Piotruś
Jest w śmierci coś co jednoczy mimo, że sama ona tak bardzo na rozdziela i podziela. Pamiętam, jak czekałam na urodziny Piotrusia. Myślałam o Was każdego wieczora. O Tobie, bólu, strachu i płaczu. A przecież niczego o sobie nie wiemy.
Teraz też wracam często. Do Piotrusia szczególnie w modlitwie, do Was, kiedy myślę o sile, której potrzeba, by żyć. A przecież niczego nie wiemy o sobie...

Często myślałam, jaka to chwila, kiedy żałoba mija. I boję się, bardzo, że ona jest pusta, wyzuta z uczuć i głębi. Takiej chwili się boję. Boję się chwili, kiedy niepamięć staje się możliwa. Choć sercem wierzę, że Miłość jest nieścieralna.
Odpowiedz
Dla każdego to inny moment, albo raczej momenty, dla mnie dwa: gdy myśl o Dominiku przestała być tylko bólem i gdy pojawił się pomysł, że czuję się gotowa na następne dziecko. Na pewno poznacie Smile Ale potem jeszcze wiele smutku, żalu i goryczy też we mnie było, to nie jest taki magiczny koniec odcinający przeszłość. Po prostu można już oddychać swobodnie i dostrzegać znów piękno świata wokół.

Nie bój się Jasiu, to nie pustka, to właśnie miłość schodzi głębiej, nie zależy już od uczuć, woli czy czegokolwiek. I może na tym własnie istota żałoby polega, na tym schodzeniu coraz głębiej i głębiej. Na oddzieraniu nas z wszystkich barier ochronnych. Tylko noc ciemna. Dzięki Aniu, Twoje słowa jak zawsze takie trafne.
Odpowiedz
Małgosiu, Jasiu ja też boję się, że koniec żałoby unieważni śmierć i życie Piotrusia. Że jak już się wszystko wypali, będę taką radosną świeżynką. Jakby żałoba miała mi go znowu zabrać, wykorzenić ze mnie. Może tak jest, że skoro on umarł, musi umrzeć wszystko, co niósł ze sobą. Niczego po nim nie mogę zachować, nawet smutku.
Pamiętam, że już kiedyś miałam takie myśli. Potem one odeszły i byłam pewna, że nic nigdy go nie wyrwie ze mnie, że to jest nie możliwe. Chyba ma to związek z okresową pustką emocjonalną, albo stanem manii. Wtedy mnie dopada ten lęk. W tej pustce nie czuję żalu, ani bólu. Nawet konfrontacja z małymi dziećmi i kobietami w ciąży mną nie może zachwiać. Stawiam sobie zadania, żeby tę pustkę wypełnić, a też ona umożliwia stawianie zadań właśnie.
Boje się tylko, że ta pustka to właśnie moje życie. Zastanawiam się czy mogę poczuć coś miłego? Chyba mogę. Poczułam radość ze spaceru z mężem po wyludnionym i zaśnieżonym mieście, poczułam wdzięczność do ludzi w jakiejś nie znanej mi dawce. O, przyszło mi do głowy, że te rozbrojone bariery ochronne teraz robią wzmocnienia. Odsiewają ból, ale ja chcę go jednak czuć.
Odpowiedz
A czy Piotus jest ważny tylko gdy boli?
Odpowiedz
Gdy boli jest na pewno bardziej aktualny. Mogę się nim jakoś zajmować, pośrednio. A czy jest ważny? Gdybyś mnie zapytała, czy Hania jest ważna, powiedziałabym, że jej dobro jest najważniejsze dla mnie. Do Piotrka nie mogę przykładać tej samej miarki. Próbuję sobie wyobrazić, że Hania jest dorosła i osiągnęła jakiś ostateczny poziom szczęścia na ziemi. Cóż, jest ważna, cieszę się jej szczęściem. Wygląda na to, że dzieci są dla mnie ważne tylko kiedy wypełniają moją głowę troską lub szczęściem.
Odpowiedz
Wspaniała z Ciebie Mama- dzieci są ważne, kiedy po prostu są. Hania na całe szczęście jest, Piotruś teraz pewnie tym bardziej jest im bardziej boli. Potem będzie, bo był...
Odpowiedz
Pytałam przewrotnie, przepraszam. Ale to nie jest tak, że im bardziej boli, tym bardziej realne są. Z upływem czasu nasze dzieci nie blakną , nie znikają, nie stają się mniej ważne ani zapomniane. I nawet jak już nie boli, nawet jak człowiek czuje się bezgranicznie szczęśliwy i tak ma je w głowie cały czas (nie wiem jakiego tu słowa używać, bo to nie myślenie ani pamiętanie, to takie stałe poczucie ich obecności).

(teraz to jestem taka mądra Wink, ale wątpliwości miałam te same. I tak nie chciałam, żeby ten bezbrzeżny smutek minął, bo się bałam, że wtedy to już nic mi nie zostanie)

A może (idąc dalej tropem nocy ciemnej) ta miłość taka bolesna właśnie dlatego, że odarta z tej troski i codziennej krzątaniny? Taka w czystej postaci i dlatego tak bolesna, bo nie ma jej jak okazać, przerobić na działanie.

Ściskam Was mocno
Odpowiedz
Tak, nawet poczuć jej nie można. Ktoś powiedział, że jeżeli kochamy coś co nie istnieje lub nie nadaje się do kochania, to kochamy bezinteresownie. I proszę cytat się przydał. Choć jak czytałam to nie wpadłam na pomysł, że Piotruś nie istnieje i nie nadaje się do kochania.
Nigdy nie darzyłam emocji wielkim uważaniem. Reakcje chemiczne służące lepszemu przystosowaniu tu i teraz. Co one mi mogą pomóc lub pokazać w kwestii Piotrusia. A ja od swoich odczuć uzależniałam, czy Piotruś jest w moim życiu czy nie. Emocje są ślepe na to. Dzięki Kochane za wsparcie i przewrotne pytania.
Odpowiedz
Tyle się od Was nauczyć można...

\"(...)ta miłość taka bolesna właśnie dlatego, że odarta z tej troski i codziennej krzątaniny? Taka w czystej postaci i dlatego tak bolesna, bo nie ma jej jak okazać, przerobić na działanie.\" - w sam środek moich pytań... Dziękuję Małgosiu.

Pozdrawiam Was.
Odpowiedz
Oj jak się zgadzam! Ta miłość taka już jakby pozbawiona działania codziennego i dlatego chyba trudniejsza! Dla dzieci tu na ziemi możemy wiele zrobić- przecież nawet wzięcie na ręce tyle znaczy! A dla dzieci naszych tam na górze? Zawsze kiedy idę odwiedzić Jaśka na tym małym, spokojnym cmentarzu, skąd rozciąga się piękny widok- zawsze mam wrażenie, że to, że tam jestem to tak bardzo mało! Źle mi, że mogę zrobić tylko tyle, żeby były zapalone znicze, a na wiosnę urosły jakieś kwiaty- najlepiej białe! I zadaję sobie wtedy pytanie, czy to cokolwiek znaczy?
Odpowiedz
Mysle, ze zadna rzecz, ktora jest podejmowana dla zmarlych dzieci i ze wzgledu na nie, czy to bedzie uporzadkowanie grobu (dla mnie to OGROM, bo konkret, przy ktorym mozna nawet fizycznie sie zmeczyc i biale kwiatki tez takie realne) czy \'tylko\' jedna mysl o nich, czy lza, czy zapalenie swieczki w oknie, czy znajomy uscisk w gardle... nie jest dzialaniem w prozni.

Ze jest jakas rzeczywistosc, ktorej tutaj nie rozumiemy, nie doswiadczamy i dopiero smierc dzieci (a mistycy to maja swoje wlasne drogi do zrozumienia tej rzeczywistosci) otwiera przed nami mala szparke, ktora cos nam pokazuje. I moze dlatego tak trudno to wszystko ponazywac, podefiniowac, i tyle przewrotnych pytan w nas i spoza nas - bo to jest zupelnie INNE, gdzies z innego swiata.

I my tez jestesmy inne po tym wszystkim... I moze to jest to okazywanie i przerabianie na dzialanie tej milosci: bycie przemienionym przez dzieci.
Odpowiedz
Widzę, że wszystkie jakoś tak zimujemy... Ten śnieżek, jak biały kocyk, czasem jak biały całun. Hanko-Aniu, co u Ciebie?
Pozdrawiam

Joanna
Odpowiedz
Usiadłam wieczorem z herbatą i przeczytałam wątek od początku, cały.
Aniu... Taka Wyjątkowa Kobieta z Ciebie.

Piotruś taki śliczny... Tyle pięknego spokoju na tym zdjęciu.

Uściski Anula. Pamiętam.
Odpowiedz
Wiesz, Trzydziecha, czasem szkoda mi, że nie można się takim kocykiem okryć naprawdę... Takim co to zasłoni wszystkie bóle i rany, da spokojnie odpocząć, załapać oddechu. Wszystko to takie trudne.
Odpowiedz
Kochane, dziękuję, że mnie wywołujecie z mojego grajdołka.

Asiu (dobrze poznać Twoje imię) otóż ja nie hibernuję. Ciężko przetwarzam. Jeszcze nic się nie styka, a już musi działać. Wróciłam do pracy. Pracuję z młodzieżą, którą odrzuciły własne rodziny, szkoła i system. Blisko mi do nich teraz szczególnie, ale też tonąc we własnych uczuciach muszę udźwignąć ich złość, frustrację i chaos. Nie dać się wciągnąć w konflikt, mieć poczucie humoru i dystans do siebie. W weekend nie mogłam patrzeć na ludzi. Odmówiłam wizyty w sobotę pod byle pretekstem, a w niedzielę wysłałam męża i Hanię. Duszę się jak muszę się uśmiechać ponad to, co muszę. Ale czekam na wiosnę. Przynajmniej na grobie coś wyrośnie.

Dziękuję Jasiu za tyle uwagi i czasu. Ja oczywiście nie jestem w stanie sięgnąć wstecz. Paraliżuje mnie na myśl, ze to ten sam wątek, w którym Piotruś żył. Skoro mówisz, jestem wyjątkowa. Czasem zastanawiam się czy to ma znaczenie, czy bardziej wyjątkowa, zrealizowana i jakaś tam zgniję w ziemi Smile
Odpowiedz
Fajnie, że wróciłaś do pracy- pominę te kawałki o samorelizacji i satysfakcji z działań.... bo sama nie mogę się do nich przekonać Smile . Chociaż myślę, że każde, nawet małe zwycięstwo w takiej pracy, o jakiej piszesz będzie dawało radość. Mam nadzieję, że \"kontaktofobia\" niedługo Ci minie. Wszystko można przedawkować Smile

Mnie zawsze zastanawiała ta subiektywność w ocenie sytuacji. Każdy ma jakąś swoją małą galaktykę, której centrum stanowią własne problemy. To chyba zderzenie tych naszych małych światów ze światami innych ludzi pozwala popatrzeć na taką sytuację, nowy układ, siebie troszkę z zewnątrz. Ciekawe, czy z dystansem do siebie też można przesadzić Smile ?
Odpowiedz
Cytat:[autor cytatu=HANKA]
Przynajmniej na grobie coś wyrośnie.

A nasz taki zimowy, zasypany po czubki zniczy Smile
Odpowiedz
Aniu, jak Ty?
Ściskam i mam nadzieję, że i u Ciebie choć trochę słońca. I za oknem i w sercu.
Odpowiedz
Jak tam u Ciebie Aniu?
Mam nadzieję, że praca z młodzieżą oprócz trudności przynosi Ci też satysfakcję i jakąś formę spełnienia.
Przyznam, że ja też marzę o pracy z młodzieżą.
A jak Twoja Hania?

Dużo ciepła każdego dnia
Maria
Odpowiedz
Małgosiu u nas z okazji śniegu stanął bałwanSmile

Mario dobre pytanie o satysfakcję. Tak myślę, że ze wszystkiego można mieć satysfakcję, trzeba tylko mieć odpowiednie oczekiwania. W przypadku mojej młodzieży minimalne. Można więc tydzień onanizować się poczuciem satysfakcji, że ktoś wziął to, co mu zaoferowałaś. Czas, uwagę, zrozumienie, szczerość. Jak nie mierzę satysfakcji realną zmianą, albo wdzięcznością, to jestem dość zaspokojona.
Hania w porządku, zalicza bale karnawałowe. Chcę jej zbadać dojrzałość szkolną, bo od września ma iść do szkoły.

Jasiu rzeczywiście doceniam, że dnie coraz dłuższe.

Nadal nie chce mi się widywać z normalnymi ludźmi, a szczególnie w gronie szerszym niż dwie osoby. Nie mieszczę się w tej formule towarzyskiej ze swoimi myślami tęsknotami obawami, a nie wiele we mnie jest poza tymi myślami tęsknotami obawami. Pewnie nie wszystko kręci się wokół mnie i mogę zostawić ten bagaż przed drzwiami, ale robię to już codziennie idąc do pracy. I jestem tym zmęczona, byciem daleko od siebie. Mówieniem sobie - poczuję to później.

Dziękuję za Wasze uściski i odwzajemniam serdecznie.
Odpowiedz
Haniu, tak bardzo mi przykro z powodu Piotrusia.
Przeczytałam Twój wątek od samego początku. Nie potrafię wyobrazić sobie tego co przeżyłaś, co czułaś...Mogę tylko zrozumieć, w małym stopniu...

Przed urodzeniem Kubusia, miesiąc spędziłam w szpitalu. Lekarze uprzedzali, że nie jest dobrze ale ja im nie wierzyłam. Ot taka moja przekara. Myślałam sobie, co oni tam wiedzą, mówią że nie jest dobrze, bo chcą mnie potrzymać w szpitalu.
U nas zaczęło się małowodziem i zatrzymaniem wzrostu maluszka. Potem doszło nadciśnienie, tłumaczyłam im że to ze stresu, bo przez pierwsze dwa tygodnie było książkowe. Potem doszło zawężone ktg, w dniu porodu akcja serca naszego synka spadła dwa razy do 89. Pamiętam jak leżąc pod ktg mówiłam, Kubuś nie wygłupiaj się. I ta przerażająca niemoc...

Nie potrafię sobie wyobrazić co czułaś. Ja żyłam nadzieją...Byłam pewna, że na złość lekarzom Kubuś da sobie radę i pokarze im jaki dzielny z niego chłopczyk. Po porodzie zapłakał, próbował otwierać oczka, lekarze byli bardzo zdziwieni. Mówili, że daje radę.Niestety, w trzecim dniu Pan Bóg zabrał go do siebie.

Haniu, masz ogromną siłę...

Dla Piotrusia (*) naszego Kubusia (*) i wszystkich aniołków (*)(*)(*)
Odpowiedz
Mamusiu Kubusia dziękuję, że się odezwałaś do mnie. Również jest mi niemożliwie przykro z powodu śmierci Kubusia. I dobrze rozumiem Twoje zaprzeczanie ostrzeżeniom lekarzy.

Bardzo chcę Cię zapytać co dla Ciebie znaczy to, że Kubuś otworzył oczy, że słyszałaś jego płacz, że żył trzy dni. Piotruś umarł przy porodzie i nigdy nie widziałam go żywego. Często zastanawiam się jak zmieniło by to moje wspomnienia, gdybym mogła ... Bardzo mi tego brakuje, ale zdaję sobie sprawę, że dla niego to może lepiej.

Musiałaś mieć wielką nadzieję, gdy Kubuś sobie radził. Ściska mi się wszystko na myśl o Twoim zawiedzeniu tą nadzieją. Jak sobie radzisz z tym wszystkim teraz? We mnie jest ciągle tyle złości. Jakby ktoś igrał sobie z nami. Masz zdjęcie synka? Chciałabym go zobaczyć. Naprawdę bardzo mi przykro.
Odpowiedz
Haniu, trudno mi odpowiedzieć. Broń Boże nieopatrznie nie chciałabym Cię urazić, czy sprawić bólu. Czasami mam problem z właściwym dobraniem słów ale spróbuję.

Jeśli chodzi o płacz mojego synka to jego głos, choć tak słabiutki znaczył dla mnie ogromnie dużo. W ostatnim tygodniu pobytu w szpitalu, kiedy wiedziałam tzn. dopuszczałam do siebię tę myśl, że nie jest dobrze, że urodzę tyle tygodni za wcześnie, razem z moim mężem, który siedział przy moim łóżku (nie mogłam wstawać, tylko do toalety) powtarzaliśmy sobie, że malutki jest silny, ja mówiłam, że tak jak jego tatuś. Szukałam w internecie wiadomości o wcześniaczkach żeby przygotować się do opieki nad moją pchełką. Byłam pewna, że sobie poradzimy, że będzie ciężko ale na złość wszystkim damy radę. W tym czasie dałabym sobie za tą pewność uciąć rękę. Nie mówiąc o tym, że zaprzeczałam wprost lekarzom, kiedy mówili, że jest mała szansa.

Mój poród odbył się bardzo szybko. Miałam zrobione badanie przepływów, które wskazało, że są przerwy w otrzymywaniu przez Kubusia krwi a co za tym idzie tlenu. Wtedy lekarze zdecydowali o cc. I leżąc na sali porodowej, gdy przygotowywano wszystko byłam dziwnie spokojna (choć na codzień jestem niestety zwykle histeryczką). Samą operację pamiętam jak przez mgłę. Przed oczami mam tylko obraz małej różowej stópki, a w uszach dzwięczy Jego płacz. Dwukrotny, taki słabiutki. Nie potrafie powiedzieć co wtedy czułam. Pewnie trochę satysfakcję, coś w stylu wiem, że jak zapłacze to będzie dobrze, zapłakał więc damy radę.

Potem na sali pooperacyjnej, pierwsze pytanie do położnej, czy dziecko żyje. Zapomniałam napisać że już przed porodem prosiłam tą samą położną o chrzest. Jak teraz o tym myślę, to sama sobie zaprzeczyłam.Byłam pewna że będzie dobrze, a jednak dopuszczałam myśl o tym, że Pan Bóg może chcieć powołać go do siebie. Położna powiedziała że dostał 5 pkt. Znowu upewniłam się, że damy radę i ogarną mnie dziwny spokój.
Nasze pierwsze spotkanie...Mam wyrzuty sumienia bo troszkę się przestraszyłam. Był taki malutki. Ważył tylko 550 gr i mierzył 27,5 cm. Ale po chwili moje serce zalała fala miłości i gdybym nie była po cięciu to stałabym koło tego inkubatorka cały czas. Jego ruchy zobaczyłam dopiero na drugi dzień. Leżał na brzuszku na takim dziwnym podwyższeniu i ruszał rączką i nóżką. Teraz wiem, że pewnie widział już Boga i chciał do niego szybciej pójść.W piątek, kiedy odchodził nie przeczuwałam, że coś się stanie. Tym bardziej, że mąż cały czas relacjionował mi co się dzieje z naszym synkiem.Pamiętam tylko, że chciałam zmówić koronkę do Miłosierdzia Bożego, ale pomyślałam, że poczekam do godziny 15.00. Poszłam też do kuchni umyć laktator, bo lekarze chcieli podać mu mój pokarm. Tam wisiał krzyż. Kiedy widzisz jak twoje dziecko cierpi, a ty nie możesz nic zrobić, to było w tym wszystkim najgorsze. I tam w tej kuchni, przed krzyżem, zawierzyłam Bogu mojego synka. Nie pamiętam jakich słów urzyłam, ale zaufałam Bogu, powiedziałam niech się stanie wola Twoja i się stała. Tego samego dnia o 13.30 Pan Bóg zabrał moje szczęście do siebie.
Kiedy poproszono mnie na oddział, wiedziałam.Czułam. Zadzwoniład do mojego M. Inkubarot, w którym leżał Malutki stał na przeciwko drzwi. Wchodząc, zobaczyłam monitor, na nim długą ciebką kreskę i znak ? w miejscu gdzie wcześniej było podane tętno. Tego widoku nigdy nie zapomnę. Chciałam go wziąć na ręce, siostra podała mi go. Pamiętam, że bezwiednie nakresliłam znak Krzyża na jego czole. Jest taki piękny, piszę jest bo staramy się mówić o nim, że jest, mimo, że go nie widzimy.

Nie czuję złości, tylko ogromny żal. Ale nie jest on skierowany ani do Boga, ani do ludzi, może troszkę do samej siebie, bo to mój organizm odrzucił małego, łożysko było niewydolne. Boli cały czas. Musiałam wrócić do pracy, jestem urzędnikiem i mam spory kontakt z ludźmi. Wychodząc rano zakładam maskę, w pracy staram się żartować, śmiać się, nie chcę żeby ludzie widzieli mnie smutną. Kiedy przekraczam próg domu, płaczę. Przytulam się do M. i płaczę. Tylko płacz jest w stanie mnie oczyścić.Płacz i modlitwa. Oddanie tego co czuję Panu Bogu. Jak jest mi bardzo ciężko to zawsze myślę, że Pan Bóg chciał mieć u siebie to co jest najlepsze we mnie i moim mężu. Wierzę, że taki jest właśnie nasz mały Święty synek.

Troszkę długo wyszło. Mam nadzieję, że nie sprawiłam Ci bólu pisząc to wszystko.
Udało nam się zrobić jedno, jedyne zdjęcie. Relikwia...
Jeżli chcesz, to wyślę Ci na skrzynkę, tylko proszę podaj adres.

Jak dobrze, że jesteście Wy, które tak dobrze rozumiecie...
Odpowiedz
Nie widziałam jak Kubuś otwierał oczka. Wiem o tym od męża, któremu powiedzieli lekarze.
Odpowiedz
Mamusiu Kubusia dziękuję za Twoją relację. Nie sprawiłaś mi bólu żadnym zdaniem, mam nadzieję, że sobie też nie.
Też miałam takie modlitewne doświadczenie oddania Piotrusia z wszystkimi tego konsekwencjami, a mimo to nie daję sobie rady. Chodzę po kruchym lodzie, małe pęknięcie i już ląduję w oceanie buntu i złości i poczucia krzywdy.
Poprosiłam o zdjęcia Kubusia, może zbyt bezczelnie, ale jeżeli chcesz to zrobić podaję adres ania(małpa)magnolia.pl
Boli mnie, że nasze dzieci takie dla nas ważne i nie do opłakania, dla świata nie mają twarzy. Jak się rodzi dziecko wszyscy chcą je zobaczyć. Chciałabym zobaczyć Kubusia, ale jeżeli to zbyt intymne, to zignoruj moją prośbę, proszę.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości