochę młodsze od mojego, ja jak mam sie cieszyc jego narodzinami, kiedy mojego już wiecej nie zobaczę, nie usłyszę. Mam dwoje dzieci z poprzedniego związku, bardzo je kocham ale nie potrafię sobie poradzic z tym bólem Sad i masz rację freeq czas jest na prawdę ciężki i wszystko wraca Sad
Odpowiedz
Mycha bardzo mi przykro z powodu odejścia Twojego Maleństwa. Nie wiem czy czytałaś moje wcześniejsze posty - ja też mam wokół siebie ciężarne - moja najbliższa koleżanka oraz znajoma z pracy, a sąsiadka ma noworodka. Bardzo bym chciała cieszyć się razem z nimi - tak by było, gdybym nie straciła mojego Dzieciątka lub w ogóle w ciąży nie była (nie planowaliśmy czwartego dziecka). Ale stało się. Brakuje mi tej ciężarnej koleżanki, ale jak pomyślę, że mam rozmawiać z nią i jednocześnie patrzeć na brzuch, słuchać co wiedzieli na poprzednim usg itp. to nie potrafię się przemóc i tam pojechać lub ją zaprosić. Wystarczy, że w pracy przechodzę przez to codziennie... Jeśli brat i bratowa są taktowni, to zrozumieją czasowe rozluźnienie Twoich kontaktów z nimi. Nie zmuszaj się do niczego. Przeżyj żałobę tak jak czujesz. Ja tak właśnie robię - przynajmniej staram się....... Boli.............
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości