widocznie tak było najlepiej
#1
Pisuję od kilku dni na różnych wątkach - w końcu dojrzałam do tego, aby opisać własną historię...
Dołączyłam do Aniołkowych mam 16.02. Właściwie pierwszego Aniołka straciłam w listopadzie 1999 r. - to był 5 tydzień ciąży. Wtedy nie cierpiałam bardzo z powodu straty dziecka - ono było dla mnie takie nierealne... Ale mimo to rozpaczałam, bo bałam się, że nigdy nie zostanę mamą. No i oczywiście nie zapomniałam o tym, że mam tam w niebie małego Aniołka... teraz już 2 Aniołki
W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia na spotkaniu rodzinnym trzymałam miesięczne dziecko - powiedziałam wtedy, że chcę ją trochę ponosić, bo pewnie swojego takiego maleństwa już mieć nie będę. 2 dni później zorientowałam się, że mogę być w ciąży, a za kolejne 2 dni potwierdziłam to testem ciążowym. Byłam w szoku - myślałam, że ja nigdy nie wpadnę, że przecież znam swój organizm, wiem kiedy się zabezpieczać. Mamy już troje wspaniałych dzieci i chociaż w głębi serca bardzo pragnęłam jeszcze jednego dziecka, to świadomie bym się na nie nie zdecydowała. Dlatego byłam przerażona, ale jednocześnie bardzo szczęśliwa. Po kilku dniach zaczęłam plamić - nawet się bardzo nie przestraszyłam, bo w poprzedniej ciąży krwawiłam prawie non stop przez pierwsze 12 tygodni, a mimo to urodziłam zdrowego synka. Gdy zadzwoniłam do mojego lekarza, powiedział, że nic nie będziemy z tym robić, bo \"może organizm wie co robi...\" Po kolejnym tygodniu krwawienie się nasiliło, więc pojechałam do innej lekarki - tam zobaczyłam bijące serduszko, ale biło zbyt wolno. Lekarka dała mi Luteinę, ale z jej słów wynikało, że raczej nie ma szans. Tydzień później pojechałam do mojego lekarza - okazało się, że dziecko urosło, ale serce nadal zbyt wolne. Sugerował nawet, że może powinnam zrezygnować z Luteiny, \"bo może organizm jest mądrzejszy od nas\", ale w końcu wypisał kolejne recepty. Po kolejnych 2 tygodniach okazało się, że dzidzia znów urosła i serduszko przyspieszyło, ale nadal tętno poniżej normy. Lekarz zasugerował badania prenatalne - żeby obejrzeć dokładnie to serduszko. Bardzo się bałam. Modliłam się o cud, o to, żeby dziecko było zdrowe... ale modliłam się też o to, że jeśli to dziecko miałoby być chore, cierpieć, pół życia spędzić w szpitalach, doznać bólu - to lepiej niech Pan Bóg je zabierze - lepiej żebym ja cierpiała niż ono - i żeby to się stało, jeszcze zanim dzieci dowiedzą się o rodzeństwie, bo one też będą cierpiały, jeśli maleństwo odejdzie np. pod koniec ciąży - prosiłam też, żebym to nie ja musiała decydować o jego życiu (gdybym dowiedziała się, że jest bardzo chore, to nie wiem czy umiałabym je usunąć, ale nie mogłabym też skazywać je i całą rodzinę na tak straszne cierpienie)-jednym słowem oddałam nas woli Bożej, prosząc, żeby było jak najlepiej...Widocznie tak było najlepiej...
W Walentynki krwawienie zaczęło się trochę nasilać, ale potem ustępowało, to samo 15.02. Ale 16.02 - to był początek 12 tygodnia - widziałam, że już się nie zatrzyma. Ale nadzieję miałam do końca - każdy kolejny dzień, każdy tydzień - to była dla niego szansa. Nawet gdy lekarka w szpitalu powiedziała, że krwawienie jest umiarkowane a szyjka zamknięta, nawet gdy musiała zmienić sondę, bo przez brzuszną nic nie było widać, nawet gdy skupiona wpatrywała się w ekran - aż do chwili, gdy na moje pytanie, czy dziecko żyje, odpowiedziała, że niestety nie...
Reszta działa się jakby obok mnie - rzetelna informacja co dalej, mnóstwo papierów do podpisania, przebranie w szpitalną koszulę, oddział z ciężarnymi, podłączanymi co chwilę do ktg, gburowata pielęgniarka, pusta sala, do której mąż nie mógł wejść, więc siedziałam z nim w pokoju odwiedzin i czekałam na zabieg, leki dopochwowe, bóle brzucha, krwawienie, w końcu zabieg. Ostatnie słowa jakie usłyszałam przed narkozą to były: \"Dziewczyny, za chwilę mamy cesarkę\", a chwilę po wybudzeniu usłyszałam płacz noworodka... Po zabiegu nie mogłam spać, płakać, nic... Leżałam w sali, do 4 rano czytałam książkę, na której o dziwo nawet mogłam się skupić - czułam taką pustkę... Rano wypisali mnie do domu i dopiero tam przyszły łzy...
I wtedy dowiedziałam się o tej stronie...dobrze, że jest, że jesteście...
Nie wiem co mam teraz robić - czy spróbować jeszcze raz, skoro tak bardzo pragnę jeszcze jednego dziecka, czy raczej uznać, że widocznie tak jest lepiej... W dzisiejszych czasach decydować się na czwarte dziecko to trudna decyzja - mam przecież moją kochaną trójeczkę. Naprawdę nie wiem co robić...
Odpowiedz
#2
Dziś dowiedziałam się u dentysty, że jeden ząb muszę leczyć kanałowo. Trochę mnie czasem pobolewał, była na nim mała kropeczka, ale nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Może wcale nie wada dziecka była przyczyną poronienia, ani jakieś moje problemy hormonalne, tylko zęby??? Słyszałam, że tak może być... Czekam na wyniki histopatologii, choć wiem, że wszystkiego mogą nie wyjaśnić...
Odpowiedz
#3
Freeq bardzo mi przykro z powodu Twoich strat. Dla Twoich Aniołków [*][*]

Pytasz czy zęby mogą być przyczyną. badanie histopatologiczne nie da Ci odpowiedzi na to pytanie, wynik bedzie zwierał opis co znajdowało się w pobranym materiale.

Myślę, że nikt nie odpowie Ci czy powinnaś podjąć kolejną próbą. daj sobie czas. Daj sobie dużo czasu na przeżycie żałoby. A odpowiedź na twoje pytanie przyjdzie sama. Przecież bedziesz doskonale wiedziała czy jesteś gotowa. Powiem szczerze, że ja po stracie bardzo chciałam być w ciązy i mieć kolejne dziecko. jak zaszłam to dopiero zorientowałam się jak ciężko jest być w ciązy po stracie. Ile to kosztuje nerwów, stresu. Życzę Ci podjęcia dobrej decyzji i wielu sił.
Odpowiedz
#4
Wiem, że wynik nie odpowie mi czy przyczyną były zęby. Ale może dowiem się, czy dziecko miało jakieś wady chromosomalne. Jeśli nie - to mogę podejrzewać, że to jednak zęby. Tym bardziej że 13 lat temu, gdy poroniłam pierwszy raz, to też krótko po miałam wizytę u dentysty i też okazało się, że ząb, który wyglądał niegroźnie musi być leczony kanałowo. Od tamtej pory zaledwie kilka razy miałam jakieś tam niewielkie plomby robione, gdyż generalnie zęby mam mocne - aż do teraz. Może to zbieg okoliczności, ale jednak trochę dziwny... A nieraz już czytałam, że gdy kobieta planuje ciąże, to dobrze jest m.in. najpierw zęby wyleczyć, gdyż nieleczone mogą być przyczyną poronienia.

Wiem jak trudno być w ciąży po stracie i ile to kosztuje lęku - poprzednio zaszłam niecałe 4 miesiące po tym strasznym wydarzeniu. Bardzo chciałam jak najszybciej. Udało mi się urodzić zdrowe dziecko, a potem jeszcze drugie i trzecie. Teraz też bym chciała zajść jak najszybciej w ciążę,, ale włącza mi się rozsądek - 4 dzieci w dzisiejszych czasach to dużo, zwłaszcza jeśli w portfelu się nie przelewa.... Jaka szkoda, że mój Maluszek odszedł Sad
Odpowiedz
#5
Cytat:[autor cytatu=freeq]Ale może dowiem się, czy dziecko miało jakieś wady chromosomalne.

Z histopatologii tego się nie dowiesz.
Odpowiedz
#6
Myślałam, że chociaż tyle będę wiedziała. No cóż - tak czy siak, jeśli zdecyduję się jeszcze spróbować, to najpierw zęby wyleczę. Dziś ząb był truty -płakałam z bólu - tego i fizycznego i tego psychicznego (a myślałam, że nie mam już łez, że nie mam już siły płakać...okazało się ,że mam...). Jeszcze to do mnie nie dociera - zamiast pisać tu i czytać Wasze smutne historie, chciałabym teraz czytać o kolejnych tygodniach rozwoju dziecka, czekać na kopniaczki, które pewnie pojawiłyby się za ok miesiąc... Maluszek miał się urodzić na początku września - w okolicy moich urodzin, może nawet dokładnie w tym dniu. Tak się cieszyłam............
Odpowiedz
#7
freeq, chromosomy czyli kariotyp musiałabyś zbadać prywatnie. Państwo Ci tego nie opłaci. To zupełnie inne badanie - cytogenetyczne, inny jego cel, inna metoda, niż histopatologii. Drogie badanie. I też czasem nie wyjaśnia nic ponad to, że dziecko chromosomalnie było niezaburzone.
Odpowiedz
#8
Freeq zapalam światełko dla Twoich Maluszków (*)(*) My wszystkie aż za dobrze wiemy, jak boli strata dzieciątka..
Przytulam :*
Odpowiedz
#9
Na tak wczesnym etapie ciąży najczęściej (choc podkreślam - nie zawsze) przyczyną są wady genetyczne.
Jeśli mogę coś polecić to poczytaj tutaj: https://www.poronienie.pl/lista_badan.html

Dla Twoich Aniołków (*)(*)

Pozdrawiam ciepło!
Odpowiedz
#10
Dziękuję za wszystkie wpisy i informacje.
Przeczytałam, na czyimś wątku, że wbrew pozorom, to że ma się już dzieci wcale nie ułatwia żałoby i zgadzam się z tym. Z jednej strony dzieci dają nam dużo radości, z drugiej uniemożliwiają płakanie wtedy gdy ma się potrzebę. Trzeba zaciskać zęby i uśmiechać się, nawet jeśli w środku jest tak ciężko. Ale oczywiście cieszę się, że mam dzieci i wolę mieć \"utrudniony\" okres żałoby niż ich nie mieć.

Dziś miałam znów ciężki dzień. Rano jak zwykle poszłam do pracy, potem inne obowiązki - dzień zabiegany - nie było jak się skupić na sobie. Ale po południu niespodziewanie odwiedzili nas znajomi - ona w 5 miesiącu ciąży. Nie wie, że ja urodziłabym 2 miesiące po niej.... Ona nie jest z tych \"trajkoczących\" o ciąży, da się z nią też pogadać na inne tematy, ale sam jej widok boli. Poza tym od czasu do czasu nawiązuje coś o ciąży, a ja wtedy szybko musiałam zmieniać temat, bo inaczej serce by mi pękło... Ja naprawdę ją lubię i dobrze jej życzę, ale tak ciężko mi teraz z nią rozmawiać... Kiedyś jej powiem, kiedyś... jak będę mogła już wspominać moje dziecko bez płaczu - widzę, ze ona mi się przygląda, że widzi że coś mnie trapi, ale jest dyskretna, nie pyta... Kiedyś jej wytłumaczę, skąd u mnie czasem ten chłód w rozmowach z nią się pojawiał, przeproszę, ale narazie mówić jej nie chcę...
Odpowiedz
#11
Freeq czytałam Twoją historię...tu...choć wcześniej rozmawiałyśmy na innych wątkach i poczułam, że to stwierdzenie; może tak jest najlepiej...może tak musi być ....jest mi bardzo bliskie... w 98 straciłam pierwszą ciążę...a może tej ciąży nawet nie było... bo jajo płodowe było puste...w 11 tc..... widziałam bardzo dokładnie na USG..... potem leczenie... i dość szybko ciąża... pierwsza córka 1199, druga 2001...ciaże ksiązkowe, choć bałam się strasznie.... i ta myśl pryz małych dzieciaczkach znajomych...chciałabym jeszcze...rozsądnie jedno...bo jestem po 2 cesarkch... albo najlepiej bliźniaki...
tyle radości i niestety znów strata w 11 tygodniu.... a już miało być dobrze... lekarz gratulował.... ale serduszko przestało bić....
i ta myśl.... może tak jest najlepiej....

ale mam nadzieje, że jeszcze się uda.. choć dziś przyszła @... trochę pomagam przeznaczeniu, nawet bywam na staraczkach, mocno trzymam kciuki i modlę się za inne mamy, szczególnie te po stracie i czekam na cud .... moze tak jest najlepiej : )

pozdrawiam serdecznie, dbaj o siebie ....
Odpowiedz
#12
freek, pamiętaj, że masz prawo do żałoby. Nawet jeśli ze śmiercią bliskiej osoby wiąże się poczucie ulgi (tak zdarza się jeśli człowiek długo choruje lub bardzo cierpi przed śmiercią) czy właśnie przekoanie o tym, że jest mu lepiej, bo nic złego już go nie może spotkać, to nasz żal i tęsknota są zupełnie naturalne.

Polecam też wątki o rozmawianiu o śmierci rodzeństwa z dziećmi np:
https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=380 czy https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=2284
i artukuły na stronie
Odpowiedz
#13
Freeq, a czemu chodzisz do pracy? Nie przysługuje Ci urlop?
Odpowiedz
#14
Inka - nikt mnie nie poinformował, że przysługuje mi urlop, ale lekarz chciał mi wypisać zwolnienie chorobowe. Nie chciałam. Fizycznie czuję się dość dobrze, choć może nadal jestem trochę osłabiona - ale to może być też wynik stresu i tego, że jeszcze trochą krwawię (a właściwie brudzę). Ja lubię swoją pracę. Czasem wracam solidnie zmęczona, ale tak naprawdę to jedyne miejsce, gdzie naprawdę prawie nie myślę o tym, co się stało (bo cały czas coś się dzieje). Więc choć fizycznie nieraz jestem zmęczona, to psychicznie tam najbardziej odpoczywam.

Marzewo - nie wiedziałam, że masz już takie duże córki. Są w podobnym wieku jak moje (2000 i 2003). W pierwszą ciążę zaszłam 4 miesiące po pierwszym poronieniu i obyło się bez większych komplikacji. Druga ciąża książkowa - zaszłam za pierwszym podejściem i przeszłam bez żadnych leków, dodatkowych badań itp. Na trzecie dziecko zdecydowaliśmy się ponad 7 lat później. Zaszłam za 3 \"podejściem\", ale ta ciąża to był koszmar - zwłaszcza na początku. Już w dniu spodziewanej miesiączki zaczęłam plamić (myślałam, że to początek @) i do końca 12 tygodnia na zmianę krwawiłam i plamiłam i brudziłam we \"wszystkich kolorach tęczy\". Mimo, ze brałam duphaston. Chyba nie muszę pisać ile nerwów mnie to kosztowało. Potem w dalszych miesiącach też zdarzały mi się pojedyncze niewielkie krwawienia i za każdym razem strach był okropny. Ale udało się - urodziłam zdrowego, silnego synka, który ważył prawie 4 i pół kilo! Wierzę że Tobie też się uda - życzę Ci tego z całego serca!!! A może i ja się jeszcze zdecyduję... skoro i tak miałam mieć 4 dzieci... cały czas mam rozterki - serce mówi jedno a rozsądek co innego...
Odpowiedz
#15
no właśnie to podobieństwo historii, dat i odczuć.... tylko ja się gdzieś w 2006 zagapiłam ; )) bo pracoholik jestem : )

teraz też mam rozterki... ale mam też nadzieję ....


a, czy Twoje dziewczynki wiedziały o ciąży? bo moje bardzo chciały braciszka...męczyły i meczyły... potem cieszyły się tak bardzo i tak krótko...a potem chyba nie mogły się odnaleźć w tym wszystkim....
Odpowiedz
#16
Mój synek urodził się w 2010 r. Smile
Z racji tych krwawień na początku nic dziewczynkom nie mówiliśmy i powiedzieliśmy dopiero jak byłam w 15 czy 16 tygodniu. I dopiero wtedy zaczęliśmy zabierać je na usg. Chociaż wtedy jakoś nie zdawałam sobie sprawy, że może być tak, że dziecko umrze a nie będzie od razu poronienia - myślałam, że jak umrze to od razu krwawienie się zwiększy. A tymczasem jak teraz krwawienie się zwiększyło i pojechałam do szpitala, to okazało się, że moje dzieciątko umarło krótko po ostatniej wizycie u lekarza (wtedy jeszcze serduszko biło i to szybciej niż na poprzednich usg - już prawie w normie) - czyli przez ok 2 tygodnie żyłam nadzieją a nosiłam już martwe dzieciątko Sad((((
Ponieważ moja ciąża była zagrożona, nic im nie mówiliśmy - na szczęście. Kiedyś powiemy im co się stało - o tych 2 Aniołkach, które są w niebie, ale nie wiem jeszcze kiedy... Mam tylko nadzieję, że one tego nie doświadczą, że te problemy nie okażą się dziedziczne
....no i że Twoje dziewczynki już wkrótce będą miały braciszka Smile)) Trzymam kciuki
Odpowiedz
#17
Trudne to wszystko.... nie wiem jak będzie z braciszkiem...lekarz sugeruje, że powodem straty może być wada związana z płcią... nie miałam odwagi chować ich marzeń o braciszku dlatego z wielką ulgą przyjełam fakt, że szpital Maluszka wpisał jako dziewczynkę....

trochę żartowałam z tym 2006 rokiem, ale mniej więcej wtedy zaczęłam zastanawiac się nad 3 dzieckiem... Emilkę straciliśmy w 2011... też na jednej wizycie wszystko było w porządku, serduszko biło (pomimo brunatnych niewielkich plamień, które pojawiały się i znikały...) ... a 10 dni później nie było akcji serca...

trzymaj się cieplutko...
Odpowiedz
#18
kto wie - może jeszcze razem będziemy pisywały na innym wątku - dotyczącym ciąży....
Póki co muszę pozbierać się po tej stracie - chwilami wydaje się, że już jest lepiej, a za chwilę znów ryczę jak bóbr....

Ty też trzymaj się cieplutko....
I wy wszystkie, po stratach, które tu czasem może zaglądacie.....
Odpowiedz
#19
Wczoraj w nocy znów ryczałam jak bóbr... Już niby taka byłam spokojna, aż tu nagle usłyszałam z sąsiedniego mieszkania płacz noworodka... Wiedziałam, że sąsiadka była w ciąży, ale nie miała bardzo dużego brzucha.... myślałam, że termin ma później, może na kwiecień, że wtedy będzie mi już łatwiej.. Co prawda kilka dni temu jak ją zobaczyłam, to wydawało mi się że jest za chuda jak na zaawansowaną ciążę, nie wyglądało, też żeby coś się złego stało, była uśmiechnięta... Kilka dni temu zobaczyłam też wózek na klatce schodowej, ale nawet wtedy jakoś to do mnie nie docierało, trochę się tylko dziwiłam - czyżby już urodziła???.... I dopiero wczoraj w nocy jak usłyszałam ten płacz...takie typowe kwilenie noworodka - to coś we mnie pękło...jak ja to zniosę - ona mieszka tuż pod nami i pewnie jeszcze nie raz usłyszę płacz jej maleńkiego dziecka - zwłaszcza w nocy gdy wokół cisza.... Jutro minie 2 tygodnie - byłabym już w 14 tygodniu....
Odpowiedz
#20
Dziś mój mąż się upił.... miałam iść już spać, ale tak bardzo mnie zranił.... Najpierw powiedział, że mam wciągnąć brzuch - ot tak, bo myślał, że tak jakoś dziwnie stanęłam - a ja w płacz, bo przecież bardziej nie mogę, bo jeszcze nie jest całkiem płaski, choć już od prawie 2 tygodni pusty................................. A potem jeszcze coś tam wygadywał - sprawiał wrażenie jakby był na mnie zły, że cierpię, że płaczę, że przeżywam.... to nie on....to alkohol..... na szczęście nie często się tak upija................. może to jego sposób na odreagowanie, bo \"nie wypada\" mu płakać............................. ale zranił mnie........... choć powinien być dla mnie największym oparciem......

Jest.... tak normalnie, na co dzień........ lubi posiedzieć wieczorem przy komputerze, ale ustępuje mi miejsca, żebym mogła tu wejść, pisać... nie stoi nad głową, nie ponagla, słucha, gdy mówię, przytula gdy płaczę.... ale dziś mnie zranił.....
Czy to normalne????
Odpowiedz
#21
Freeq, w tym samym czasie kiedy umarł mój synuś moje 3 sąsiadki urodziły zdrowe dzieciątka, też słyszałam płacz dziecka przez ścianę a na domiar złego ustawiały się z wózkami pod moim oknem...myślałam że oszaleję. Dzieciaki rosły a ja udawałam że ich nie ma ,że ich niewidzę... och jak ja ich nieznosiłam i dzieci i mam - uśmiechnięte zadowolone i wtedy się przełamałam podeszłam do jednego z
nich pogłaskałam i zaczęłam do niego mówić - cały strach i ninawieść uleciały

Co do twojego męża to wydaje mi się że w ten sposób odreagowuje...pisałam tu już kiedyś że mój stał się chamski , arogancki i bezczelny.
Im więcej rozpaczałam tym bardziej był wredny dla mnie. Zmieniło się kiedy się upił i wykrzyczał ból. Myślę że może pomogła by szczera rozmowa. Na początek może powiedz że wiesz że jemu też jest ciężko ale jest ci przykro kiedy mówi pewne rzeczy. Wydaje mi się że taka szczera rozmowa może pomóc.
Odpowiedz
#22
Freeq tulę i rozumiem. Obie byłybyśmy teraz na tym samym etapie ciąży.
Mój Czarek zaraz po wyjściu ze szpitala bardzo się ode mnie odsunął, było między nami bardzo źle. Dopiero kilka dni temu tak naprawdę porozmawialiśmy o naszym dziecku. Po raz pierwszy wyraził swoją złość, żal itd. Od tamtej pory wiele się zmieniło.
Podejrzewam, że Twój mąż upił się by trochę odreagować (mój partner w pewnym momencie również to zrobił). Myślę tak jak Amisia, że szczera rozmowa dużo by dała, ale na nią też musi przyjść odpowiednia chwila.
Odpowiedz
#23
Ja nie mam w sobie nienawiści do małych dzieci, ani do ich mam.... Ale słuchanie przez ścianę płaczu noworodka i świadomość, że sąsiadka właśnie po raz kolejny została szczęśliwą mamą to dla mnie bardzo trudne - bardzo dotkliwie uświadamia mi, że za kilka miesięcy mogłybyśmy razem z wózkami na spacerki chodzić....

Mąż rano przeprosił, synkiem najmłodszym się zajął, żebym mogła rano dłużej pospać, śniadanie zrobił..... My dużo rozmawiamy - choć więcej mówię ja a on słucha, ale nie umniejszam jego bólu, choć wiem że jest inny niż mój - nie buzują w nim hormony, nie nosił tego dziecka pod sercem..... Nie zezłościłam się, że na mój brzuch zwrócił uwagę, bo wiem, że tak to bezmyślnie palnął, ale obrażać się nie pozwolę, mam prawo do bólu i do przeżywania żałoby....................
Odpowiedz
#24
freeq tak mi się jakosś przypomniało....moja koleżanka, bardz bliska i daleka zarazem bo nie żyje, powiedziała kiedyś, że najbardziej ranimy najbliższych, bo jesteśmy pewni, że nam wybaczą..... myślę, że Twój maż nie mógł wytrzymać sam ze sobą .. mój na przykład zrobił mi strazną awanturę w dniu wyjścia ze szpitala... po prostu puściły emocje... a było ich sporo... myslałam, że nie będę mu mogła tego wybaczyć, a dziś... nawet dokładnie nie pamiętam... to znaczy pamiętam, ale bez żalu...

ale masz rację... nie pozwól się ranić... dobrze, że potraficie rozmawiać...wiele można wyjaśnić i zrozumieć...z moim na wiele tematów się nie da...muszę czytać między wierszami...

pozdrawiam cieplutko ...
Odpowiedz
#25
ja nie jestem pamiętliwa - dużo potrafię wybaczyć....... kiedyś usłyszałam, że jak ktoś jest dobry to bardziej dostaje w d... niż inni - nie wiem czy jestem dobra, ale w d... ostatnio dostałam sporo - i od ludzi (nie mówię tu tylko o mężu) i od losu............ czekam aż ten \"wiatr się odwróci\", przestanie wiać mi w oczy, bo czasem już naprawdę nie mam siły z nim walczyć i iść naprzód....

Pozdrawiam wszystkie odwiedzające ten wątek
Dzięki, że jesteście
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości