Mój koszmar
#1
Witajcie
Postanowiłam w końcu tutaj napisać... Czytałam Wasze opowieści, są straszne. Przykro mi z powodu Waszych tragedii... Dzisiaj opowiem moją osobistą, choć nie wiem jak opisać coś, czego nie da się ująć w słowa, coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć. Spróbuję...
Nasz Skarb przyszedł do nas niespodziewanie. Planowaliśmy wprawdzie drugie dziecko, ale dopiero za jakiś czas. Trzymałam test z dwoma grubymi kreseczkami w rękach i powtarzałam tylko, że chce się cieszyć. I cieszyłam się, ogromnie, bo marzyłam o drugim maleństwie.
Minął pierwszy trymestr, wszędzie czytałam, że największe ryzyko poronienia minęło. Wszystkim się chwaliłam, tak bardzo cieszyłam. Ale przyszły bóle podbrzusza i wiedziałam już, że to nie są zwykle bóle, bo jak wytłumaczyć regularne skurcze w tak wczesnej ciąży? Na początku mijały, gdy się położyłam i ok, potem przez tydzień był spokój. Ale niestety, przyszła pierwsza nieprzespana noc, skurcze od godziny 23 do rana. Na izbie przyjęć zobaczyłam moje dzieciątko, usłyszałam serduszko, uspokoiłam się. Skurcze minęły rano i tylko raz po raz pobolewał mnie brzuch. Lekarz powiedział, że póki nie krwawię, nic złego się nie dzieje, tym bardziej że szyjka jest długa i zamknięta. Miałam brać No-spę. Po kilku dniach znowu nocne skurcze, wizyta na IP, lekarz burczał coś pod nosem, po badaniu stwierdził że jest ok i wyszedł. Pojechałam do domu z mieszanymi uczuciami. Znów rano przeszło i wróciło z całą mocą następnej nocy. Pojawiło się krwawienie. Mąż obudził synka i pojechaliśmy do szpitala, a ja zwijałam się z bólu i płakałam... Lekarz powiedział: "dziecko żyje jeszcze...". Było wstawione główką do kanału rodnego. Zostałam na obserwacji, dostałam maksymalne dawki leków. Była kolejna nieprzespana noc po której przyszła niedziela. O 19 znów się zaczęło, poprosiłam o badanie, lekarz krzyczał na mnie: "to ma być krwawienie? To jest żadne krwawienie!, "Puścić brzuch, puścić brzuch!!" Jak miałam się rozluźnić, przecież wepchnął we mnie boleśnie palce, miałam ochotę się bronić a nie rozluźnić. Podczas badania pytał gdzie mnie boli, z trudem wyksztusiłam, że w dole brzucha, skurcze mam... Jakie skurcze, przecież tu jest wszystko miękkie!... Zrobił usg, nie skomentował go, nie pokazał dziecka, widziałam tylko gdy wychodziłam zatrzymany obraz na monitorze- cala główka wciśnięta w kanał rodny. Nie wiedziałam, czy żyje, nie słyszałam bicia serduszka? Ale bałam się zapytać... Skurcze się nasilały, krzyczałam z bólu, nad ranem wszystko było już we krwi a lekarz nie przychodził. Dopiero o 6 zbadał mnie i usłyszałam: "Dobry palec rozwarcia. Tu już się nie da mi zrobić. Musi się wyronić". Miałam ochotę krzyczeć: „I na to czekałeś? Widzisz, krwawię. Zadowolony??” Nie sprawdził, czy moje dziecko żyje... Roniłam i nie wiedziałam, czy zobaczę je żywe, czy martwe. Tak bardzo starałam się powstrzymać skurcze, wierzyłam, że mogę to jeszcze zatrzymać, tak bardzo się starałam, próbowałam... Urodził się o 7, w poniedziałek, dwa tygodnie temu... W 15 tygodniu ciąży. Był jeszcze w worku owodniowym, wydawało mi się, że jeszcze się rusza... Tak bardzo chciałam go przytulić, ale byłam taka przerażona, nie wiedziałam czy mogę rozerwać ten cholerny worek, może lepiej żeby w nim został, może jeszcze żyje i zabiłabym go w ten sposób? Leżał między moimi nogami a ja płakałam i próbowałam zapamiętać każdy skrawek jego maleńkiego ciała. Miał długie rączki i nóżki, był taki chudziutki. Miał włoski na głowie. Był idealny, doskonały... czternastocentymetrowa miłość, mój syn. Zdążyłam go tylko pogłaskać po maleńkiej główce przez grubą powłokę worka i ktoś go zabrał ze słowami: "ale się pięknie wyronił".
Całe moje ciało płakało, w kilka chwil leżałam w kałuży krwi, potem wszystko działo się bardzo szybko. Zawieźli mnie za sale zabiegowa, zrobiło mi się słabo, miałam wstrząs krwotoczny. Ktoś mnie cucił, ktoś inny próbował się wbić w zapadnięte żyły, inna położna podawała lek a lekarz krzyczał, że natychmiast ma przyjść anestezjolog, bo inaczej zacznie łyżeczkowanie na żywca. Strasznie wszyscy byli zdenerwowani. Byłam świadoma, nie chciałam się poddać, trzeba było wrócić do męża i syna... Wróciłam. Spędziłam w szpitalu kilka dni, bo wyniki spadały, chemoglobina 6, dostałam 750 ml krwi. Patrzyłam na ta krew i zastanawiałam się, kto mi ja podarował. Pewnie myślał, ze wykorzystają ja dla osoby po wypadku, albo trudnej operacji. Położna mówiła, że to moje życie... Nie docierało do mnie co się dzieje tu i teraz. Myślami byłam ciągle przy Jasiu, maleństwie, które straciłam. Darze od losu, podarowanym i zabranym. Jak to- myślałam- przecież prezentów się nie zabiera?... Przecież walczyliśmy oboje, żył jeszcze wieczorem? Dlaczego się nie udało? Kochałam go, starałam się!!! Mój świat się rozpadł. Wszystko jest obce, ludzie brutalni. Kiedy myślę o tym wszystkim, wydaje mi się, że za chwilę oszaleje. Nie mam już siły płakać. Nie poznałam go, nie przytuliłam, już więcej nie zobaczyłam... Nie mam właściwie żadnej pamiątki. Pochowaliśmy go w piątek, najgorszy dzień w moim życiu. Tak trudno się pożegnać, pojąć, zrozumieć, tak przecież nie miało być. Co zawiniło, co mogłam jeszcze zrobić? Dlaczego lekarze nie starali się bardziej żeby uratować moje dziecko? Jak teraz żyć? Dręczy mnie myśl, że mój synek mógł przeżyć. Dzisiaj odebrałam wyniki cytologii robione jeszcze długo przed tym jak zaczęły się skurcze. Okazuje się, że miałam stan zapalny… CRP przy przyjęciu do szpitala też miałam wysokie. Badanie moczu miałam zlecone dopiero na poniedziałek, a wtedy było już po wszystkim… Może to zaniedbanie lekarzy? Może ja powinnam była być bardziej uparta i szukać pomocy wcześniej, gdzie indziej, nie ufać im?...
Mój 4-letni synek mówi, że nie lubi tego aniołka, bo przez niego mama jest smutna, prosi, żebym już o nim nie myślała, nie płakała. Zaczął mieć bóle brzucha, bać się ciemności. Jestem rozdarta, nie wiem jak mu pomóc, potrzebuję płakać, pamiętać o moim drugim skarbie, ale nie mogę przez to stracić pierwszego...
Jestem taka zmęczona... Nie mam już siły.
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Mój koszmar - przez lena2305 - Mon, 05 Marca 2018, 11:54:41
RE: Mój koszmar - przez chocolate_puma - Mon, 05 Marca 2018, 18:24:38
RE: Mój koszmar - przez unbeldi1980 - Mon, 05 Marca 2018, 19:01:49
RE: Mój koszmar - przez Maja84 - Mon, 05 Marca 2018, 21:24:31
RE: Mój koszmar - przez klara114 - Mon, 05 Marca 2018, 22:30:37
RE: Mój koszmar - przez Syla38 - Tue, 06 Marca 2018, 00:09:37
RE: Mój koszmar - przez emigrantka90 - Tue, 06 Marca 2018, 15:57:22
RE: Mój koszmar - przez lena2305 - Wed, 14 Marca 2018, 12:29:04
RE: Mój koszmar - przez tess88 - Tue, 13 Marca 2018, 22:06:17

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości