Żal po stracie dziecka
#1
Żal i ból po stracie moich dzieci nie opuszcza mnie cały czas. Ciągle sobie wyobrażam jak by wyglądały ... Kruszynka miałaby już rok i 7 m-cy, Mikołajek przeszło 3 m-ce ... cały czas o nich myślę, kocham nieustannie ...

Wiecie przeczytałam dziś post jednej z dziewczyn na forum gazety, wklęję go poniżej:
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f...w=51023177

A może takie własnie powinno być podejście do straty ? Sama już nie wiem, co jest lepsze - to pielęgnowanie bólu po stracie czy podejście do niej jak do wyrwania zęba ...
Czy my rzeczywiście zbyt mocno to wszystko przeżywamy ?
Czasami nie wiem co mam myśleć.
Wszędzie pełno takiego społecznego mechanizmu wyparcia.
Odpowiedz
#2
Poczytałam i zastanawiam się czy one będą tak samo dzielne następnym razem (który, mam nadzieję, nie nastąpi)

A poza tym każdy/a ma własny sposób reagowania i nie da się powiedzieć, który jest najlepszy. Chyba właśnie ten własny.
Mój mąż na przykład, jeśli jakąś sytuację uznaje za niodwracalną, to stara się z nią pogodzić i juz do niej nie wracać. Ja przeciwnie, ciagle szukam.. sama nie wiem czego.
Ale nie umiem nie-przeżywać i wcale nie chcę umieć. Bo ten smutek to taka moja pamiątka, poczucie więzi. I dopiero powoli zaczynam mysleć, że bez smutku tez pamiętam. Nie umiem tego jasno wyrazić, ale chodzi mi o to, że zaczynam też na myśl o Dominiku czuć radość z tego, że był, mimo tego że tak krótko

Ale mnie jest chyba łatwiej, bo mam połowę moich dzieci przy sobie
Ściskam Cię mocno
Odpowiedz
#3
Cytat:[autor cytatu=eledhwen]
Czy my rzeczywiście zbyt mocno to wszystko przeżywamy ?
Czasami nie wiem co mam myśleć.
Wszędzie pełno takiego społecznego mechanizmu wyparcia.
Moim zdaniem to nienajlepszy pomysł - wypieranie starty przynosi predzej czy później dużo więkkszy ból - tak było w moim przypadku - 1,5 roku wmawianop mi że nic sie nie stało, ze mam przestac płakać poo tym dziecku itp. no i niestety przyszła taka chwila ze nie wytrzymałam i wybuchnełam, neistety wszystko skupiło sie na najblizszej mi osobie, bo była wówczas przy mnie - na moim męzu... Cóż nie mam wyrzutów sumienia, on tez sie do tego uciskania przyczynił...
Ale potem wszystko szło juz tylko ku lepszemu - grupa wsparcia, decyzja o nastepnej ciąży...
Odpowiedz
#4
Tak jak pisze Inka... u mnie bylo to samo, a potem jak padlam to myslalam ze nie bede mogla wstac...
No ale... kazdy czlowiek jest inny... troche mi bylo szkoda tej kobiety jak czytalam jej opowiesc... przygody z zabiegu - tak bym to nazwala... to czy zjadlam obiad bylo na rowni z zabiegiem... ech
Odpowiedz
#5
przeczytałam i wiecie co, albo ta dziewczyna jest urodzoną optymistką, bo takie się też zdarzają i dobrze, albo jeszcze sie w niej nie poukładały chormony, które mogą w każdej chwili dać znać o sobie i będzie wielki płacz i złość na wszystkich i wszystko.
Z własnego doświadczenia, po poronieniu podarłam, a właściwie spaliłam, bo podrzeć je trudno było, zdjęcia z usg z dnia wcześniejszego na którym było niby wszystko ok, poczułam ulge i niby zamknęłam sprawe... mineło kilka dni.... wyłam z rozpaczy zamykałam sie w łazience, pytałam czemu ja? tak strasznie mi brakowało tego dziecka, teraz jestem spokojna, wszystko sie poukładało, ...ale tak bardzo żałuje tamtych zdjęć...., tak jak bym go nie chciała.. a tak bardzo chciałam Sad .
Chyba każdy musi przejść to po swojemu.
Odpowiedz
#6
Może taki \"chłodny realizm\", brak emocji to jakaś blokada, reakcja na to, co się stało...
Z drugiej strony - nie jest tak, że wszystkie kobiety, które tracą ciążę w wyniku poronienia uważają, że tracą dziecko. Pozwolę sobie wkleić słowa pewnej dziewczyny z innego forum, która przeszła poronienie, a które wprawiły mnie wręcz w osłupienie (zwłaszcza ostatnie zdanie): \"Traktowanie zarodka tak samo jak kilkuletniej osby czy choćby niemowlaka prowadzi do absurdów i potwornego poczucia winy i żalu własnie u osób, które przeżyły wczesne poronienie czy ciążę biochemiczną.
Wiem, o czym mówię, bo to przeżyłam, i po prostu jak słyszę coś takiego, to mi sie słabo robi. To jest koszmarne doświadczenie, które bardzo ciężko przeszłam, ale opłakiwałąm dziecko, które mogliśmy mieć, a nie konkretną osobę, której po prostu jeszcze nie było!\"

Niejednokrotnie spotkałam się z opinią, że emocje rodziców po poronieniu są \"podsycane\" przez zwolenników ruchów pro life, a mówienie o dzieciach nienarodzonych jako o dzieciach właśnie to też \"wymysł\" ruchów obrony życia... Bez komentarza po prostu.
Odpowiedz
#7
Zauważcie kiedy ona to pisze... Tego samego dnia, kiedy wyszła ze szpitala, umnie też na początku było \"na lighcie\", dzieki rodzinie, znajomym, mezowi... Dopiero po kilku tygodniach zrozumiałam co sie stało tak naprawde... oczywiscie wczesniej tez płakłam, ale jako biolog tłumaczyłam sobie wszystko selekcją naturalną, wadliwością chromosomalną itp. Ale przyszła wigilia... I śnieg stopniał przy \"Lulajżę Jezuniu...\", a potem był 20 stycznia - planowana data Urodzin Mojego Dziecka...
Nie, nie, nie! Nikt mi nie wmówi, że lepiej zapomnieć, nie myśleć...
Odpowiedz
#8
Kobiety dzielą się widocznie na takie, które były tylko w ciąży i na te, które spodziewały się DZIECKA ...
Co dla mnie dziwne - podziwia się tą \"silną postawę\" negowania straty dziecka - wypierania jej. Ja nie umiem tych \"silnych\" \"fajnych\" dziewczyn podziwiać - ja im chyba współczuję.
Co najgorsze - podejście lekarzy, personelu medycznego do kobiet roniących w szpitalach jest uwarunkowane często przez same kobiety - właśnie te tak beztrosko podchodzące do straty - co tak przeżywasz, nie histeryzuj - zobacz inne tak nie robią ...

... ech - ta sama autorka postu w innym radzi zabrać dziewczynie do szpitala \"gazetki dla zabicia czasu\" - zabrakło jej tego na naszej poronieniowej liście rzeczy potrzebnych w szpitalu ...

Ja nie mam na to słów - naprawdę.
Odpowiedz
#9
Ile ludzi, tyle reakcji...

Ja nigdy nie wiem, bo pamietam po pierwszym poronieniu, nie wpisywalam sie na zadnym forum, nie czytalam niczego o poronieniach, uwazalam, ze wiecej sie nie zdarzy, temat wiec mnie juz nie dotyczy i nie bedzie dotyczyl. Wydawalo mi sie, ze takie \'pochlanianie\' w poronieniach to \'rozdrapywanie ran\' (to jest b. czest zarzut do osob przezywajacych zalobe po stracie dziecka w wyniku poronienia).

Nie wiem tez, jak sie zachowac w stosunku do moich znajomych czy kuzynki. Oni wiedza o moim zaangazowaniu i:
1) dzwonie do kolezanki powiedziec o tym, jak to wyglada, a ona, ze nic sie nie stalo, ze tak mialo byc, ze to tylko poczatek ciazy itd. a na koniec \'a mi maz zabronil o tym mowic\'. Ludzie naprawde wierzacy (animatorzy w jednym z ruchow koscielnych), wiec argumenty dot. pro-life\'owe odpadaja.
Nie wiem... poczulam sie, jakbym wchodzila z butami w czyjes zycie.

Gdyby mi maz tak powiedzial, to... pewnie ze wzgledu na malzenstwo \'zdusilabym\' w sobie wszystko, dla niego, dla naszego malzenstwa. Ale juz nie potrafilabym zaufac, wierzyc w to, ze jesli bede w trudnej sytuacji, to on bedzie razem ze mna. A takiego \'liczenia tylko na siebie\' w malzenstwie to sie boje.

O poronieniach z ta dziewczyna nie rozmawiam. To byl kwiecien, w pazdzierniku robilismy kinderbal, Pawel mial urodziny. To byla niedziela, gdy pojawil sie w Gosciu Niedzielnym artykul o stracie dziecka. Ten numer krazyl wsrod doroslych uczestnikow imprezy, oni tez byli - nikt nie powiedzial ani slowa. A tam byla wypowiedz wlasnie o tym, jak w duzej wiekszosci mezczyzni \'ucinaja sprawe\'. Zreszta nikt z tej grupy z nami o poronieniach nie rozmawial wtedy, jedna para zaczela pare miesiecy pozniej, ale wniosek byl taki, ze \'nie mysle o tym, jak bede to zaczne myslec\' (chodzilo o pochowek). A jesli wtedy sie nie bedzie sil na myslenie?

2) kolezanka, dziennikarka jednej z gazet katolickich, kilka miesiecy po slubie jest w ciazy, poronienie, rozpoznanie: puste jajo plodowe. O poronieniu dowiaduje sie od osob trzecich... Kilka tygodni pozniej przychodzi list \"wiesz to tylko puste jajo plodowe, nie bylo zadnego dziecka...\"
Tez jest to temat, ktorego nie ruszam.

3) kuzynka po zasniadowej ciazy - podobnie. W szpitalu chciala byc dzielna dla wszystich - i byla. Prawie rok po poronieniu, nie wiem, jak jest.

\'Bycie dzielna\' moze byc pulapka, bo jesli na poczatku sie nie placze, nie wyraza jakos bolu (nie chodzi mi tu o to, zeby krzyczec w nieboglosy), to pozniej pojawia sie odruch, ze \'mi nie wypada\'.


Wczoraj na jakims blogu znalazlam zarzut do forum, ze jest to miejsce pelne patosu, rozdrapywania ran, ze inni tak nie przezywaja i nie musza. Racja z tym ostatnim. Co do tego pierwszego... ostatnio na skrzynke przyszedl podobny list, tylko... zestawianie reakcji dwoch osob, ktore poronily jest niezastawialne. Ktos juz ma dziecko, ktos nie ma... ktos przezywa pierwszy raz (i daj Panie Boze ostatni) poronienie, ktos kolejny... komus udalo sie w pierwszym cyklu staran, ktos inny czekal lata cale na ciaze... ktos po poronieniu ma duze szanse na kolejna ciaze, zdrowa i spokojna a ktos wprost przeciwnie, wie, ze ryzyko jest duze, ze potrzeba wyrzeczen... i nie jest sie pewnym efektow dzialan.
Forum jest tez takim miejscem, gdzie czesc kobiet \'siega\' po nie, aby wyrzucic te zle emocje - pelne bolu, strachu. W rzeczywistosci te \'piec minut przed monitorem\' absolutnie nie sa odbiciem wszystkich emocji. Szczegolnie tych dobrych. Bo na dobre rzeczy tez jest miejsce w zyciu.


eledhwen - na naszej liscie rzeczy do wziecia do szpitala sa tez ksiazki i gazety :oops: ale mysle, ze dobrze, ze tam sa.

Przy drugim poronieniu wzielam ze soba dwa kryminaly A. Christie - musialam wygladac na ogromna luzare z tymi ksiazkami... Ale nie bylam luzara, gdy plakalam do sciany, to personel medyczny ode mnie uciekal.
Ja wtedy jeszcze myslalam, ze musze byc dzielna, ze nie mam prawa plakac, ze cos ze mna jest nie tak, skoro wszyscy zachowuja sie tak, jakby \'nic sie nie stalo\'. Dwa dni po poronieniu przyszla rodzina na imieniny, dwa tygodnie pozniej poszlam na iminieny tesciowej (dzis bym nie poszla...), miesiac po bylam na kolejnej imprezie rodzinnej (j.w.)
Temat poronien nie wyplywa - jakby nie bylo zadnej ciazy, poronienia. Jak ktos kiedys powiedzial, stajemy sie \'niewidzialne\'. Ludzie boja sie cierpienia, nawet jesli \'tylko\' jest to cudze cierpienie.

Wiem, zycie toczy sie dalej, nie cofniemy czasu, trzeba nauczyc sie zyc z taka a nie inna przeszloscia. Czasami trzeba sie zatrzymac, zeby \'poukladac\' sobie wiele spraw. To boli, bo trzeba sie zmierzyc z trudnymi tematami. Niektorzy nie maja odwagi, niektorzy maja taki wzorzec \'rozwiazywania\' problemow: udajemy, ze niczego nie bylo, wrzucamy pod dywanik. Liczac, ze nikt nie zauwazy.
Byc moze niektorym uda sie tak przejsc przez zycie...
Byc moze czesci jednak predzej czy pozniej \'dopadnie\' poronienie...
Byc moze wiele spraw sie odezwie - jesli nie bezposrednio dotyczace poronienia - posrednio... zerwanie jakiejs wiezi w zwiazku, nieumiejetnosc nawiazania relacji z innymi dziecmi... nie wiem...

Kazdy ma wlasna droge, wlasny sposb radzenia sobie. Ktory najlepszy?
Nie wiem... Tak jak Malgosia napisala - wlasny.

Te pierwsze dni w przezywaniu zaloby moga wygladac zupelnie inaczej niz reszta. Roznie reagujemy.

Pozdrawiam,
Monika
Odpowiedz
#10
wydaje mi się ze Ona jest jeszcze na etapie negacji, w końcu nic wielkiego się nie stało, początek ciąży nawet ją to nie bolało. żal i placz przyjdzie kiedyś, w najmniej spodziewanym momencie. albo jak któraś z Was słusznie zauważyła może Ona TYLKO była w ciąży??
Odpowiedz
#11
pamietam ze moja reakcja po powrocie ze szpitala byla podobna do reakcji Inki i Zabki....zwalilam wszysto na biologie,na zle polaczone komorki itp....plakalam wieczorami jak marek juz spal.....pozniej obwinialam sama siebie ze zrobilam cos,albo nie zrobilam czegos....na koncu poczulam zal za to co mnie spotkalo....zniszczylam wszystkie zdiecia usg,test ciazowy...nie chcialam pamietac.....
potem bylo boze narodzenie...moja siostra w 5 miesiacu ciazy,zyczenia zebym zaszla w ciaze....sylwester i rowniez zyczenia ciazy .....peklam w styczniu i tak bardzo bylo mi zle ze nie bylo dnia ani godziny zebym sobie nie wyobrazala mojego malenstwa i nie miala pretensji o to co sie stalo....pozniej odnalazlam forum...pamietam slowa agnieszki za ktore bardzo jej dziekuje:*pozniej rozmowy z Agata na gg-jej las i drzewo,ktore chodzilam wieczorami pielegnowac....az zaszlam w ciaze....
tez bylam taka dzielna jak ta dziewczyna...do czasu jak sama nie zostalam z tymi myslami na dlugooooo.....moze to taki system obronny tej dziewczyny nie chce jej tlumaczyc,ale ten pierwszy szok musi minac....moze jest ona silna,a moze to dzialanie szoku???
Odpowiedz
#12
nie rozumie takiego podejscia... ja stracilam DZIECI w 6 i 7 tygodniu... ale przezywam to bardzo mocno... zaluje tylko ze uslyszalam tylko bicie serduszka jednego z nich... ale byl to najmilszy dzwiek dla mojego ucha...
Odpowiedz
#13
Mytho,

teraz wspomnienie bicia serduszka bardzo boli... kiedys bedzie tylko slodkim wspomnieniem... na wszystko potrzeba czasu, na smierc dzieci potrzeba go bardzo duzo. Prosze, badz cierpliwa dla siebie.

Monika
Odpowiedz
#14
Niestety otoczenie nie jest jeszcze przygotowane na wsparcie kobiety po stracie, jest to chyba coś zakorzenionego jeszcze w dawnej mentalności. Moja mama nigdy nie poroniła, więc nie potrafi mnie zrozumieć, mówi, że histeryzyję, że ludzie mają większe problemy, że za łatwo miałam w życiu i dlatego teraz się załamuję. Przestałam z nią na ten temat rozmawiać i mimo, że to mnie boli to jesli Ona nie zacznie tematu to ja również, bo zalezy mi na dobrych kontaktach, i tak naprawdę robię coś wbrew sobie w imię dobrych kontaktów. Jak moja teściowa dowiedziała się, że poroniłam to przyznała mi się, że ona również to przezyła, i wydaje się, że powinna mieć dla mnie zrozumiemie, i ma , na pewno większe niż mama, ale też ma podejście, że zapomnieć trzeba, nie wolno rozdrapywać, nie wolno myśleć, mam zaglądać do wózków. Tesciowa ma delikatniejsze podejście niż mama, ale próbuje mnie przekonać, że muszę zapomnieć, np. wspólnie ze szwagierką ustaliły, że mam być chrzestną synka szwagierki, było to dla mnie bolesne, ale znowu zrobiłam coś dla kogoś.

Niestety co raz bardziej zauważam, że ludzie wokoło nie potrafią nas zrozumieć i nawet są kobiety również po stracie, które mają inne spojrzenie niż my, które zapominają o datach, dla których strata to jak zgubienie czegoś, co przecież powinno być wartościowe, ważne, najbardziej istotne ale wraz ze stratą przychodzi zapomnienie.

Kiedyś nie było internetu, nie było forum, na którym można powiedzieć co boli, co przeszkadza, można być po prostu zrozumianym i dostać pocieszenie, wsparcie. Kiedyś ludzie jeśli nie znaleźli w swoim otoczeniu osoby, która mogła pomóc to zostawali z problemem sam na sam, sami ze swoimi myślami.

Teraz właśnie przypomniało mi się, jak w zdenerowaniu podczas rozmowy z mamą, powiedziałam, że nie potafi mnie zrozumieć, bo tak na prawdę to tylko ja widziałam dziecko na USG, mama odpowiedziała mi, że kiedyś nie było USG i też ludzie żyli. Wbrew temu co przeczytacie to moja mama jest nowoczesną kobietą mimo skończonyc 60 lat, ale w psychice ma jakieś hamulce, które próbuje przenieść na mnie i wmawiać mi, że powinnam być silną. Wiem, że ona nie chce dla mnie źle, ale błędnie myśli że taka surowa postawa mi pomoże i tak jest chyba też z osobami, ktore po stracie przechodzą \"do porządku dziennego\", uważają, że właśnie to im pomoże, tylko kiedyś przychodzi ten moment, kiedy nagromadzona energia wybucha, nie raz może to przyjść po kilku latach.
Odpowiedz
#15
Niestety onko - dla niektórych TEN moment jest tak odległy, czasem nie przychodzi nigdy - to wszystko chyba jest kwestią wrażliwości, wychowania, wpływu otoczenia, któremu tak jak mówisz się poddajemy zbyt często.
Wszyscy na tym tracimy.
Odpowiedz
#16
Tak... ja mam być silna..., bo otoczenie/bliscy tego oczekują gdyż... tak IM łatwiej i wygodniej, bo ONI już chcą zapomnieć i przemilczeć niewygodne tematy...

Ja mam stłumić żal po stracie dzieci..., bo jestem dzielna...
Czasem mam ochotę wykrzyczeć to całemu światu, że nie jestem dzielna..., ale staram się żyć dalej... normalnie (?)...

Niedawno, w czasie bezsensownej dyskusji, odważyłam się powiedzieć/przypomnieć mojej mamie, że moje dziecko umarło... Usłyszałam, że nie mi pierwszej...

Tak, to niestety prawda... I nie mi ostatniej... ale chyba nie to chciałam usłyszeć, ale wiem, że NIGDY nie usłyszę...

Monika
Odpowiedz
#17
Jeśli chodzi o opis pobytu w szpitalu przedstawiony przez tą dziewczynę z forum gazety, to mogę tylko napisać, że... nie rozumiem...

Jakbym o usunięciu... migdałków czytała... Ciekawi mnie interpretacja psychologa, może to ze mną coś nie tak?



M.
Odpowiedz
#18
Wiecie, a ja mam wrażenie, że to ustawiany artykuł (teraz mi to przyszło do głowy). ktoś chyba chciał nam pokazać, jak powinnyśmy się zachować po stracie, jak powinnyśmy być dzielne i silne, a nie takie płaksy...
W sumie media kształtują postawy... tylko co to da, ze ktos nam powie ze powinno byc tak czy tak? Uczuć się nie kontroluje ...
Odpowiedz
#19
Z punktu widzenia psychologii to najprawdopodobniej ta kobieta z forum gazeta.pl jest w pierwszym etapie przezywania straty czyli: szok i niedowierzanie, tak jakby to wszystko bylo obok niej i wcale jej nie dotyczylo. jest sie wtedy spokojnym, pozornie wszystko dobrze sie znosi. czasem ten etap jest nazywany etapem smierci, bo cos w czlowieku umiera. wtedy sie nie krzyczy,nie placze. a taka osobe trzeba przywrocic zyciu, pobyc z nia, nie mozna absolutnie zostawic sama, uwazajac ze ta osoba jest tak bardzo silna. dopiero kolejny etap to wybuch emocji, ogromny zal, bol, lek strach, agresja, duzo lez, ktore sa niezbedne. kiedys uslyszalam jak ksiedz Krzysztof Grzywocz, mowi iz boi sie osob, ktore nie placza. i cos w tym jest, by byc czlowiekiem trzeba umiec plakac. na tych pierwszych dwoch etapach przezywania straty nie mozna czlowiekowi niczego tlumaczyc, ze tak jest lepiej, nic takiego nie mozna mowic, trzeba po prostu towarzyszyc tej osobie i pozwolic jej na KAZDA emocje i uczucie, zwlaszcza agresji.
swoja droga polecam nagrane na zywo rekolekcje tegoz ksiedza pt. Bol ludzkich zranien i potrzeba przebaczenia, 6 kaset, wiecej na http://www.cfd.sds.pl/?d=more,131,129 .
pozdrawiam wszystkich
marysia
Odpowiedz
#20
Przeczytałam ten post na forum gazeta.pl
Wiecie co ja 10 lat temu urodziłam córkę (z wpadki) -wszystko super i rok temu zaszłam w ciążę cieszyłam się ogromnie bo pierwszą ciążę wspominam jako najpiękniejszy okres w życiu..A tu pani doktor od początku jakaś taka niepewna była nie zakładała karty mówiła że trochę mała macica jest ale nie negowała niczego aż w 9tc dostałam krwawienia i w szpitalu okazało się że nie ma tętna i zarodek przestał się rozwijać i mam się \"zgłosić\" na drugi dzień na zabieg.No i przyszłam i na następny dzień po zabiegu wyszłam ze szpitala.
Jak się o tym dowiedziałam to nie mogłam powstrzymać płaczubyło mi okropnie żle i smutno ale po jakimś czsie ten s,utek minął przedewszystkim dlatego że dokładnie wszyscy z mojego otoczenia od lekarki po najbliższe osoby potakiwali \"to naturalne\",\"w tych czasach to normalne\",\"no tak to ciężkie ale w zasadzie to nic się nie stało\" i ja też tak zaczęłam tak myśleć- bo tak było mi łatwiej- nie traktować mojego dziecka jako dziecka tylko jako zarodek który się nie rozwiną.Oczywiście wcześniej nawet nie myślałam o takim słowie jak poronienie a co do piero że mi się to może zdażyć.

Po tej pierwszej stracie jak najszybciej zaczęliśmy się starać i za 4 miesiące znów cieszyłam się dwoma kreseczkami i znów było super aż do 19tc....
Mateuszek urodził się w 22tc i nie widziałam go do umarł.

Będąc w szpitalu przez łzy mówiłam jestem silna przecież jestam silna i znów się zaczeło-wszyscy do okoła nazywali moje dziecko \"płodem\" który nie ma szans na dalszy rozwój.
I już prawie udało mi się wyprzeć słowo \"dzievko\" aż jedna dzewczyna z łóżka obok zapytała mnie kiedyś \"czy będziesz chciała ochrzcić i pochować swojego syna ?\"- I WSZYSTKO WE MNIE PĘKŁO,płakałam przez kilka dni i poczułam w całości ten ból straty najbardziej ukochanej osoby, czesci mnie.ochrzciłam mojego syna i pochowałam go razem z moją ukochaną babcią.
Piszę to bo byłam naprawdę bliska wyparcia swojego dziecka potraktowania go jako płód któremu się nie udało i wiecie dlaczego?
Zpowodu OGROMNEGO strachu przed konfrontacją z innymi ludzmi ze strachu przed brakiem akceptacji w społeczeństwie
tego typu tragedii, bo ludzie mie umieją rozmawiać na ten temat ,(myslą \"to mnie nie dotyczy\" lepiej nie zaczynać rozmowy, nie zapytać, bojeszcze przez przypadek zobaczę łzy i smutek matki która straciła swoje dziecko i co wtedy jej powiem?)

W myślach Dziękuję Danusi ze szpitala bo dzięki niej mogęsię cieszyć swoim macieżyństwem-choć tak któtkim.
Wiem że zrobiłam dla mojego syna wszystko co tylko mogłam i teraz to co mogę robić to pamiętać o nim i dziękować mu że był bodzięki niemu jestem innym człowiekiem.

Dziękuję Ci Mati.

A tą dziewczynę z forum gazety rozumiem bo żeby umieć przeżywać smutek i rozumieć stratę trzeba czasem wiele doświadczyć , być dojrzałym i BARDZO ODWAŻNYM.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości