Piotruś
Małgosiu z nieba mi zsyłasz tę analogię z krążeniem po elipsie. Od soboty jest fatalnie. Lepiej mi jak sobie wyobrażam, że jak minę ten najbliższy punkt to zacznę się oddalać.

Tak ja właśnie czułam się wczoraj niezrozumiana, a sytuację pogarszało, że sama siebie też nie rozumiałam i nie umiałam nic powiedzieć racjonalnego o co mi chodzi. Wyszła z tego awantura. Na kolację we dwoje imieninową Leszka nie poszliśmy. Potem wszystkim było przykro, bo padło wiele złych słów z obu stron i nadszarpnęły wzajemne zaufanie. Magiczne słowa były magiczne w dzieciństwie. Teraz nic nie dzieje się magicznie. Zaufanie bezwarunkowe przeszło w zaufanie pod warunkiem, że ... że orbita jest jeszcze daleko, albo że jestem spokojny i wyspany. Rozumiem, że Leszek jest przemęczony i zestresowany sytuacją w domu, a dodatkowo jeszcze w pracy. Rozumiem, że nie może ciągle zarywać nocy. To, że rozumiem nie zmienia jednak mojego samopoczucia. To czerpanie od niego wsparcia bardzo się sprawdzało. Chyba muszę opracować inne metody radzenia sobie.

Teraz jest dodatkowa trudność, bo nawet się nie wypłaczę, bo Hania nie chodzi do przedszkola. Ma rekonwalescencję po grypie. Dużo zmywam, również czyste garnki, bo wtedy mi nie przeszkadza - \"mamusia jest zajęta\" - a szum wody pozwala się odciąć od rzeczywistości. Jest po prostu bosko. Do bólu związanego z tęsknotą za Piotrusiem i Zosią i Pawełkiem i tatą, bólu zaakceptowania ostateczności tej rozłąki, dołącza się rozczarowanie, że mimo subiektywnego wysiłku nie radzę sobie z tą żałobą, Hania i Leszek czują się zaniedbani.

Przeczytałam takie zdanie \"czas odbiera nadzieję, ale ran nie goi\" (Michał Głowiński, Czarne sezony). Wydaje mi się bardzo trafne. Żałoba to chyba żegnanie tej nadziei, że dzieci wrócą.
Odpowiedz
Tak to właśnie jest. To była główna różnica między mną i moim mężem - dla niego oczywista była nieodwracalność śmierci (i nie zajmował się czymś, na co nie ma wpływu), a mnie długie miesiące zajęło jej zaakceptowanie.

I jeszcze jedno mi chodzi po głowie: żałoby nie da się zaplanować, to znaczy tego jak się ją będzie przeżywać. Ona jest nieobliczalna i bardzo kreatywna. Nawet jeśli wyadje sięnam, że coś o niej wiemy, że przecież tyle o niej przeczytałyśmy, żejakoś się próbujemy do niej przygotować i traktować jako zadnia do wykonania - to i tak jest skazane na niepowodzenie, to i tak nas dopadnie w najmniej stosownym momencie i z najmniej oczekiwanej strony. Nie martw się, więc, że nie jesteś tak dzielna jakbyś chciała, i nie funkcjonujesz tak jakbyś chciała. Bo tak się po prostu nie da. Jedyne co można to próbować przetrwać kolejną godzinę, kolejny dzień.

Dbaj o siebie, Aniu
Odpowiedz
Aniu... :*
Odpowiedz
Żałoba jest nieobliczalna- zgadzam się. Przy Jasiu nachodziły mnie trudne myśli praktycznie codziennie, albo 2,3,4,5,n- razy dziennie. Pamiętam jednak, że po śmierci mojego taty bywały chwile, kiedy nagle, ni stąd ni z owąd wracała wielka tęsknota za nim, za rozmowami z nim, za jego obecnością- pomagało wtedy jedynie pamiętanie o nim i zrozumienie ze strony męża, że muszę pamiętać i muszę płakać!
Nie wiem dlaczego jest tak, że w tych najtrudniejszych chwilach czasami nie możemy znaleźć porozumienia z tymi, których najbardziej kochamy i właśnie w takich chwilach najbardziej potrzebujemy! Chciałabym, żeby tak nie było!
Pamiętam o Tobie Aniu!
Odpowiedz
Aniu, patrzyłam dziś na zdjęcie Piotrusia - śliczny chłopczyk...przepraszam, że tak piszę, wtrącam - nie wiem co mam napisać, żeby nie było jak zawsze bez ładu i składu w takiej sytuacji...strasznie Ci współczuję... chciałabym, żeby było inaczej...
Odpowiedz
Zośka dziękuję.
Mario wczoraj się popłakałam, bo zobaczyłam przez okno samochodu jak pani pcha wózek inwalidzki. Pan na wózku bardzo mi przypominał mojego tatę w chorobie. Aż mną targnęło taki był wychudzony i bezradny. Za dużo mam tych delikatnych macek. Co chwila coś mnie uraża.
Również wczoraj Hani kolega z przedszkola poinformował mnie, że jego mama (nasza bliska sąsiadka) \"rodzi\". Chodziło mu o to, że jest w ciąży. Termin majowy. No taka zazdrość mnie skręciła, że nie mogłam opanować łez w domu. Teraz wiem dlaczego dawno się nie odzywała. Bardzo lubię tę dziewczynę, spędziliśmy miło część urlopu razem. Wykazała się wielką mądrością w sprawie Piotrusia. Przypadkiem była pierwszą osobą, której powiedziałam o diagnozie 11.05., bo zajmowała się Hanią, kiedy my byliśmy u lekarza. Gdy odbierałam Hanię to się rozryczałam. Ona była bardzo ciepła i współczująca i nie przestraszyła się. W mojej klatce jest druga dziewczyna w ciąży. Będę miała udaną wiosnę jak się te dzieci porodzą i zaczną spacerować.
A z mężem to dla mnie jest dość czytelne. On naprawdę jest przemęczony i zestresowany. On też potrzebuje uwagi i bycia najważniejszym. Czasami nasze \"zajmij się mną\" się zderzają. Wkrótce potem się pogodziliśmy. Co nie znaczy, że nie zderzymy się znowu. Trudno tu o jakieś długofalowe rozwiązanie.
Małgosiu masz rację, że jestem skazana na niepowodzenie w żałobie. Ale wolałabym być z siebie zadowolona. Pewnie nieakceptacja siebie jest też wpisana w żałobę. Te wszystkie poczucia winy, poczucie przegranej, bycie gorszym - jak na to nakłada się jeszcze bieżące niewyrabianie się, to już nic się nie chce.
Jasia ściskam.
Odpowiedz
spotkanie dzieci urodzonych w 2007 zawsze wywołuje znajomy ból, a że takowe dziecko jest w najbliższej rodzinie ... urodzone 22 dni po wyznaczonym terminie porodu synka ... mam tylko nadzieję, że zawsze patrząc na bratanka pomyślę - taki byłby teraz mój Ignacy ... mam taką nadzieję, bo tak jak Ty Aniu nie chce zapomnieć, choć boli ... nie wiem, może to z punktu widzenia psychologii, psychiatrii i tym podobnych nie ma sensu i nie przyczynia się do zakończenia żałoby, ale mam to głęboko ... zaczęłam akceptować swój irracjonalizm, czego i Tobie życzę.
czy można jeszcze czytać tojatwoja?
przytulam (*)
Odpowiedz
Ja jeszcze wciąż niecierpię mojej irracjonalności. Czuję się z nią osamotniona.

Zamknęłam blog, bo włączył mi się wewnętrzny krytykant i zaczęłam uprawiać autokreację, zamiast lać jak leci. Jak piszę dla siebie to się tak nie kontroluję. Ale chętnie dopiszę do listy czytelników wszystkich zainteresowanych. Wystarczy podać login z gazetowego konta.
Odpowiedz
No i zderzyliśmy się znowu. Wielu mężów nie chce rozmawiać. Otóż mój też nie chce. Ale myśli, że powinien, więc ja muszę być podwójnie szczęśliwa, żeby nie myślał, że ja tego potrzebuję. Jak sobie nie daję rady, to mam iść do psychiatry po tabletki. To chyba pójdę? Żałoba nie jest chorobą i nie mam wątpliwości, że poradziłabym sobie bez farmakologii. Ale chyba straciłam motywację. Czy to jest sens babrać się tak w tym smutku? Myśleć, czytać, pisać, rozmawiać. Mąż mówi, że robię to tylko dla siebie, w podtekście: kosztem niego i Hani. Niewątpliwie, te magiczne tabletki mają oddzielić mnie od moich uczuć, uczynić bardziej sprawczą i dyspozycyjną. Boję się tylko, że za kilka lat mój mąż wyjdzie z sali sądowej i powie, że miałam rację.
Odpowiedz
mój mąż nadal nie akceptuje mojego babrania się w smutku - \"trzeba myśleć pozytywnie\" mówi ... i ja tak myślę - przy nim, przy rodzinie, poza mogę się wypłakać i wiesz Aniu dla mnie nie jest to oszustwo, zakłamywanie - mąż tego nie rozumie (choć wiem, że się starał), a każdy mój uzewnętrzniony przed nim ból wprowadza w naszej rodzinie niepokój, nieład - wszystko na nie ... bo on po prostu się o mnie martwi, nie rozumie, że moja histeria przynosi mi ulgę ... więc skrzętnie oddzielam żyjących od tych po drugiej stronie, aby ci żyjący czuli, że nie trzeba się o mnie bać ... nie wiem czy to dobra droga - mi pomaga, mojej rodzinie pomaga ... ale to też nie stało się tak od razu - gdybym to przeczytała kwietniu 2007 to bym włożyła między bajki ...

a leki ... jeśli ich nie potrzebujesz to nie bierz ... pomagają, ale uzależniają ... mimo, że niby teraz już takie nowoczesne i nie ma skutków ubocznych ...
Odpowiedz
Jak to zrobić, żeby nie musieli się bać, ale zachować jakąś bliskość?
Kasia, tak jak piszesz, ja chronię Hanię. Jestem kloszem nad nią. Jeżeli burza jest we mnie, to mogę tym kloszem oddzielać ją od siebie samej bez utraty bliskości. Dla męża mogę też być kloszem, ale bliskość na tym cierpi. W dodatku, jeżeli wiem, że on tej bliskości nie chce i nie akceptuje, to we mnie rośnie poczucie krzywdy. Tak jakbym mówiła: kocham cię, ale nie zdejmuj przy mnie koszulki, bo masz okropną bliznę na plecach.
Odpowiedz
Aniu,

ja sobie tlumaczylam, ze oboje przezywamy inaczej zalobe, ale dobrze, jesli na tych naszych drogach znajdziemy punkty wspolne. I to one potem musza wystarczyc, gdy sie przezywa \'osobno\' zalobe po dzieciach. Mialam ogrom szczescia, bo mi nigdy wuch nie powiedzial, ze przesadzam albo, ze czas skonczyc. A smutek wracal i przychodzil czasami w najmniej odpowiednich momentach.

I ta pora roku jeszcze...

Duzo cieplych mysli.
Monika
Odpowiedz
Aniu Monika to najtrafniej ujęła - inaczej przeżywamy żałobę - i tu jest problem, a czasami go nie ma ... u mężczyzny dochodzi jeszcze lęk o kobietę - u nas jest tak silny, że mój uzewnętrzniony ból przeżywam samotnie, ale moją żałobę już liczę w latach i to nie znaczy, że jest lepiej - jest łatwiej ... bo czasami ból był tak silny, że bliskość wynikała tylko z meldunku ... powoli, masz - macie czas.
A co do blizny pod koszulą to mój mąż wie, że płaczę w samotności, ale nie wie, że tak często i co najważniejsze nie uczestniczy w tym - przytuli i wytrze nos, kiedy już po wszystkim ... myślę że to nie jest ukrywanie blizny - widział ją, dotykał, ale nie musi koniecznie codziennie czuć jak ona boli ... bardzo analogicznie wyglądało to u moich rodziców - mama po odjęciu piersi usłyszała, że ojciec nie chce i nie będzie \"na to\" patrzył ... zabrał swoją poduszkę do drugiego pokoju ... z tego co czytałam nie wydaje mi się żeby twój mąż Aniu kiedykolwiek w ten sposób zareagował ...
przytulam (*) (*) (*)
Odpowiedz
Powiedziałabym, że inaczej przeżywamy też miłość, lojalność, odpowiedzialność, życie przeżywamy inaczej. Ja nie oczekuję, że mąż będzie ze mną współbrzmiał. Ale ja chcę brzmieć. Jeżeli brzmienie jest przerażające, to co powiedzieć o rzeczywistości, z której ono pochodzi? Może ja rzeczywiście za dużo oczekuję? To heroizm, przejść ponad swoim lękiem, żeby komuś towarzyszyć. Ale mnie kręcą herosi.
Odpowiedz
:* Aniu.
Pamiętam.
Odpowiedz
Tak sobie myślę, że podstawową zasadą towarzyszenia innym w żałobie po dziecku powinno być: rozmawiaj ze mną o moim dziecku jak najczęściej. Bo ja i tak o nim myślę. Bo zawsze będę tęsknić, bez względu na to ile lat minęło. Bo tylko w ten sposób pozwalasz mi jakoś funkcjonować.

Chyba będę to pisać/mówić wszędzie dużymi literami. A może nawet projekt ulotki przygotuję Smile Bo wydaje mi się, że to jest podstawowy problem naszego funkcjonowania w domu i tzw. społeczeństwie: zapomnij, nie rozdrapuj, nie myśl... A wyobraźcie sobie naszych mężów, matki, teściowe, koleżanki etc mówiących: pamiętaj, wspominaj, myśl...

Chociaż z drugiej strony: pamiętam jak mnie wszystko irytowało i to, że ktoś mówi do mnie o Dominiku i to, że nic nie mówi. Więc może po prostu jest taki etap żałoby, w którym nikt nie jest w stanie nam towarzyszyć. I ostatecznie w cierpieniu każdy z nas jest sam. Choć oczywiście wsparcie otoczenia nie jest bez znaczenia.

Śmierć dziecka jest krytyczną sytuacją dla rodziny i związku. I jak każdy kryzys czasem przeżywa się go konstruktywnie i pogłębia w efekcie relacje, a czasem jest destrukcyjny i nic dobrego na tych gruzach nie wyrasta.

Ech, takie sobie refleksje, któe i tak nie zdejmą z nikogo ani grama bólu...
Odpowiedz
Dzięki dziewczyny. Psychiatrę odwołałam.
Ja rzeczywiście za dużo oczekuję od męża, od ludzi, od Boga i od życia. Zastanawiałam się jaki mam na to wpływ i wyszło mi że żaden. Ale jestem winna światu uczciwość. Prosić i dać prawo odmowy. Ćwiczenia praktyczne od rana do wieczora.
Odpowiedz
Aniu,
Był kiedyś taki reportaż o przewrotnym tytule \"ja nie chcę wiele, ale nie mniej niż wszystko\". I ja się w tym odnajduję.
Są tacy, którzy chcą wiele i dostają wiele, inni dostają tylko garstkę... To taka wyższa matematyka, nieosiągalne jest równanie, zawsze pozostaniemy z nierównością. Przynajmniej tu.
Pozdrowienia i uściski, cieszę się na spotkanie niedługo... H.
Odpowiedz
Małgosiu, a masz jakiś pomysł na ten wariant konstruktywnego przeżycia kryzysu? Bo jak tu być konstruktywnym, kiedy ma się samej siebie dosyć? Mnie się włączyła opcja sadyzmu- drążenie, rozdrapywanie i dręczenie mam tak opanowane, że zatrzymuję się dopiero kiedy uda mi się doprowadzić silnego i spokojnego faceta do stanu łez w oczach. Takie paskudne \"chciałam zobaczyć, że ciebie też boli\". I po co? Żeby mu oznajmić dzień później, że życzę sobie być sama? Nagle, pierwszy raz od 10 lat nie umiemy (nie umiem) o czymś ważnym porozmawiać. Fakt - pracujemy nad tym - ale wciąż gdzieś się mijamy. Świadomość, że mąż się stara, jakoś mi pomaga. Nie mam pojęcia co pomaga jemu. Wcale mi nie jest z tym dobrze...
Skoro on nie mówi, czego oczekuje, ja to mówię. Nie zawsze jestem fair-potem przepraszam. Nauczyłam się mówić głośno i bez histerii, że boję się o nas i że przeraża mnie, że się nie rozumiemy.
Mimo wszystko, nie sądzę, żeby w tej sytuacji można było oczekiwać za dużo. Każde oczekiwanie (wyartykułowane), poza \"cofnij czas i napraw wszystko\" jest tak samo realne.
Odpowiedz
Trzydziecha odnajduję się w tym co piszesz. Kilka razy musiałam zacisnąć zęby, żeby nie poprosić męża, żeby \"cofnął czas i naprawił wszystko\". Myślę, ze to byłby dla niego straszny ciężar. Poza tym nie stawiam sobie hamulców mając nadzieję, że bierze to co mówię w nawias. Potem przepraszam. Ja nie chcę być sama ani chwili. Widzę, że mój mąż potrzebuje ode mnie odpocząć. Jest stale dla kogoś w pracy i po pracy. Mam potrzebę samoograniczyć sie.

Haniu bardzo dobry cytat. Wszystko bywa za mało.Też się cieszę na spotkanie i smucę, że ostatnie.
Odpowiedz
Nie, nie mam pomysłu. Pisałam raczej o efekcie końcowym, a nie konkretnym sposobie. Nie wiem od czego zależy to czy relacja się w efekcie pogłębia czy niszczeje.
Odpowiedz
To chyba nie zależy od tego co się mówi, ale od intencji, potrzeby porozumienia i czasu.
Ja mówiła, prosiłam, może nawet żądałam \"zrób coś, żeby to się nie zdarzyło\".
Raniłam strasznie, chciałam żeby jego też bolało, tak samo jak mnie - zupełnie jak Ty trzydziecha, a potem płakałam. A dziś jest między nami zrozumienie i więź jakiej nigdy nie było.
Odpowiedz
Małgosiu: Przepraszam za to retoryczne pytanie. Gotowy przepis byłby zbyt prosty, prawda?
Hanko, niezależnie od tego jak Ty to czujesz, widzę cię jako osobę niesamowicie wręcz opanowaną (skala opanowania zawsze i tak zależy przecież od okoliczności). Czasem żałuję, że nie mam funkcji samoograniczania. Piszesz, że czujesz, że mąż potrzebuje odpoczynku od Ciebie - ja to mojemu próbowałam udowodnić. Poważna, długa rozmowa po tym kiedy doszłam do wniosku, że uwolnię go od swojego męczącego towarzystwa (właściwie już wychodziłam z domu) zakończyła się moją obietnicą, że już nigdy więcej (ha, ha...) nie wymyślę sobie, co dla niego jest lepsze. I jego obietnicą, że będzie starał się tłumaczyć mi swoje odczucia, żebym sobie znowu nie zdążyła nadinterpretować faktów. Tyle tylko, że razem uciekamy od starych, znanych schematów zachowań. Z pracy to ja wolę wrócić o 19. Mam mniej czasu na myślenie.
Odpowiedz
Trzydziecha no rozumiem myślenie jest często do dupy, ale jak tu piszesz to nie znać po Tobie, że nie myślisz. Tak całkiem nie uciekasz.

Funkcje samoograniczania to mi jeszcze rodzice wszczepili. Zwróciłaś mi uwagę, że ograniczanie swoich potrzeb z zaciśniętymi zębami, to jednak krok wstecz.
Odpowiedz
Nie ma recept (na szczęście), różnimy się i my i nasze małżeństwa. Ja na przykład koniecznie chciałam być sama. Nawet czasowo porzuciłam rodzinę i pojechałam łazić po górach.
Dbajcie o siebie bardzo, dziewczynki.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości