Poronienie - Forum
dziś mijają 4 miesiące... - Wersja do druku

+- Poronienie - Forum (https://www.poronienie.pl/forum)
+-- Dział: Poronienie (https://www.poronienie.pl/forum/forumdisplay.php?fid=3)
+--- Dział: Moja strata (https://www.poronienie.pl/forum/forumdisplay.php?fid=11)
+--- Wątek: dziś mijają 4 miesiące... (/showthread.php?tid=3053)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31


dziś mijają 4 miesiące... - karolciakg - Mon, 10 Października 2011

dużo sił masaiimara...dla Piotrusia (*)


dziś mijają 4 miesiące... - JoannaAnna - Mon, 10 Października 2011

Marto ... Smoleń świetnie to ujął. Dziura jest i zostanie choćbyśmy nie wiem co robili. Czasami po prostu zdarza nam się o niej zapomnieć. I czasami odnoszę wrażenie, że chyba nie ma znaczenia ile takich dziur mamy w sobie. Czy jedna czy 7, człowiek odczuwa taką samą pustkę.


dziś mijają 4 miesiące... - ezywicka91 - Mon, 10 Października 2011

Dla Piotrusia (*)


dziś mijają 4 miesiące... - Malgosia - Mon, 10 Października 2011

Dziura - zgadzam się. Bezsens - tak. Też uważam, że śmierć moich dzieci byłą po nic. Ale pamiętaj, że on niczego ze swoim bólem nie zrobił. Może nie był w stanie. Może nie chciał. Ale czasem udaje się wyjście poza cierpienie i dostrzeganie dobra, nie dzięki śmierci, a pomimo niej. Wtedy np. czujemy radość i wdzięcznośc za to, że te niebieskie dzieci w ogóle pojawiły się w naszym życiu albo próbujemy żyć uważniej. Żałoba sama w sobie nie jest dobra ani zła - jak nóż. Możemy go użyć do dobrych rzeczy i do złych. I od nas zależy czy i jak go wykorzystamy.

I jeszcze - nie chciałabym, żeby ludzie stawali się lepsi z powodu śmierci bliskich. Wolałabym być złym człowiekiem, niż dobrym za cenę czyjegoś życia.

A z pustką to tak jak z miłością - za każdym razem jest wszechogarniająca. do[iero z czasem jakośsię to porządkuje.

Dziękuję Wam za inspirację do myślenia Smile


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Mon, 10 Października 2011

Umieranie. Nie-bycie.
Nie ma Piotrusia.
Nie ma Julki, dla której dziś wysłałam alimenty. To cała nasza \"relacja\".
Umiera Babcia. Już jej nie ma - przebywa w świecie swojego dzieciństwa, do którego ja nie mam dostępu. Może to i dobrze, bo nie jest świadoma ogromu swojej bezradności.
Wczoraj ostatecznie umarła szansa na poprawę mojej relacji z rodzicami. Ja też chyba w pewnym sensie ostatecznie umarłam. Bo oto chyba przestałam być czyimkolwiek dzieckiem. A raczej - ostatecznie sformułowałam ten wniosek. Choć biologicznie nadal nim będę, póki fizycznie oni - lub ja - nie umrą. Umieranie ma wiele twarzy...

Dziś jestem jedną wielką dziurą. Pustką. I wtedy pojawił się ten tekst i słowa Smolenia.
Faktycznie, chyba niewiele zrobił z tym, co go spotkało. Pewnie nie był w stanie. Zaskorupił się. Zresztą - myślę, że on się zaskorupił, zapił świadomość już dużo wcześniej...

Mam poczucie, że całe swoje - krótkie przecież - życie \"coś robię ze swoim bólem\", czasem nie mam już sił, już nie chcę. Przekuwam. Staram się obracać w dobre (?), w pożytek. Jeśli śmierć mojego dziecka niesie za sobą cokolwiek dobrego - czasem udaje mi się w to uwierzyć na moment - to to, że wiem... Że moja wyobraźnia ogarnia choć ułamek tego, co czuć może inna osoba. Że jestem uważniejsza, wrażliwsza może. Ale i bardziej rozedrgana... Że mogę o tym powiedzieć i poruszyć być może kogoś. Czy to już jest pożytek?!

Żyć uważniej. Tak Małgosiu, to jest jedyny pożytek, jaki niezaprzeczalnie dostrzegam z każdego umierania, jakiego doświadczyłam i doświadczam. Świadomiej. Do bólu. Bez pokusy nie-myślenia.


I jeszcze jedno pytanie - jak być mamą dziecka, które nie ma choć ma: dziadków, brata, siostrę? Chciałabym być mądrzejsza...

JoannoAnno, nie ma limitu dziur niestety. Ciekawe, czy w pewnym momencie można stać się już tylko dziurą, niebytem?
Elu, karolciu, dziękuję za światełka.


dziś mijają 4 miesiące... - Malgosia - Mon, 10 Października 2011

Wiesz jakie jest moje największe marzenie?
Żeby był już koniec świata.

Bo moje życie też jest ciągłym zmaganiem, odkąd pamiętam, z krótkimi tylko przerwami na zaczerpnięcie oddechu. I jak patrzę na świat, to najczęściej życie boli.
I tak mi się marzy koniec tego cierpienia, którego miliony, a może miliardy ludzi doświadczają każdego dnia. I zamiast tego - wieczna szczęśliwość dla wszystkich. Albo wieczne nic.

Ale dla mnie śmierć to nie jest nie-bycie. To bycie, tylko w innej postaci. I wcale nie mam na myśli eschatologii katolickiej, tylko takie poczucie, że zmarli są. W moich myślach i we mnie, bo przez każdego z nich albo dzięki nim jestem, tym kim jestem. Są częścią mnie. Na zawsze.


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Mon, 10 Października 2011

Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Wiesz jakie jest moje największe marzenie?
Żeby był już koniec świata.

O takim rozwiązaniu nigdy nie pomyślałam. Egoistycznie rozważałam raczej ustanie własnego istnieniaWink


Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Ale dla mnie śmierć to nie jest nie-bycie. To bycie, tylko w innej postaci. I wcale nie mam na myśli eschatologii katolickiej, tylko takie poczucie, że zmarli są. W moich myślach i we mnie, bo przez każdego z nich albo dzięki nim jestem, tym kim jestem. Są częścią mnie. Na zawsze.
Tak, dla mnie to jest jedyne poczucie bycia zmarłych. Jedyne poza tym, że energia, jaką byli, gdzieś się przejawia w świecie. Po śmierci spodziewam się niebytu, co generuje kolejne pytania - czy wtedy Oni też przestaną istnieć?Wink Ale wiem, ze pewnie nie, bo ten łańcuszek pamięci będzie trwał, może trwać. To zależy także ode mnie.

Masz rację, to też jest jakiś pożytek - że jest się ukształtowanym przez ból. Jeśli się lubi, akceptuje siebie obecną. Ja wolę siebie taką - silniejszą - niż tę dawną. Tak, pewnie powinnam czuć coś na kształt wdzięczności. Dziś nie czuję. Dziś mam dzień buntu, kiedy mówię - Losie odwal się, znajdź sobie kogoś innego do ubogacania, mnie wystarczy, ja już wysiadam. Moje życie to książka w 12 tomach, dziękuję za kolejne...

Z tego buntu pewnie też będzie coś dobrego. Jak zawsze do tej pory było...


dziś mijają 4 miesiące... - ezywicka91 - Mon, 10 Października 2011

Marta pustaka w sercach po stracie kogoś bliskiego zawsze zostaję na zawszę

Malgosia święte słowa przytulam was obie mocno


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Mon, 10 Października 2011

Właśnie dotarło do mnie, że dziś 10 dzień miesiąca. Może głowa nie pamięta świadomie, ale podświadomie gdzieś tam nastawia się na tryb \"kolejny miesiąc bez Ciebie\"? Może stąd dzisiejsze poczucie beznadziei? 17 miesięcy.
Pozwolę sobie na głęboką refleksję w klimacie chwili - do dupy z tym wszystkim.


dziś mijają 4 miesiące... - PiBi - Mon, 10 Października 2011

Masaiimara, bardzo mi przykro... Sad cóż powiedzieć? przytulam mocno. I życzę, żeby Cię życie jednak zaskoczyło pozytywnie. Przynajmniej w tych kwestiach, w których można jeszcze odwrócić bieg zdarzeń.


dziś mijają 4 miesiące... - ezywicka91 - Mon, 10 Października 2011

Marta mocno przytulam


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Mon, 10 Października 2011

Aniu, czasem obawiam się, że w tych kwestiach, w których - wydawałoby się - można jeszcze odwrócić bieg wydarzeń, życie zaskakuje najboleśniej. Bo skoro można (choć czysto teoretycznie), to gdzieś podświadomie są oczekiwania, nadzieje. Tym boleśniej przyjąć, że nie jest chyba w ludzkiej mocy je spełnić...
Dziś jestem przytłoczona. Jestem pustą skorupką po Piotrusiu. Mam przed oczami pustą skorupę ciała mojej babci, w którym już przez większość czasu nie ma jej mi znanej. Najbliższy człowiek mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Jedyny, od którego dostawałam bezwarunkową miłość. Czuję się osierocona.


dziś mijają 4 miesiące... - JoannaAnna - Mon, 10 Października 2011

Marta przytulam Cię mocno do serca...


dziś mijają 4 miesiące... - PiBi - Mon, 10 Października 2011

Masaiimara - kiedy odchodziła moja Babcia, zdołałam Jej powiedzieć, że kocham (mamie nie zdążyłam i strasznie mnie to boli). A potem, niemal w chwili Jej śmierci (może przyszła się pożegnać?), kiedy wydawało mi się, że rozumiem sytuację i panuję nad nią, dotknęła mnie myśl, jak prąd i ból - już NIGDY. NIGDY, NIGDY, NIGDY.
Płaczę z Tobą.....


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Mon, 10 Października 2011

Tak, ja niby też rozumiem. Ale jej umieranie trwa już tak długo, że chyba rozumiem coraz mniej. Jeszcze żyje, jeszcze jest. Ale jednak człowiek to nie ciało a świadomość, umysł. A te u mojej babci coraz częściej są już po tamtej, niż po tej stronie. Bardzo nie udała się naturze starość i umieranie.


dziś mijają 4 miesiące... - asteroidea - Mon, 10 Października 2011

Marta... Przytulam Cię bardzo mocno... Z pewnością nic nie będzie w stanie już wypełnić tej pustki... Ale myślę, że jak za jakiś czas, kiedy pojawi się na świecie Twoje maleństwo, które teraz nosisz pod sercem - da Ci tyle radości, że troszeczkę się ta pustka \"wypełni\", choć wiem tak naprawdę to raczej tą pustkę \"zagłuszy\" niż \"wypełni\".
Przytulam raz jeszcze...

(*) Dla Piotrusia


dziś mijają 4 miesiące... - Kredka - Tue, 11 Października 2011

Wydaje mi się, że to ta nie działa. Nawet pomijając kwestie tego, że nie da się wypełnić pustki po kimś kogo się kocha drugą osobą bo tęsknota pozostaje, to tu jest jeszcze kwestia tego, że dziecko i babcia, która była prawie jak matka pełnią zupełnie inne funkcje w życiu człowieka. Matka/osoba która nas wychowywała jest zwykle ostoją, taką osobą która daje oparcie i służy swoim doświadczeniem. Dziecko nie daje tego oparcia, potrzebuje go od nas. Wiem, że chodziło o to, że będzie tak dużo radości, że przyćmi ona ten smutek. Ale moim zdaniem to też tak nie działa. Kiedyś myślałam, że tak.. że kolejne dziecko, choć nie zastąpi Gabrysia to da radość, która przyćmi ból. Ale teraz wydaje mi się, że można być jednocześnie bardzo szczęśliwym i bardzo nieszczęśliwym. Można śmiać się w głos a w sercu mieć ból i pustkę. I myślę, że można jednocześnie budować swój nowy świat bycia matką i patrzeć na to jak burzy się świat w którym kiedyś się żyło.

Marta, mogę tylko powiedzieć, że jest mi bardzo przykro.


dziś mijają 4 miesiące... - JoannaAnna - Tue, 11 Października 2011

Snopko też racja ale z drugiej strony chyba dzieje się tez tak, że jeśli coś/ktoś nas bardzo absorbuje i nie mamy czasu na myślenie o rzeczach ostatecznych to żyjemy w tych chwilach takim niepamiętaniem o tym co nas boli. A ten bezpośredni ból przychodzi dopiero w momencie kiedy są chwile tylko poświęcone myśleniu o naszej stracie. Kurcze tak ciężko opisywać coś co czuje chyba każdy z nas... Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli i nikogo nie uraziłam. W chwilach gdy traciłam członków rodziny, przyjaciół - wtedy nie chciałam żyć. A później kiedy podniosłam się po tym pierwszym największym bólu i szoku i zajęłam się życiem, wpadłam w wir zajęć to nie miałam czasu na pamiętanie o tym bólu - co pomagało mi gromadzić energię na trudne dni. A jeśli już przychodziły dni kiedy miałam na niego czas to był już lżejszy, mniejszy, więcej było we mnie zrozumienia. Trwało to kilka długich lat zanim odkryłam że ból dzisiaj jest inny od bólu wtedy...
Ktoś kiedyś zapytał mnie jak wytrzymuje takie życie, w którym od nastoletnich lat cyklicznie, przynajmniej raz na rok przytrafia mi się tragedia - trace kolejnego członka rodziny, zdrowie... I sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. Jak to jest że mimo to żyję dalej, planuję, uśmiecham się a o moich bliskich wspominam już bez łez a z uśmiechem i rozrzewnieniem. Czasami wydaje mi się, że to ten nasz naturalny pęd ku przetrwaniu sprawia, że mimo wszystko staramy się żyć dalej i uśmiechać. A może ten uśmiech jest tym cenniejszy bo bardziej doceniamy to co mamy. Dochodzi do nas jak wiele mieliśmy, jak wiele czerpaliśmy z tego dla siebie.
Ktoś mógłby powiedzieć: ciągły ból, ciągle towarzysząca śmierć i odchodzenie, ja bym tego nie zniosła/nie zniósł. A ja zamiast bólu dzisiaj widzę to tak:
Los podarował mi 17 lat życia z cudowną mamą, od której tak wiele się nauczyłam.
Los podarował mi 18 lat życia z bratem - lat trudnych ale takich, które wiele mnie nauczyły.
Los podarował mi 7,9,12 tygodni, przez które mogłam z dumą nosić pod sercem życie, którego byłam autorem.
Los podarował mi drugą szansę mimo przerażającej diagnozy medycznej.
Los podarował mi kilka związków, dzięki którym dałam coś od siebie i wzięłam bardzo dużo dla siebie. To ludzie, z którymi podarowaliśmy sobie kilka lat życia. Fajnego życia.
I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Na koniec tylko dodam, że ...
Los podarował mi cierpienie, dzięki któremu stałam się silniejsza i mogę dobrze zrozumieć cierpienie drugiego człowieka przez co łatwiej jest mi być dla niego wsparciem.

Przepraszam. Rozpisałam się Smile Ściskam Was mocno i życzę Wam byście odnalazły siłę w swoim cierpieniu. Marta ściskam mocno!


dziś mijają 4 miesiące... - m_emi - Tue, 11 Października 2011

Martuniu czytając twoje wpisy, to tak jakbym czytałam swoje myśli, chociaż tak ciężko mi je wyrazić. Dla mnie to wszystko jest strasznie trudne, czasem jestem tak bardzo zagubiona, że chcialabym się schować i nigdy nie wyjść. I nawet nie wiem czy wierzę w to że będzie lepiej, będzie inaczej, każdym dzień, każde wydarzenie zmienia nasze spojrzenie na przeszłość..
Przytulam cię Martuniu do serca.


dziś mijają 4 miesiące... - Kredka - Tue, 11 Października 2011

JoannaAnna to prawda, ale sama pisałaś, że najpierw nie chciałaś żyć, dopiero z czasem skupiałaś uwagę na czymś innym. Bo uciekanie przed żalem i żałobą nie jest dobre i lepiej nie zajmować się czymś innym na siłę.


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Tue, 11 Października 2011

\"Los podarował mi cierpienie\"... Nie wiem, czy umiem nazwać je darem.
Ja go nie wzięłam. Ono na mnie spadało. Los zwalał je na moje barki. Ja je musiałam akceptować. Musiałam z nim - jakoś - żyć. To ubogacenie, stanie się innym, czasem lepszym, było tylko skutkiem ubocznym. Wielu się nie udało go wypracować. Tak naprawdę treścią cierpienia, kiedy ono trwało, było przetrwanie. Nie danie się zniszczyć. Czy to jest dar? Nie wiem. Może za mało we mnie pokory...

A pustka się nie zapełni.
Nigdy.
Wiem to.
Gdyby tak to działało, to już jakaś część życiowej pustki powinna się zapełniać. Dlaczego? Bo mam rodzinę - partnera, teraz już męża, od wielu lat, bo jest jego rodzina - pierwszy raz od lat funkcjonuję w dobrej, ciepłej rodzinie, bo pojawiły się dzieci...
Powinna być nieco mniejsza ta wyrwa po Piotrusiu, bo przecież - dosłownie także - zapełnił ją Jeremi. Jest ze mną w każdej minucie.
I co?! Dziury są jak były. Tak samo wielkie. Mniej bolesne, bo czas, bo myśli niekiedy zajęte (to pewnie da pojawienie się żywego dziecka - zajęte ręce i myśli). Ale niemyślenie teraz oznacza tylko odroczenie.
Dziury będą zawsze. A ja po prostu nauczę się z nimi żyć. Tak, jak nauczyłam się żyć z dziurą czy też pomimo dziury mojego dzieciństwa, po którym jestem jak ser szwajcarski. I pomimo upływu lat i długich terapii i całego tego dobra jakie mnie potem spotkało i dobrego życie jakie sobie zbudowałam - czasem to dziurawe dziecko we mnie wyje z bólu i niekochania. Podobnie jest i będzie z mamą we mnie. Pojawią się może inne dzieci, będzie hałas, gwar, zajęcie i mnóstwo dobra. A dziura czasem da się wymacać. I osierocona mama Piotrusia we mnie nagle poczuje, że oto przez chwilę jest w samym środku wielkiej Pustki, bo Jego nie ma.
I to też minie i dalej będzie dobre życie. I piękno świata. I nadzieja. I nowe dziury.
Czasem tylko mam dzień buntu, jak wczoraj. Kiedy myślę, że już nie ma we mnie miejsca na nową dziurę.


dziś mijają 4 miesiące... - JoannaAnna - Tue, 11 Października 2011

Snopka tu się zgodzę. Nigdy nie uciekałam przed żalem i żałobą. Bo wiem, że jesli nie przeżyje się tego \"po kolei\" to potem wraca to ze zdwojoną siłą. Zawsze dawałam sobie prawo do tego, że nie chce mi się żyć, uśmiechać, wychodzić z domu itd.

Marta myślę, że po prostu jesteśmy obie na dwóch diametralnie różnych etapach życia i przezywania cierpienia dlatego nie można powiedzieć, że brak Ci pokory. Kiedy spadały na mnie te wszystkie plagi to też uznawałam to za marny chichot losu i bardzo cierpiałam. Na wszystko jest czas.
I zgadzam się z Tobą, że dziury będą zawsze. Nic ich nie zapełni. Możemy tylko starać się z nimi żyć jak napisałaś. Ale to przychodzi z czasem. Wielokrotnie musi go upłynąć całą masa zanim nauczymy się z nimi żyć.
Bardzo dobrze robisz dając sobie prawo do dnia buntu. Chyba każdy z nas ma takie dni...


dziś mijają 4 miesiące... - masaiimara - Tue, 11 Października 2011

Przeczytałam kolejny raz sporą część wątku HANKI \"Piotruś\" - HANKO, niezmiennie jesteś moją mistrzynią w byciu, w świadomym przeżywaniu - żeby znaleźć ten cytat \"czas odbiera nadzieję, ale ran nie goi\" (Michał Głowiński, Czarne sezony). Nadzieja rodzi oczekiwania a za nimi następuje rozczarowanie. Pozostaje liczyć na ten czas, który nadzieję, zostawi z tyłu...


dziś mijają 4 miesiące... - agn68 - Tue, 11 Października 2011

Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Dziura - zgadzam się. Bezsens - tak. Też uważam, że śmierć moich dzieci byłą po nic. Ale czasem udaje się wyjście poza cierpienie i dostrzeganie dobra, nie dzięki śmierci, a pomimo niej. Wtedy np. czujemy radość i wdzięcznośc za to, że te niebieskie dzieci w ogóle pojawiły się w naszym życiu.
Małgosiu, wspomniałaś gdzieś, kiedyś, że gdyby nie poronienia, prawdopodobnie nie zdecydowalibyście się na więcej niż trójkę dzieci. Dla mnie to bardzo ważna odpowiedź na pytanie o sens śmierci Oli i Dominika. Wiem, że jako osoba nie wierząca widzisz to pewnie inaczej. Z mojej perspektywy Bóg chciał Wam podarować więcej niż sobie planowaliście czy życzyliście - nie tylko trójkę dzieci, ale całą piątkę - z Dominikiem i Kajetanem.

I dzięki za światełko dla Uriaszka.


dziś mijają 4 miesiące... - PiBi - Tue, 11 Października 2011

Nie. Nie wolno tak myśleć. Nie wolno.
Trzeba mieć nadzieję. Nawet, jeśli nie ma już nic. Trzeba mieć nadzieję.
I to nieprawda, że czas nie goi ran. Goi. To nie znaczy, że się zapomina i żyje \"po staremu\". To znaczy, że można doświadczać także pięknych - chwil, momentów, dni.
że da się oddychać. Da się... żyć.