Piotruś
Masz rację. Też bym się bała. Do dupy z tym wszystkim.
Odpowiedz
Jasiu,

czasami jedyna forma walki ze strachem to przeczekanie... na lepsze dni.
Bo nie ma zadnych racjonalnych argumentow za tym, zeby sie nie bac.

Sil i nadziei.
m
Odpowiedz
Moniko, dziękuję.
Czekam. Choć strachu wcale mniej. Nie mam na siebie recepty.
Ściskam Was, J
Odpowiedz
Jasiu modliłam się za Ciebie tej nocy i za nas wszystkie i niektóre z osobna też.

Dobrze mi, że nie muszę być szczęśliwa, żeby Chrystus zmartwychwstał. Nic nie muszę, a On i tak zrobi co chce.

Z okazji świąt życzę wszystkim, żeby światło zajaśniało, bo śmierć została pokonana.

hosanna
Odpowiedz
Hanka ma wczorajsza modlitwa taksamo była skierowana za nasze Aniołki za wszystkie Aniołki (*)(*)(*) Chrystus jest w naszych sercach , modli sie za nas i Aniołki !W ciszy i spokoju prosiłam o ziarenka które juz sa zasiane i ktore beda oby napełniły serce miłoscia i wiara na lepsze dni !Pozdrawiam was serdecznie i ściskam mocno !!!
Odpowiedz
To pierwsze Święta Wielkanocne od odejścia Kubusia...

Myślę, że przez to co się stało bardziej zaglębiam się w tajemnicę Wielkiej Nocy. Szczerze mówiąc poprzednie święta nie pobudzały mnie do aż tak głębokiej refleksji... Szczególnym przeżyciem był dla mnie udział w Minsterium Męki Pańskiej - stacja XIII Jezus zdjęty z krzyża. Kiedy aktorzy odtwarzali scenę złożenia ciała Pana Jezusa w Ramionach Matki Bożej nie wytrzymałam. Wszystko stanęło mi przed oczami. Szpital, Kubuś zawinięty w pieluszkę w moich ramionach, łzy, ból...

W tej chwili myślałam o nas, aniołkowych mamach (zresztą nie mogę nie modlić się za nas). Ufam, że Matka Boża, która jako jedyna tak na prawdę wie co czujemy wyprosi dla nas pokój serca i te łaski których potrzebujemy...

A ja na te Święta, życzę Wam (i sobie również Smile ) właśnie pokoju, nadziei i odwagi. Chrystus zmartwychwstał !!!
Odpowiedz
Haniu, tak bardzo Ci dziękuję za pamięć...

Dla mnie Święta były trudne. Szczególnie jakoś Wielka Sobota uświadomiła mi, że jestem daleko w swojej wierze, zawierzeniu, zaufaniu. Że moje zmęczenie bierze górę, że się zniechęcam, że brakuje mi Jezusa we mnie. Kiedyś chodziłam po świecie bez pytań. Dziś jestem zła, krytyczna, zgorzkniała chyba. Nieszczęśliwa.

Haniu, dziękuję Ci za ostatni Twój wpis. Cieszę się, że nie muszę być szczęśliwa, żeby Życie się stało i było.
Odpowiedz
Jasiu jeżeli Wielki Piątek trwa tak długo, to jak potem nagle odnaleźć się w wieczór Wielkosobotni? Dobrze Cię rozumiem. W Wielkim Tygodniu towarzyszyła mi książka \"Dotknij Ran\" Tomasa Halika (postać odkryta na tym forum zresztą). Halik twierdzi, że jak ktoś spontanicznie nie odnajduje Jezusa przy sobie, to niezawodnie znajdzie go w ranach kogoś cierpiącego lub swoich. Jak św. Tomasz apostoł musi wsadzić palec. A czym jest żałoba jeżeli nie gmeraniem w ranach? Ściskam serdecznie.
Odpowiedz
Jest trochę wiosny w sercach?
Ściskam Was.
Odpowiedz
Aniu, tęsknimy za Tobą.

I za Piotrusiem (*)
Odpowiedz
Nie mogę pozwolić, żebyście tęskniły Smile

Za Piotrusiem też tęsknię i to chyba tym bardziej im dłużej go nie ma.
11 maja minął rok od śmiertelnej diagnozy. Kolejne dni to wizyta w przedsiębiorstwie pogrzebowym, zwiedzanie pokoju pożegnań w szpitalu i kupienie rożka i pieluszki w zajączki. Piotruś był wielkości kostki masła. W pewnym sensie ten rok jest o niebo lepszy, bo zamiast tego, pakuję się na tydzień w ciepłych krajach. Tylko, że w zeszłym roku Piotruś żył, a to zmienia odbiór wszystkiego, jak filtr.
Ciekawe, że 11 maja nie obchodziłam świadomie. Zorientowałam się po kilku dniach. Okazało się, że mój pamiętnik zarejestrował, że tego dnia doszłam do wyrwy absurdu od drugiej strony. Obeszłam mentalnie całą pustynną planetę, żeby zajrzeć znowu w innym miejscu w tę samą przepaść, która pochłonęła Piotrusia, mój dom, sens, wszystko. Roczna podróż. Wydaje się, że po nic.

Ściskam Was i nie zapominam. Jestem mniej obecna, bo mniej nakręcona, bardziej zmęczona. Rodzinnie jest nieźle. Znowu trochę się otwieramy z mężem.
Odpowiedz
przesyłam uściski.
i pamięć.
J
Odpowiedz
Witaj Jasiu, co u Ciebie?
Ja byłam dzisiaj na grupie wsparcia. Pytanie, o co chodzi w żałobie, wraca jak bumerang.
Odpowiedz
Hanka,

Odpowiedz p. Wiliama Wordena (1991) - zaloba jako cztery zadania

1. Zaakceptowac realnosc straty.
2. Przejsc przez bol po stracie.
3. Przystosowac sie do nowej sytuacji bez ukochanej osoby.
4. Emocjonalnie zamknąć przeszłość i iść dalej.

To spojrzenie bylo mi duzo bardziej pomocne niz opis pojawiajacych sie uczuc po stracie.

Kazda nasza historia to odrebny \'inny swiat\', kazdy z nas moze miec swoje wlasne zadania \'do wykonania\' na czas zaloby. Poprzez smierc zycie sie nam poplatalo i trzeba te supelki cierpliwie rozwiazywac.

Duzo sil.
Monika
Odpowiedz
No, mi to na przykład ten 4ty punkt pana Wordena zupełnie nie pasuje (choś pierwsze trzy jak najbardziej). Bo po pierwsze osobiście uważam, że emocjonalnie niczego nie powinno się zamykać, tylko pozwalać uczuciam i emocjom być i się zmieniać. A po drugie to przyszłośc to też m.in emocje. Ale może Wordenowi chodzi o to samo, tylko inaczej to nazywa (jakoś tak po męsku Wink)Zmieniłabym go na coś w stylu \"Nauczyć się kochać niewidzialne dziecko\" (czy też inną zmarłą osobę, zależnie od sytuacji). Bo taką mam chyba teraz fazę: kochania moich dzieci, bez względu na to czy je widzę obok siebie co dzień czy nie. Bo w końcu one po to są, prawda? I zaczyna mi też przeszkadzać (jak kiedyś pisała Nikto), że ktoś mówi o moich dzieciach \"strata\" albo, że je \"straciłam\". Bo ja je raczej zyskałam.

Ściskam
Odpowiedz
Ja to rozumiem tak, ze emocjonalnie przeszlosc mnie nie niszczy. Moze byc i tak, ze w jakims sensie zaloba trwa do konca i zycia i ze nie da sie zrealizowac \'po mesku\' do konca punkt 4.

Pytanie, jak kochac zmarle dzieci, jak byc mama dla nich - no, bo jestem mama - wciaz wraca.
To, co najwazniejsze, dzieje sie w sercu.

m
Odpowiedz
Ja, po swoich doświadczeniach, zapoczątkowanych dnia 18 stycznia 2008 roku, dobijam do punktu 1. Mam w głowie, że telefon nie zadzwoni, nikt nie otworzy mi drzwi od domu, nikogo nie spotkam w drodze na zakupy. Wiem to. Wiem nad wyraz doskonale. Ale ciągle podnoszę głowę w kierunku balkonu na 9 pietrze i za każdym razem mam nadzieję: BĘDĄ TAM!
Pustka.
Odpowiedz
O cholera, czytam to jak coś, co mnie czeka. Jakoś skoncentrowałam się na stronie egzystencjalnej i to \"zdrowie psychologiczne\" pozostało nietknięte. Nie ma w nim zresztą nic pociągającego. Poczucie obowiązku jest mało energetyczną motywacją. Rozumiem, że muszę zaakceptować, przejść, przystosować się i zamknąć emocjonalnie, żeby mi się dziecko nie uwsteczniło i małżeństwo nie rozpadło. Ale to dosyć awersyjna motywacja. Mnie przeszłość nie uwiera. Mnie uwiera rzeczywistość. Mogę sobie wyobrazić, że za dwa lata zamknę emocjonalnie przeszłość, ale nie widzę dlaczego miałabym od tego być bardziej szczęśliwa.
Odpowiedz
Aniu też jestem w lesie. Ściskam.
Odpowiedz
(H)anuś, dziękuję.
Odpowiedz
Jak się patrzę za siebie, to te 3 pierwsze punkty zlewają mi się w jeden... Tak się zastanawiam, czym powinno być realizowanie punktu 4? Jakoś to trzeba wypracować, czy to samo nadejdzie i przejdzie?
Odpowiedz
Cześć Asiu Smile

Moja głowa się bardzo napracowała, żeby nie zaakceptować realności straty. Aż dzisiaj stanęłam przed faktem, że Piotruś jest absolutnie poza zasięgiem. Nie ma macki, którą mogłabym go dotknąć. Czy go będę kochać, czy nie, to nie ma niestety żadnego znaczenia dla niego. Niczego nie mogę dodać do jego życia. Tak jak dzieci niekochane nie mogą cierpieć z braku miłości.
Samo jego życie jest przedmiotem wiary, a więc czymś przeciwnym wobec pewności. Jako osoba jest całkowicie niedostępny. Ale czy ja jestem niedostępna dla niego? Nieśmiało eksperymentuję z tym dystansem. Ale nie mam odwagi przestać go kochać, że jednak czegoś go pozbawię.
Jeżeli miłość jest widzeniem czyjegoś istnienia osobowego, to mnie się to przytrafiło z Piotrusiem. Mogę pozostać wierna tamtej miłości. Ale czy mogę powiedzieć, że widzę je teraz? Jeżeli nie widzę, to mam go szukać? Wydaje mi się, że zaakceptować realność straty, to uwierzyć, zaryzykować, że prawdą jest, że choćbym szukała nie znajdę. Zaryzykować, bo nigdy nie będę pewna. Nie lubię ryzykować w tę stronę.
Odpowiedz
Ej, Aniu, coś tu kręcisz Wink
Czy niemożliwa jest miłość na odległość? Czy jak Hania za 20 lat wyprowdzi się do Namibii albo Kandaharu i zobaczysz ją raz na 10 lat, to przestaniesz ja kochać?
Czy nie jest prawdziwa miłość rodziców do tych dzieci, które mają 5, 10, 15 tygodni życia płodowego? Czy ona się rodzi wraz z porodem?
Czy te miliony ludzi kochające Boga to głupcy, którzy żyją złudzeniem, że osobowa relacja jest czymś więcej niż kontaktem fizyczno-wzrokowym?
Naprawdę dzieci niekochane nie cierpią z braku miłości? Myslałam, że całe ich życie jest wołaniem o miłość.
Czy miłość musi mieć swój oddzwięk w tym, kogo kochamy, czy nie jest raczej tym co z nas wypływa ku innym, bez względu na to czy komuś oprócz nas do czegoś się przydaje?

Bardzo, bardzo mi jest przykro, że musimy się nad tym wszystkie zastanawiać i nie mamy naszych wszystkich dzieci w ramionach.
Odpowiedz
Witajcie dziewczyny... witaj Haniu Smile

Jestem na tym forum od pewnego czasu. Straciłam trójkę dzieci. Pierwszemu i trzeciemu nadałam imiona. Leszek zmarł 17 marca 2009, później w lipcu 2009 roku zmarła nasza druga bezimienna Iskierka a nasze trzecie dziecko - Mikołaj - zmarło 4 marca 2010 roku.
Mam w domu dwa akty zgonu. Tylko dwa ponieważ naszą drugą z kolei Iskierkę straciliśmy w domu i nie decydowaliśmy się na zabieg.

Pierwsza strata - Lesia, była ogromną traumą, w szpitalu byliśmy intruzami, otarło się to nawet o \"wojnę\" z personelem i walkę o ludzkie traktowanie. O traktowanie utraconej ciąży jako utraconego DZIECKA. Kolejna strata Iskierki była równie ciężka mimo, że nie byłam w szpitalu tylko w domu. W trzeciej ciązy przyjmowałam leki ale także się nie udało i straciliśmy Mikołaja.
To taka trochę abstrakcja dla niektórych, że dzieci, które straciłam kolejno w 7,9 i 12 tc są dla mnie dziećmi a nie porażką fizjologiczną.

Często wyobrażam sobie jakby teraz wyglądały. Nie obliczam dat porodu. Nie chcę obliczać. Chcę pamiętać tylko o datach które się wydarzyły. Niestety nie pamiętam daty drugiej straty. Czuję się z tym podle. Wiem, że byłam w tak ciężkim stanie, że mogłam zapomnieć, wiem, ale mimo to bardzo mnie to boli, że nie pamiętam.

Wracając do historii Hani. Haniu, wiem, że zabrzmi to brzydko ale czytałam właśnie od poczatku do końca ten wątek. Kiedy natrafiłam na opis Twój i Twojego męża dotyczący porodu, pomyślałam, że ja bardzo chciałabym zobaczyć jak wyglądały moje dzieci.Kiedy tylko zobaczyłam, że pod jednym z Twoich postów jest zdjęcie Waszego maleństwa, natychmiast kliknęłam, żeby je zobaczyć. Bardzo chciałam, żeby jeszcze tam było to zdjęcie. Bardzo! To taka pociecha dla mnie. Skoro nie mogłam zobaczyć swojej dwójki to chociaż Twoje maleństwo chciałam zobaczyc i zapamiętać jego obraz.
Po trzecim poronieniu biegałam jak szalona do prosektorium, żeby móc zobaczyć moje dziecko w słoiku. Tak, w słoiku! Ale nikt mi nie otworzył drzwi. Trzy razy próbowałam, wydzwaniałam i odbijałam się od drzwi.
W pierwszej stracie zdaniem lekarzy nie było czego oglądać. W drugiej-kiedy poroniłam w domu - miałam swoje dziecko na dłoni. To był dopiero 9 tydzień ciązy ale ja wiedziałam, ze patrzę na moje dziecko a nie na skrzep - jak to potem sugerowali lekarze w rozmowie na ten temat. Było maleńkie, miało wielkość dużego winogrona. Widziałam zarys główki, oczy, tułowie i \"ogonek\". Ogonek chyba dlatego, że ciąża zatrzymała się tydzień wcześniej.
W trzeciej stracie jak juz napisałam, nie zobaczyłam Mikołaja bo prosektorium było wiecznie zamkniete.

Mój \"urok ciążowy\" polega na tym, że już od 6go tygodnia ciąży tak pulchnieje mi brzuch i macica, że zaczynam nosic ubrania ciążowe. W ostatniej ciąży w której dotrwaliśmy tylko do 12ego tygodnia, ja wyglądałam jakbym była w 5tym miesiacu ciąży.

Czytałam też Twoje posty dotyczace reakcji otoczenia na fakt, że Wasze dziecko umarło. Wiesz... ja do tej pory mam wrażenie, że NIKT NIGDY nie zrozumie co czułam ja, co czuł tata naszych maleństw. Zawsze mówiłam wszystkim o moich dzieciach i robię to nadal bo nie chcę, żeby ludzie myśleli \"ok, racja, stracili swoje dzieci ale... to już było i po co to wspominać\" tak jakby już tematu nie było.
A \"temat\" będzie zawsze, bo te dzieci były i żyły dla nas. Bardzo krótko ale żyły i nic tego nie zmieni.

Jedyną moją pamiątką po dwójce dzieci, których nie widziałam, są akty zgonu. Pamiętam jak odebraliśmy je z USC i mój ukochany powiedział \"cieszę się, że mamy w ręku ślad i dowód na istnienie naszych dzieci\". Wyjął mi te słowa z ust.
Jedyną moją pamiątką po bezimiennej Iskierce jest obraz, który zachowałam w głowie, kiedy poroniłam i trzymałam ją na dłoni.

Innych pamiątek nie mam. Z jednej strony cieszę się, że mam choć tyle. Z drugiej smutno mi, że tylko tyle.

Pisałaś także o swoich relacjach z mężem i o waszych \"burzach\". My także odreagowaliśmy na sobie ten ogromny ból. Ale miałam takie wrażenie, że nie możeby sie rozstać bo po pierwsze połączyła nas ogromna miłość, nagła, niespodziewana (do tej pory ludzie nie wierzą, że mogliśmy byc tak szaleni i podejmować baaaardzo szybkie decyzje od pierwszego dnia gdy sie poznaliśmy). Myślałam sobie też, ze skoro straciłam dzieci i miałabym stracić jego, to nie miałabym już nic.

I ostatnia kwestia. Jesteście z mężem głeboko wierzącymi chrześcijanami. Ja jestem ateistką. Ale nigdy nie brakowało mi tej wiary. Nawet nie umiem pomysleć \"moze dusza mojej mamy i brata fruwając, zetknęła się z duszami naszych dzieci\". Nie czuję, żeby brak wiary powodowal, że trudniej było mi pogodzić się z utratą naszych dzieci. Ba! Czasami myślę, że nawet pomógł. Nie wiem dlaczego ale tak myślę.
Nie mam rodziny ale gdybym ją miała i gdybym straciła dzieciątko w późniejszym czasie ciąży to bardzo chciałabym, zeby moja najbliższa rodzina i mojego ukochanego, zobaczyła nasze dziecko, żeby wbili sobie do głowy że było, że je widzieli, że nigdy nie zniknie pamięć o nim.
Tak sądzę, że pamięć należy się tak dziecku jak i jego rodzicom.

Rozpisałam się.
Napisz proszę jak teraz wyglada Wasze życie. Jak mała Hania? Jak zmienił się Wasz związek i życie?

Dzięki temu wątkowi czuję się jakoś związana z Wami, z waszą historią. Na zawsze już będę miała przed oczami twarz Waszego Piotrusia, dłonie Twojego męża i Twoją twarz. I to ciepło bijące z tego zdjęcia, z tej chwili, kiedy na moment mieliście go przy sobie. I zawsze będę miała w głowie to, że straciliście trójkę dzieci, tak jak my i każde z nich było wyjątkowe! Tak jak wyjątkowa jest Wasza Hania.

Pozdrawiam i bardzo ciepło ściskam Was !
Odpowiedz
Małgosiu widzę, że popełniłam jakieś świętokradztwo, bo zareagowałaś silnymi emocjami. Aż trudno mi się ustosunkować. Przecież wiesz, że chciałabym, żeby Piotruś wyjechał do Namibii, ale on umarł. Starałam się napisać jak przeżywam \"realność straty\".
Co do miłości. Sama jestem zdziwiona, ale okazało się, że uchwycenie istnienia osobowego nie jest uchwyceniem nieśmiertelności. To pozostaje u mnie w sferze nadziei, a nie doświadczenia. Mieć nadzieję, że adresat miłości istnieje jest dla mnie czymś innym niż kochać.

Joasiu bardzo dziękuję za tyle uwagi i ciepła. Też oczekujesz, że coś się zmieni? U nas nie pojawiła się żadna nowa jakość. Poza tym, że jestem bardziej uciążliwie nieprzystosowana, co frustruje mojego męża, a mnie frustruje brak akceptacji. Hanka odreagowuje nie tyle żałobę, co moje błędy w relacji z nią. Manifestuje silny lęk separacyjny i próbuje nas sobie podporządkować. Unikam ludzi. Praca pochłania mi dużo energii. Nie mamy żadnych planów. Nie brzmi to najlepiej, ale według mnie nie musi.
Bardzo mi przykro z powodu straty Twoich dzieci. Wszystkie w tak krótkim czasie. Współczuję, że nie mogłaś ich zobaczyć i że musieliście stoczyć walkę w szpitalu. Bardzo ciepło piszesz o mężu. Czy Ciebie odmieniły te doświadczenia i Wasz związek?

Ściskam gorąco. Ania
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości