Poronienie - Forum

Pełna wersja: Mężczyźni i poronienie
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9

Marusia

Witam!

Poronilam w 5 tc, to bylo pol roku temu. Na samym poczatku moj maz mnie wspieral, ale im wiecej czasu mija od poronienia, tym bardziej on nie chce o tym mowic. Twierdzi ze to niepotrzebne rozdrapywanie ran i ze powinnismy myslec o przyszlosci. Tak naprawde to on w ogole nie chce o tym dziecku ze mna rozmawiac, zamyka sie w sobie i ucina temat od razu.

czy to jest normalne?

boje sie co dalej z nami bedzie

marta


Edit / DzikaMysz 2013-10-22 22:58 / Łączenie tematów

drabina

Witam

rzeczywiście mężczyźni inaczej przezywają trudne sytuacje. Często zwiazane jest to ze stereotypem spolecznym dlatego trudniej jest im okazywać emocje. Ale to nie znaczy ze ich nie odczuwają, wręcz przeciwnie.Wolą jednak swoje słabości zachowac dla siebie. Moim zdaniem Twój mąż właśnie w taki sposób chce sobie poradzić. Wydaje mu się że nie rozmawianie o dziecku, które straciliście to sposób na poradzenie sobie z trudnymi emocjami i jednoczesnie pogodzenie sie z tym. Ty oczywiście masz prawo odczuwac inaczej.Warto o tym rozmawiać z mężem. Byc moze pokazanie jemu w jak różny sposób radzicie sobie z tragedią, która was dotknęła, powiedzenie o swoich uczuciach, potrzebach i oczekiwanich zmieni nastawienie męża.Powiedz jemu co musiałoby się stać, żebys Ty mogła pogodzic sie ze stratą dziecka i mogła myslec o przyszłości.. Jeżeli to nie przyniescie zmian to warto rozmawiać o tym z bliską Tobie osobą. pozdrawiam ciepło

drabina

Kate

Poronilam trzy miesiace temu, w chwili, gdy ronilam, krew doslownie sie ze mnie lala, on wyszedl z domu i poszedl z kolegami na piwo. Nie potrafie zapomniec, wybaczyc, ze w chwili, gdy go najbardziej potrzebowalam on postapil w taki sposob. Mam starszny zal do niego. Co ja mam zrobic?



Kate

Marusia

Dzieki...

Dzis walentynki, mialo byc zupelnie ianczej, a siedze i rycze z zalu... A wieczorem przy naszej romantycznej kolacji (pizza w lozku!) chyba zdobede sie na to by z moim M pogadac \"po mesku\".

Bo przeciez mamy jeszcze siebie i tak bardzo chcialabym by bylo tak jak dawniej.Tylko ze tak juz nie bedzie, a ja jeszcze nie wiem jak to bedzie.

I chcialabym, by on czasem pozwolil mi plakac.

bo ja tego potrzebuje...

pozdrawiam wszystkich

Marta

drabina

Droga Kate,Z tego co piszesz o tym trudnym momencie w twoim życiu, wynika, że w momencie zagrożenia twojego zdrowia może i życia nie dostałaś wsparcia i pomocy od najbliższej osoby. Ponieważ nie znam dokładnie przebiegu sytuacji, zastanawiam się nad różnymi jej aspektami: czy twój mąż wiedział co się z Tobą dzieje? Prawdę powiedziawszy trudno jest mi wyobrazić sobie sytuację kiedy ktoś widząc to co opisujesz, zostawia tę osobę nie udzielając jej pomocy. Być może wyszedł nieświadomy tego co przeżywasz. Jeśli jednak było tak jak opisujesz, to wyobrażam sobie jak musiało być ci wówczas ciężko i, że trudno jest ci wybaczyć i zapomnieć. Zastanawiam się jednak czy rozmawiałaś o tym z twoim mężem? Czy mówiłaś o tym jak się czułaś wtedy, i że teraz trudno jest ci wybaczyć? Czy wyjaśniliście sobie to co się wydarzyło? Czy pomimo braku wsparcia w tamtym trudnym momencie, masz wsparcie w obecnym stanie - żałoby po stracie dziecka, czy jesteś skazana na samotne jej przeżywanie? Jeśli możesz spróbuj porozmawiać z mężem o swoim uczuciach, o swoim żalu. Jawne okazanie tego co czujesz może pomóc uporać się z żalem wobec męża.

Jeśli jednak czujesz się samotna w swojej żałobie, zachęcam cię do szukania wsparcia wśród rodziny, przyjaciół, ludzi w podobnej sytuacji.

Pozdrawiam Cię serdecznie

Kasia

mąż

Jestem mężem ejdnej z Was. Jestem mężczyzną czyli osobnikiem płci mniej wrażliwej i uboższej emocjonalnie. Straciłem dziecko miesiąc temu. Miało 12 tyg.

Jestem z natury intrawertykiem i wiem, że nie umiałem wyrazić radości i szczęścia tkwiącego we mnie w czasie trwania ciąży, ani uczuć po stracie dziecka. Jednak w moim sercu działo się wiele. Czytając Wasze rubryki uświadomiłem sobie, że to, co ja czuję, jest niczym w porównaniu z bólem matek. Nie miałem pojęcia. Nie byłem w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Tego ogromu żalu i smutku po stracie dziecka. Wszedłem tu widząc, jak moja ukochana odwiedza to forum. Wcześiej starałem się pomóc jej kierując się instynktem. Po lekturze listów zrozumiałem, że instynkt był złym doradcą. Umiem pomóc ciału (jestem lekarzem), wyręczyć we wszystkich obowiązkach i czynnościach domowych, ale nie potrafię pomóc psychice. Ulegając swoim wrażeniom z codziennych kontaktów uznałem, że po miesiącu mój Skarb poddżwignął się psychicznie. Jakże się myliłem. Pomimo wielu prób nie potrafię wywołać rozmowy o wszystkich uczuciach tkwiących w duszy mojej Ukochanej. Bez rozmowy nie potrafię zrozumieć i ogarnąć tego wszystkiego, a tym samym nie wiem jak mogę pomóc. Niewiedza doprowadza do popełniania gaf, które wydawałyby się drobiazgami, a w tym stanie psychiki urastają do rozmiarów tragedii. O tym dowiaduję się z listów...

Proszę pomóżcie swoim mężom. Rozmawiajcie z nimi. Dzielcie się każdym wrażeniem i bólem. Postarajcie się znależć w nich oparcie, choć czasami mogą się Wam wydawać gruboskórni i popełnić jakiś błąd. To pozwoli im pomóc Wam i choć w części zrozumieć Wasz ból. Mężczyżni z natury są ubodzy emocjonalnie i uczuciowo, ale to nie znaczy, że nic nie czują. Ja odczułem pustkę i nieukierunkowany żal. Żal i ból poczułem w chwili, kiedy dowiedziałem się o stracie. Zdusiłem w sobie kipiące emocje, żeby nie pokazać ich swojemu Skarbowi i podtrzymać ją na duchu. Pustkę poczułem póżniej, ale ona trwa. Mieszkanie wydaje mi się jakby bez ruchu, ciche. W mózgu wcześniej powstał obraz ruchu, nowych obowiązków, płaczu dziecka i zapachu jego ciałka. I wiele innych rzeczy. Jednak starałem się zdusić to w sobie, nie myśleć, patrzeć w przyszłość. Moimi myślami zawładnęła troska o moją Ukochaną. Noszę w sobie wiele rzeczy, którymi chciałbym się podzielić, ale wiem, że zająłbym zbyt wiele miejsca.

Pozdrawiam Was wszystkie!

Pamiętajcie, że mężowie są Waszymi najbliższymi przyjacielami!



PS Uważam, że tę rubrykę powinni poczytać wszyscy lekarze Tego nie wynosi się ze studiów. Tego nie można się nauczyć. To można jedynie postarać się zrozumieć, jeśli samemu tego się nie przeżyło. Potrzeba tylko troszkę chęci, czasu i... serca

MĄŻ
Witaj,

Pisz..., miejsca mamy dosyć...

A może uda nam się zrozumieć męski punkt widzenia. Często wiemy, że nasi mężowie/partnerzy cierpią, tylko nie wiemy jak, bo tego nie okazują, bo chcą aby życie toczyło się dalej... A tymczasem my kręcimy się w tym samym miejscu, mówimy tylko o jednym, żyjemy tym co było. Ale trudno myślec o przyszłości kiedy brakuje w niej czegoś co było naszym marzeniem, pragnieniem, spełnieniem... Czegoś co czasami inni dostają w nadmiarze, wcale się o to nie starając....



Kiedyś wydawało mi się, że rozumiem ludzi którym zaginęli bliscy - mówili, że wolą nawet wiedzieć o ich śmierci niż żyć w niepewności. Ja właśnie żyję w takiej niepewności, zawieszeniu czekając na dalszą diagnostykę, która może odpowiedzieć na pytanie dlaczego nie mogę urodzic dziecka. Odliczam każdy dzień..., ale czy jak już się dowiem będzie mi lepiej? Wg męża to coś na co i tak nie mam wpływu, a wg lekarza \"proces diagnostyczny\". Dla mnie tygodnie, dni, godziny... Gdzie tkwi ta różnica w układach kobieta - mężczyzna, pacjentka - lekarz?



Jeśli chodzi o lekarzy, to chcemy do nich trafić i prowadzić spotkania w szpitalach, tylko czy oni będą chcieli nas słuchać?



Dziękuję za ten męski głos i pewnie nie tylko ja - czekam na jeszcze Smile

Monika

MĄŻ

Dziękuję za pozytywne przyjęcie i chęć wysłuchania.

Czytanie Waszych wynurzeń pozwoliło mi zrozumieć choć w części istotę bólu psychicznego odczuwanego przez kobiety. To naprawdę pomaga pomóc...

Każdy związek małżeński czy partnerski umacnia się przez wspólne przeżycie sytuacji trudnych, bolesnych czy tragicznych. Niewątpliwie strata dziecka jest jedną z najbardziej tragicznych sytuacji. Umiejętność wzajemnego wspierania się, komunikacji, zrozumienia swoich potrzeb i stanu psychicznego obojga partnerów niewątpliwie zbliża do siebie. Zdarzają się potknięcia, przypadkowe słowa, które mogą zranić, błędy, ale tego nie da się uniknąć. Nikt nie jest idealny. Myślę, że jeśli dwoje ludzi świadomie pragnie mieć dziecko, to ich miłość jest dojrzała i tolerancyjna. To wzmacnia zarówno radosne chwile, jak i pozwala przetrwać te ciężkie.

Wydaje mi się, że siłą rzeczy i zgodnie z naturą większość mężów pojmuje swoją rolę w związku jako swoistego rodzaju odpowiedzialne oparcie dla słabszej partnerki. W każdej sytuacji stara się zapewnić poczucie bezpieczeństwa, choć sam niekiedy w głębi duszy odczuwa strach, niepewność, ból... Łzy są oznaką słabości, dlatego wstydzimy się ich i uważamy za niemęskie. Mi zdarzyło się płakać. Czułem się z tym fatalnie. Usłyszałem jednak od koleżanki, że może pokazanie moich słabości, powiedzenie o tym co czuję - pomogłoby mojemu Skarbowi. Ja od samego początku uważałem, że nie powinienem tego robić, że powinienem obdarzyć mojego Skarba bliskością i oznakami mojego uczucia do niej. Nie powinienem pokazywać czy dawać do zrozumienia, że ja też jestem w głębi serca słaby, bezsilny, że coś mi jest. Skupiałem to w sobie, a na zewnątrz starałem się być wesoły, gadatliwy, z pomysłami na spędzenie wspólnego czasu, a przede wszystkim za wszelką cenę starałem się unikać jakichkolwiek rozmów o tym, co się stało. Sądziłem, że każde słowo przypomnienia wzmaga jej ból, a powinno się starać pokryć wspomnienia patyną, żeby spojrzeć w przyszłość. Nic bardziej błędnego. Wiem teraz, że to wielka pomyłka. I to właśnie dzięki Wam.

Ja największy ból przeżyłem, kiedy podczas badania USG u ginekologa zobaczyłem, że na monitorze pojawił się nieregularny obraz pęcherzyka, że w środku nie ma drobinki z bijącym serduszkiem, że jest tylko... Wyszedłem za parawan bo czułem zbliżające się łzy. Musiałem to w sobie zdusić. Ginekolog prowadził badanie dalej, bo myślał pewnie, że to artefakt albo pomyłka. Najgorsze było to, że mój Skarb patrzył dalej na monitor, a ja nie miałem sił, żeby kazać ginekologowi zakończyć badanie i dusiłem ból odchodząc za parawan. To dla mnie była faktyczna śmierć dziecka. To ten moment jest we mnie końcem życia. Samego zabiegu już tak nie przeżywałem. Starałem się dać wówczas jak największe wsparcie mojemu Skarbowi. Dla mnie śmierć dziecka, cios w serce, pogrzebanie marzeń i szczęśliwych planów to był właśnie ten moment. Dla mojego Skarba - zabieg.

Co jakiś czas czuję wyrzuty sumienia. Wyrzucam sobie, że nie odczuwam tragedii straty dziecka na równi z moim Skarbem, że nie cierpię tak jak ona, że może to we mnie było zbyt mało uczucia, że jestem zimny i obojętny.

Pozdrawiam i dziękuję


Witaj,



Nie potrafie wyrazic mojej wdziecznosci za to, co napisales... Brak mi slow... Wspomniales o tylu waznych rzeczach, o tylu sprawach, ktore pojawiaja sie w zwiazkach, w ktorych doszlo do poronienia, o tylu trudnych tematach, o ktorych rozmawialismy (wreszcie!) takze ja i moj maz... To bezcenne i mam nadzieje, ze pojawi sie tu wiecej mezczyzn - osieroconych ojcow - ktorzy opowiedza o tym, co oni czuli, jak funkcjonowali.



Piszesz o komunikacji, o tym, ze trzeba rozmawiac... Tak!!! Tak, wlasnie! Trzeba rozmawiac, ale nie tylko mezczyznom jest ciezko. Wiele kobiet tez nie potrafi wlasciwie nazwac swoich uczuc, okreslic potrzeb, a tym bardziej otwarcie je zakomunikowac swoim mezom/partnerom... Mowie o tym, co czesto okreslane jest, jako syndrom \"domysl sie\", \"skoro mnie kochasz, to powinienes mnie rozumiec\"... Wiem, mezczyzni czesto smieja sie z tego... Tylko ze cos, co w innym przypadku moze byc powodem do zartow, w takiej sytuacji po prostu prowadzi do tragedii, bo wiele zwiazkow nie wytrzymuje tej proby. Ona cierpi i chcialaby uzyskac pomoc (od niego). On cierpi, ale nie wie, jak o tym porozmawiac. Ona zaczyna go osadzac, oskarzac, obarczac wina. On widzi wrogosc w jej zachowaniu i nie rozumie tego, ale czuje sie zdradzony, oszukany i tez reaguje agresja albo wycofaniem... Brzmi znajomo? Chyba tylko w wyjatkowych przypadkach par doskonale uswiadomionych taki model nie ma miejsca. Inne - chociaz przez chwile - zazwyczaj tego doswiadczaja...



Problem polega na tym, ze bardzo trudno mowic nam o odczuciach, bo najczesciej nie bylismy tego uczeni. Poza tym, wyjatkowo trudno mowi sie nam o rzeczach bardzo bolesnych. Wtedy emocje sa wyjatkowo silne i czesto przeslaniaja racjonalna ocene, a tej wlasnie potrzeba wtedy, gdy musimy oddzielic wyuczone wzorce zachowan (manifestowane) od najglebszych odczuc...



Wiesz, mnie i mojemu mezowi tez bylo ciezko. Stracilismy troje dzieci, w tym dwoje bardzo krotko po sobie w dramatycznych okolicznosciach... Bylismy wyczerpani i obolali psychicznie jeszcze zanim moja zaloba weszla w ten najtrudniejszy, najbardziej burzliwy etap... Pomogla nam terapia pary... Przez poltorej godziny mowilismy, ja plakalam, sluchalismy, uwalnialismy z siebie mysli i emocje, czesto stlumione. Czasami trzeba tez bylo powiedziec o czyms, co staralismy sie schowac gleboko przed druga osoba, zeby jej dodatkowo nie ranic. Cos moze nieduzego, co jednak potrafi draznic, jak zadra, i po prostu wplywac na inne sprawy. Jakis zal, ktory gdzies powstal, a potem pomyslelismy, wlasciwie nie nalezy miec tego partnerowi za zle, bo to nie jego wina, ale on sobie siedzi gdzies gleboko i psuje relacje \"od srodka\"... W uwolnieniu tego wszystkiego i poukladaniu pomagaja terapeuci. Oni naprawde potrafia wykonac dobra robote, kiedy dwoje ludzi, ktorzy sie kochaja, ale gdzies sie tez pogubili, bo przygniotlo ich cos ponad ich sily, znow sie odnajduje - czasami w malych sprawach, czasami w wiekszych, ale zawsze z ogromnym pozytkiem dla zwiazku.



Powtorze za Kolezanka - pisz, Dobry Czlowieku!! Moze mnie tez uda sie namowic jeszcze raz mojego meza, zeby sie dolaczyl...



Bardzo serdecznie Ciebie i Twoja zone pozdrawiam,



Zaneta

MĄŻ

Dziękuję za ciepłe słowa.

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się żadnego odzewu na swoje wynurzenia, jako męskiego intruza w kobiecej rubryce. Szukałem tu wskazówek w jaki sposób mógłbym pomóc swojemu Skarbowi w walce z samą sobą i bólem po stracie dziecka. Jednak teraz czuję, że również ja po swoich wynurzeniach i Waszych słowach mam większą siłę i nadzieję. Bo właśnie nadzieja stanowi podstawę walki z kryzysem, bezsilnością i pozwala poddżwignąć się po tragedii. Znajdujecie tu w sobie oparcie, wspomagacie się własnymi przeżyciami, dzielicie bolesnymi wspomnieniami. Uważam, że żaden psycholog nie jest w stanie zdziałać tak wiele, jak chwila spędzona w towarzystwie kogoś, kto przeżył podobną tragedię. Anonimowość ułatwia wynurzenie i wyrzucenie z siebie ogromu bólu. Odpowiedzi pozwalają zwalczyć poczucie osamotnienia. To wszystko razem daje siłę do życia. Właśnie do ŻYCIA. Wiem, że kryzys związany z tragedią jest w stanie sięgnąć dna. Tak było w przypadku mojego Skarba. Nie ma recepty na pomoc. Ale w tym cichym i ciepłym miejscu jesteście dla siebie niejednokrotnie jedynym towarzystwem, w którym czujecie się dobrze. W którym powraca wiara w życie. To więż wspólnych przeżyć.

Jeśli macie siłę – poproście swoich mężów, żeby poczytali wszystkie listy. Jeśli czujecie, że Was nie rozumieją, sprawiają wrażenie wyobcowanych z Waszego świata wewnętrznego, żyjących jakby obok – wyrzućcie im to, pokazując to miejsce. Ja znalazłem się tu właśnie w taki sposób. Na pewno otworzą im się oczy i serce, tak jak mi. Zdaję sobie sprawę również z tego, że nigdy nie poczuję nawet w części bólu mojego Skarba, choć oboje przestaliśmy być w jednej chwili rodzicami. Mama czuje dziecko sercem, całym wnętrzem i rozmawia ruchem ciała i rytmem serca. Tata jest pozbawiony tak pełnego przeżywania. Czuje dziecko myślami, dotykiem dłonią brzuszka mamy i jej uśmiechem. To dlatego nie byłem w stanie zrozumieć w pełni bólu mojego Skarba po stracie naszej dzidzi. Do tej pory nie jestem w stanie określić jej stanu. Ale zyskałem dzięki Wam bardzo wiele – wytrwałość. Wytrwałość w dzieleniu się miłością, wytrwałość bez oczekiwania na gest z drugiej strony. Wytrwałość w wykonywaniu codziennych obowiązków, w byciu blisko ukochanej jeśli tego oczekuje w danej chwili, w ofiarowaniu jej ciszy milczenia i chwili samotności jeśli tego potrzebuje, w zrozumieniu i wyrozumiałości. Tego mi zaczynało brakować. Odczuwałem dotkliwie jej zamknięcie się, brak rozmów, kontaktu, czułości. Moje egoistyczne nastawienie. Teraz nie oczekuję na nic. Chcę wyłącznie otaczać mojego Skarba swoim ciepłem i uczuciem. Bez względu na czas. Bez względu na moje potrzeby. Bez względu na jej zachowanie. Bez względu na wszystko. Ona tego potrzebuje i to potrzebuje o wiele bardziej niż wydawało mi się do tej pory. To właśnie dzięki lekturze Waszych listów.

Na zakończenie powiem jeszcze jedno – 2 tygodnie temu u mojego ojca zdiagnozowano raka z przerzutami. Bez szans na wyleczenie. Kolejny cios. Mama psychicznie usiłuje się trzymać i wspomagać go. Ja stanąłem przed dylematem. Tragicznym. Komu poświęcać czas? Co robić? Wiem, że za miesiąc mogę stracić kolejną bliską sercu osobę. Jednak podjąłem decyzję. Moje miejsce jest przy żonie. Pamiętacie treść przysięgi małżeńskiej? Ja sobie odświeżyłem. Codziennie dzwonię do rodziców i kiedy chcę ich odwiedzić - w zależności od jej nastroju zabieram ją ze sobą lub zawożę do najbliższej przyjaciółki, z którą się bardzo dobrze rozumieją i która również nam wiele pomogła. Jeśli nie ma ochoty na żadne wyjście – zostaję przy niej. Nie wiem na ile mój wybór mieści się w kategoriach moralności. Nieważne. Postępuję w zgodzie ze swoim sumieniem. Na zewnątrz jestem uśmiechnięty i odprężony. Na zewnątrz. To jest właśnie męska natura.

Do każdego mężczyzny chciałbym skierować słowa z prośbą o wytrwałość, wyrozumiałość i oparcie dla swoich Skarbów. Dla Skarbów które obdarzyli miłością. BEZ WZGLĘDU NA WSZYSTKO.

Dziękuję

PS Dziękuję Ci Magic i Tobie Emily. To dzięki Wam...

Namówcie swoich mężów.

MĄŻ
Witaj,

Hmm, \"męski intruz w kobiecej rubryce\" ;-) ciekawe określenie... Chyba nie taki mamy zamiar. Poronienie i związana z tym strata wielu marzeń o dziecku dotyka nie tylko kobietę a parę. Tylko, że to wszystko dzieje się w kobiecym ciele... To kobieta przeżywa krok po kroku wszystkie etapy związane z poronieniem, męża/partnera często zostawia w drzwiach izby przyjęć szpitala (z własnej lub lekarzy woli) z jego myślami i lękiem... Często nigdy nie pozna tych myśli, bo podobno jesteście \"z Marsa\"...



Zakładanie maski \"twardziela\" to nie tylko wasza męska specjalność. Ja też byłam twardzielem przed zabiegami łyżeczkowania i teraz przed czekającą mnie -laparo i -histero. Właściwie to chyba nawet przed sobą ukrywam ten strach. Ale czasami sobie przypominam drogę na salę zabiegową, ten uciekający sufit..., poczucie pustki po zabiegu, usg przy 5-6 lekarzach, którzy nie mogą nic zrobić... Nie boję się bólu fizycznego badań czy zabiegów, boję się wyników jakie przyniosą i jaki będą miały wpływ na moje dalsze życie.



My również chcemy was mężczyzn chronić. Ja przy pierwszym poronieniu nie wiedziłam jak mam to mężowi powiedzieć, był akurat daleko - nie potrafiłam zadzwonić. Przy kolejnym, wychodząc z gabinetu z \"wyrokiem\" myślałam tylko \"jak ja mu to powiem\"... Nie chciałam widzieć jego łez czy strachu kiedy \"oddaje\" mnie do szpitala. Myślę, że nie tylko ja staram się \"dbać\" o męża. Nie chcę się zamykać na jego uczucia, tylko czasem trudno rozmawiać z kimś kto milczy.



Przez to co przeszłam przez ostatnie dwa lata bardzo przewartościowało mi się życie. Kłopoty z samochodem, szkołą, pracą czy mieszkaniem znajomych i rodziny \"zmalały\" w moich oczach. Ale zdrowie bliskich jest ważne. Myślę, że nie musisz wybierać między żoną i rodzicami. Myślę, że Twoja żona zrozumie ile znaczą dla Ciebie rodzice.



To forum i kontakt z dziewczynami, nie tylko anonimowy i wirtualny Smile bardzo mi pomaga, bo spotykam osoby, które przeszły to co ja. Ale nie zamykam się na opinie i wypowiedzi innych - partnerów/mężów, bliskich i lekarzy... Mam nadzieję, że będą się pojawiać. Zapraszam... Chyba nie tylko ja tak myślę?



Gorąco pozdrawiam,

Monika

MĄŻ

Masz rację Moniko. Podziwiam Cię za siłę i za to, że w tak trudnych dla Ciebie chwilach pomyślałaś również o mężu, o jego uczuciach.

Faktycznie o zdrowiu i życiu zaczyna się myśleć naprawdę poważnie, kiedy coś się psuje. Wówczas jaskrawo rysuje się wiele spraw. Dla mnie to również było samookreślenie. Głębsze poznanie samego siebie i tego, co jest dla mnie ważne w życiu. Jakie mam priorytety. Żaneta doskonale to określiła w swoim opisie. Ujęła dokładnie ten temat.

Wiem, że rana po stracie dziecka nigdy się nie zabliżni, że w myślach dziecko będzie funkcjonować i czas może spowodować jedynie zmianę jego obrazu, tak jak rośnięcie realne.

Mam jeszcze wiele do powiedzenia, bo tego tu również się nauczyłem.

Teraz przede mną badania b hcg i diagnostyka zaśniadu, potem usunięcie mięśniaka w CZMP. Jestem i będę cały czas z moim Skarbem. A w CZMP przypomnę sobie czasy studenckie.

Dziękuję Moniko i Żaneto.

Dziękuję Aniu

Krzysiek


MĄŻ

Wyjeżdżamy ze Skarbem na cichą plażę w odludny zakątek nadmorskiej miejscowości. Musimy odpocząć od wszystkiego, co nas otacza. Za 2 dni będziemy słuchać szumu fal i wdychać świeżą, morską bryzę.

Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia

Krzysiek
Krzysiek, na innym wątku przeczytałam o Twoim Tacie. Przykro mi...

Trzymajcie się razem,

Monika
Aniu i Krzysztofie,



bardzo mi przykro z powodu Taty.



monika

MĄŻ

Dziękuję Wam wszystkim w imieniu swoim i Ani. Nigdzie nie zaznaliśmy tyle ciepła, zrozumienia i wrażliwości co w tym kąciku. W mojej wyobrażni jest to właśnie kącik na grubym dywanie przy kominku, gdzie troski i zmartwienia stają się łatwiejsze do przezwyciężenia. Każde odejście bliskiej osoby jest tragedią, jednak dzięki miłości, nadziei i wierze, a przede wszystkim dzięki bliskim i przyjaciołom rozumiejącym sens tej straty, stajemy się wzbogaceni wewnętrznie. Życie jest cudownym darem. Wszystkie Aniołki nie zaznały kolorów, zapachów i smaków, których my doświadczamy. One żyją nieskazitelne w naszych sercach. Są chwile, kiedy przychodzą do nas niespodziewanie i stają przed oczami wyobrażni. Te chwile niejednokrotnie nie są zależne od naszej woli. Śmierć ojca uwrażliwiła mnie na te odczucia. Po raz pierwszy zobaczyłem pod piekącymi powiekami mojego Aniołka. Byli razem z tatą uśmiechnięci i machali do mnie. Wstydzę się strasznie łez, ale nie potrafiłem ich powstrzymać. Straszne uczucie \"niemęskiej\" postawy stało się w jednej chwili czymś naturalnym jak oddech. Może właśnie tego mi było trzeba? Jestem tylko mężczyzną i nie potrafiłem zrozumieć tego, co czuje mój Skarb - moja żona. Popełniałem błędy, choć czytałem Wasze wypowiedzi. Starałem się, choć często nieudolnie. Miałem jednak zawsze w sobie determinację do pomocy Skarbowi, choć sam też czasami cierpiałem. Rozumiem i czuję coraz wyrażniej, ale pomimo wszystko, pomimo że chcę, pragnę i staram się - z pewnością nigdy (zapewne jak każdy mężczyzna) nie będę w stanie poczuć tego, co czuje matka po stracie dziecka. Czułem się przez to gorszy i nieczuły. To uczucie pozostaje we mnie przez cały czas w mniejszym lub większym stopniu. Ale wiem jedno - mam w sobie miłość, która przezwycięży wszystko.

Postarajcie się spojrzeć na swoich mężów inaczej. Wybaczcie im wpadki i potknięcia. Jeśli uważacie, że są nieczuli, to najczęściej mylicie się. Oni to noszą głęboko schowane i patrzą daleko w przód. Chcą abyście były szczęśliwe, chociaż robią to często nieumiejętnie lub bez wyobrażni, powodując zamiast uśmiechu jeszcze większy ból. To tak, jak ze słoniem w składzie porcelany. Ale tam gdzie jest miłość - nie ma przeszkód nie do pokonania.

Pozdrawiam Was wszystkich i dziękuję za ciepło kominkowego kącika.

Krzysiek

fabia

Moje zycie po poronieniu (luty) stało sie koszmarem. ćały czas o tym myśle, mimo ze najchetniej wymazałabym to z pamieci. Znienawidziłam cały swiat. Nienawidze siebie za to ze zdecydowałam sie na ciąże . Gdybym wiedziała ze to tak sie skończy to nigdy w zyciu nie próbowałabym sie nawet starac o dziecko. Nienawidze mojego meza za to ze milczał i nie starał sie mi pomóc mimo ze widział ze sie z tym mecze i ze mnie cały czas to boli. Tłumaczy sie ze niby chciał dobrze , ze nie chciał poruszac tematu zeby nie rozdrapywac ran.Ja jednak uwazam ze to tylko głupia wymówka.Szybko zapomniał o tym co sie stało .Nic nie mówił o nastepnej ciązy. Po prostu przestał dla niego ten tamat istnieć. Nie rozmawiał ze mną , nie pocieszał mnie ,nie motywował do innego myslenia. Teraz próbuje wszystko naprawic , ale chyba jest juz za późno. Ja nie umiem mu tego wybaczyć. Przez ponad pół roku zyłam czyms co wogóle dla niego nie miało zanczenia. Boje sie ze to juz bedzie koniec naszego małzenstwa. Nie mam w nim oparcia, nie umiem myslec o nim tak jak kiedys. Jedyne co czuje do niego to żal. Nie jestem w stanie zrozumiec jego myslenia , jego postepowania. Mimo zapewnien ze on chce dziecka nie wierze mu. Bo przeciez jak ktos chce czegos to o tym mówi, rozmawia,robi wszystko zeby było lepiej, stara sie ze wszystkich sił rozwiązac problem.A on znalazł rozwiązanie w postaci ucieczki od tematu i udawania ze nic sie nie stało. Czuje ze jestem z tym sama, ze nikt mnie nie rozumie.Nie umiem sie cieszyć gdy on jest obok mnie, bo czuje do niego zal, nienawiść.Nie wiem co zrobic zeby myslec inaczej ,zeby uwierzyc mu na nowo i zapomnieć, wybaczyć ze przez ten cały czas milczał i nie pomagał mi. Zawiodłam sie na nim i teraz wiem ze jest tchórzem i ze jak bedą równie powazne problemy on nie bedzie dla mnie wsparciem.Jestem zmęczona i potrzebuje pomocy. Potrzebuje kogos kto postawi mnie do pionu i pomoze uwierzyc ze jeszcze kiedys uda mi sie zajsc w ciąze, donosic ją do konca i urodzic zdrowe dziecko. Na dzień dzisiejszy czuje do mojego męza odraze i tak jak był dla mnie podporą,autorytetem,przyjacielem tak teraz bardzo stracił w moich oczach.Nie wiem czy uda sie nam odbudowac to co było.....chciałabym ale nie umiem mu wybaczyc. CZY KTOS MNIE ROZUMIE??? CO MAM ZROBIC ZEBY SOBIE POMÓC? CO MAM ZROBIC ZEBY ZNOWU POCZUC ZE BEDZIE LEPIEJ ?? CO MAM ZROBIC ZEBY ZNÓW ZAUFAC MĘŻOWI?? JAK MAM ZYC ZEBY NIE OSZALEC?? prosze ja chyba nie dam sobie sama rady,,,,,,

martucha

Droga Fabio...

wiem co czuje kobieta po stracie dziecka...ale dlaczego próbujesz całą złość skierować na męża??Mężczyżni uważają, że lepiej jest nie mówić i nie wpominać żeby nie bolało. Uważasz, że on zapomniał ...myślę że tak nie jest. Może jemu tez nie jest łatwo. Wiesz ja myslę, że nie dałas mu znaków co bedzie dla ciebie lepsze i on wybrał sam, być może nieudolnie!! Czy usiedliście kiedyś razem i rozmawialiście o tym co się stało, co was łączy, co dzieli i jak widzicie przyszłość??? Moze warto tak zrobić. Nie pozwól żeby zostało zniszczone to co piękne miedzy wami, to co pozwoliło wam spłodzić cudownego aniołka...Wasze dzieciatko nigdy by nie chciało żebyście przez nie się podzielili ale żeby was jeszcze połączyło, wzmocniło...Nie daj się słabości postaraj się wybaczyć. nienawiśc i złość jest bardzo złym doradcą!!!spróbujcie obdudować waszą miłośc i nie pozwólcie żeby to tak się skończyło, zróbcie to dla Aniołka, by patrzyły na Was z nieba i były szczęśliwy ze tak bardzo się kochacie...A bóg wam to wynagrodzi zobaczysz. tule cie cieplutko i życze powodzenia, prosze daj mu szansę....

yvonne

Witaj Fabia!

Doskonale cię rozumiem.Miałam podobne odczucia po stracie mojego synka.Mój mąż zachwywał się podobnie, starał się w milczeniu znosić mój ciągły płacz,rozchwianie emocjonalne.Tak jak Ty wydawało mi się, że za szybko pogodził się ze stratą.Nie mówił o kolejnej ciąży, a je tak na to czekalam.Jemu wydawało się, że powinnam zająć się pracą, wrócić między ludzi. Nie mógł zrozumieć, że moje mysli krążyły gdzie indziej.Zaczęliśmy oddalać się od siebie, aż przez przypadek usłyszałam jego rozmowę z przyjacielem, kiedy opowiadał jak mu ciężko, ale stara się tego nie okazywać przede mną, bo w końcu on jest mężczyzną i musi być silny, musi być moim oparciem.Wtedy zrozumiałam, że oboje cierpimy, ale każde inaczej.

Z Twoim mężem jest podobnie,daj mu szansę.Nie odtrącaj go.U mnie taki stan odrętwienia trwał rok.Potem odważyłam się na wizytę u mojego ginekologa, wspaniały człowiek.To on pokierował wszystkimi badaniami.To trwało ok. 4 miesięcy. Dopiero wtedy zdecydowaliśmy się na ciążę. Dziś mamy śliczną zdrową córeczkę.

Głowa do góry, wyciągnij rękę do swojego mężczyzny, on na to czeka.Powodzenia!

fabia

Dziekuje bardzo ze odpowiedziałs .Wiem ze nie tylko mi jest ciężko. Tylko juz nie mam sił na to wszystko. Oczekiwałam od niego pomocy , wpsarcia, pocieszenia , rozmowy.Dlaczego to ja powinnam jeszcze pocieszac jego i udawac ze sie z tym uporałam . Nauczył sie ze jestem silna i jak zobaczył ze nie daje sobie z tym rady to zamiast mnie wspierac i pomóc to schował głowe w piasek i ze strachu przed niewygodnymi rozmowami robił wszystko zeby nie wracac do tego tematu. Dotarło do mnie,ze nie mam w nim wsparcia. Ze to jak wygląda nasze zycie zalezy ode mnie. Ze on nigdy sam z siebie nie wykona jakiegos ruchu zeby cos zmienic. Zyje od poronienia w ciągłym strachu, stresie, płacze wieczorami i najzwyczajniej w swiecie chciałabym zeby dodał mi troche odwagi, optymizmu. Ale jak widze jego totalną bezradnośc to narasta we mnie gniew. Jestem (a raczej byłam) silną osobą ale mimo to potrzebuje jak kazda kobieta męzczyzny który w trudnej dla mnie sytuacji bedzie potrafił dac mi poczucie spokoju , bezpieczeństwa. Niestety zachował sie bardzo dziecinnie, niedojrzale i nie wiem czy bede umiała mu to wybaczyc. Moze wybaczyc wybacze, ale nie wiem czy chce z kims takim zyc . Mam poczucie ze powinnam byc silna zeby nie wywoływac u niego paniki.Niestety mimo prób nie potrafię tak zyc,brac na siebie tyle odpowiedzialności. Z tych wszystkich nerwów cos we mnie pękło .Nie potrafie na niego patrzec tak jak kiedys . NIe imponuje mi ,a wręcz przeciwnie czuje pogarde. Nie mówie ze to ze poroniłam to jego wina . Zrozumiałam ze on sie nie zmieni. Nalezy do gatunku facetów bardzo wrazliwych i zawsze w trudnych sytuacjach bedzie czekał na mój ruch. Ja tak nie chce. Boje sie ze cos we mnie zgasło i ze ta sprawa bedzie tkwiła miedzy nami i z całą pewnością nic dobrego z tego nie wyjdzie. Pewnie juz niedługo okaze sie ze oprócz upragnionego dziecka starce jeszcze meża.....

Monika

Droga Fabio...

opowiem Tobie moją historię... 8 sierpnia dowiedzielismy sie, że jestem w ciąży... najpierw panika, strach, świat wywinął się na lewą stronę - nie planowalismy dzieciątka w żadnych myślach - to był kompletny przypadek. Oswoilismy się z myślą, że będziemy rodzicami, pokochalismy tę kruszynkę, którą nosiłam pod sercem... bardzo. Dobrze się czułam, żadnych mdłości... po prostu nic. Aż nagle przyszedł dzień 20 września i się zaczęło, bóle krwawienie... wylądowałam w szpitalu... zaczełam ronić. Nie chciałam zostać sama na noc bez niego w szpitalu. Na własną odpowiedzialność wróciłam do domu (miałam sie zgłosić następnego dnia rano), chciałam być z nim... nawet w tej tak trudnej dla nas chwili. On też chciał być ze mną. jak wracaliśmy ze szpitala - prowadził samochód i płakał... Nad ranem jednak (koło 4) nie radziłam już sobie z bólem, pojechalismy do szpitala. On był ze mną cały czas - tylko w zabiegowym nie mógł być. Poczekał aż wybudzę się z narkozy. Wrócił do domu sam, beze mnie i bez naszego dziecka.

Po dwóch dniach ja wróciłam... fizycznie nic mnie nie bolało, ale dusza i serce pękało... tęskniłam za swoim dzieckiem i cały czas płakałam i pytałam się dlaczego? Dlaczego akurat nas to spotkało? On zawsze mi mówił, że może nawet lepiej, że straciliśmy dziecko w 11 tc niż miałoby być chore lub mielibyśmy stracić je w poźniejszym tygodniu lub gdy się urodzi. Ja płakałam on nie. Ja się pytałam świata dlaczego - on nie. Też miałam wrażenie, że on stoi obok aż wreszcie zapytałam go: czy dla niego strata dziecka nic nie znaczy? I dlaczego on jest taki pogodny opdczas gdy ja płaczę. Wiesz co mi odpowiedział? Że go to wszystko strasznie boli, że też (tak jak ja) czuje się winny temu co się stało, ale musi byc silny, bo ja tego potrzebuję i to ja muszę stanąć na nogi i odzyskac wiare i siły... Juz go nie pytam. Wiem, że on kochał i kochać będzie tak samo nasze dziecko (Aniołka) jak i ja, i że jego to tak samo boli...

Fabio... nie duś w sobie tego bólu to nie ma sensu. Porozmawiaj ze swoim mężem - on na pewno tez tego potrzebuje... uwierz mi.

Wszystko będzie dobrze Smile



Pozdrawiam Cię serdecznie

Monika

fabia

Czesc Wam.

Dziekuje za Wasze słowa.Przynajmniej wiem,ze ktos chce mnie wysłuchac.

Rozmawialiśmy z moim męzem .Oczywisćie tematu nie było gdzies do wrzesnia ( poronienie w lutym). W koncu ja juz nie wytrzymałam i rozpoaczełam rozmowe.Myslałam ze z czasem moze mi przejdzie ten smutek, ten zal, ta tesknota. Jednak to narastało z kazdym dniem coraz mocniej. Wiedziałam juz ,ze jak nie wygarne mu co mysle o nim,o jego postepowaniu to on bedzie zył w takiej nieswiadomosci cały czas.Jak podejrzewacie kazda rozmowa konczy sie płaczem. On niby twierdzi ze źle postąpił,ze żałuje ze nie rozmawiał ze mną,ze unikając tematu chciał nie wracac do tamtych dni zeby zapomniec,ze chce sie starac o nastepne dziecko .Tylko ja nie umiem zrozumiec i zaakceptowac jego postepowania.Ja przez te dni ,mieisące cały czas zyłam swiadomościa ze straciłam dzieciątko, odliczałąm kolejne tygodnie ciązy, wiedziałam kiedy powinien minąc 20 tc -kiedy dziecko zaczyna kopac.Nie wspomne juz o terminie porodu.Podejrzewam ze on nawet nie znał dokładnej daty ,tylko ewentualnie wiedział ze miał byc to wrzesień. Boli mnie to bardzo ze tylko ja sie tym przejmuje a on jakby nie mój podły nastrój, moje humory, histerie dawno by zapomniał o tamtym dziecku. Dodam,ze miałam jeszcze ciąże zaśniadową i nawet nie zapytał sie mnie czy B-hcg powróciło do normy i czy wszystko jest w porzadku ( a wiedział co to jest zaśniad i ze trzeba to kontolowac regularnie). Zostawił mnie całkiem samą z tym wszystkim. To jak mam mu teraz uwierzyc,ze naprawde go to obchodziło, i w te jego zapewnienia ze sie przejmuje i ze mu zależy. Mówi tak, bo uwaza ze to poprawi mój nastrój. Nie jestem w stanie przyjąc tego do wiadomości , zapomnieć mu to i zyc dalej. Naprawde wiem,ze go to tez zabolało,ze tez przezył tę ogromną strate ,ze chciał dziecka.Na poczatku był przy mnie, był w szpitalu, martwił sie tym wszystkim. Ale dlaczego późńiej wszystko spieprzył? Dlaczego nie rozmawiał ze mna? dlaczego nie interesował sie moim zdrowiem po zaśniadzie? dlaczego nie pytał mnie o nastepna ciąże? dlaczego nie pytał mnie co lekarz mówi kiedy można próbowac nastepny raz? dlaczego kochając sie ze mną nie zapytał czy zajscie w ciaże byłoby dla mnie bezpieczne? dlaczego nie pytał czy w ogóle chciałabym znowu próbowac starac sie o dziecko? Jak zapytałam go o to wszystko to tylko milczał. A jedyne jego wytłumaczenie to to, ze chciał o tym zapomiec , nie zaczynac rozmów które byłyby dla mnie bolesne,ze bał sie mnie pytac o cokolwiek zeby mnie nie ranic, ze niby myslał o tym wszystkim ale sam nie wie dlaczego nie pytał. Niestety do mnie nie docierają takie argumenty. Fakty są faktami i gdybym nie zaczeła rozmowy dalej bysmy tkwili w tej nienormalnej sytuacji.Najzwyczajniej w swiecie uciekł od tego i to był najwiekszy błąd jaki mógł popełnic. Jak mam teraz traktowac go jak pryjaciela ,który bedzie mi pomagał, wspierał, doradzał? Nie mam pewności,ze jak nie bede wiedziała co zrobic to on mi doradzi i bedzie motywował do czegokolwiek. Potrzebuje miec kogos konkretnego, kto bierze byka za rogi i stara sie rozwiązac problem a nie kogos, kto chowa głowe w piasek i czeka az wszystko samo sie rozwiąze. Boje się,ze nie bede potrafiła mu tego wybaczyc, zapomnieć . Potrzebuje kogos silnego ...........



same widzicie ze w moim przypadku nie jest łątwe przyjąc do wiadomości ze go tez to boli i juz. Wierze mu ze mnie kocha,ze sie przejął, ze przezywał tę strate, ze tez nie mógł sie pogodzic z poronieniem. Nie moge zrozumiec dlaczego potem tak zobojętniał, dlaczego widząc ze ja dalej cierpie nie starał sie mi pomóc, nie był przy mnie , nie rozmawiał, nie pocieszał ....? Zawiodłam sie na nim bardzo!!!!



chciałabym przestac rozpamietywac to, zapomniec, zrozumiec ze chciał dobrze i pogodzic sie z ogólną porażką . Jednak nie moge. Te myśli powracają jak bumerang ,co nasila mój gniew, żal, złość. Męcze sie z tym przeokropnie i nie wiem jak długo to jeszcze wytrzymam i jak długo wytrzyma to nasze małzeństwo.......

MARZENA

Droga Fabio!

Twoja historia przypomina mi moją do złudzenia sprzed 8 lat.Chcę ci tylko powiedzieć nie rezygnuj z faceta którego kochasz i za którego wyszłaś.Ja też straciłam dziecko (miałam wówczas 20 lat)i starciałam faceta.Teraz wiem że popełniłam błąd,zachowywałam się dokładnie tak samo jak ty i dziś tego żałuję.Rozumiem, że straciłaś dziecko i z całego serca ci współczuję,ale nie zatracaj się w tej żałobie.Czy pomyślałaś co on przeżywa,jak on cierpi ale nie chce ci tego pokazać bo faceci poprostu tacy już są.Nie nawiązywał z tobą tematu bo się bał,bał się twoich łez,wyrzutów,bał się że nigdy nie zapomnisz,bał się że nie może ci pomóc.Ja starciłam swoje dzieciątko i faceta którego naprawdę kochałam,ale 8 lat temu nikt do mnie nie wyciągnął ręki,nikt nie pomógł zrozumieć.Ty masz tę szansę są psycholodzy,jest choćby ta strona na której możesz wszystko wyrzuić,ja tego nie miałam.Jezeli chciałbys pogadać napisz.Pozdrawiam.Marzena

daga

Fabio jesli zobazysz jeszcze moj post.wiedz ze a tez to pzerzywam na zupełnie swiezo bo poroniłam w11tc 25 10 .2005 moj mąz zachowuje sie tak samo wrecxzpowiedział bym nie robiła zsiebie sieroty losu tylko cieszyła sie z dwoch synków ktorych mam ale ja bardzo cierpie tym bardziej ze mam za to do siebie ze dzieciatko wypadło mi na rece a ja po chwili trzymania włozyłam je domalej reklamowki iodjechalam wraz zpogotowiem do szpitala teraz nie moge sobie daowac ze ta chwila była taka krótka .poganiał mnie facet zpogotowia. pozniej zabieg robili mi na zywo bo pobobno nie mozna na narkoze jaksie cos zjie.niemoge sobie wybaczyc ze nie pzytul;iłam tego malenstwa choc mogłam. NA DODATEK STAŁO SIE TOW MOJA OCZNIECE SLUBU.

fabia

dziewczyny dziekuje za wsparcie, wskazówki, rady. Kazda z Nas potrzebuje duzo sił i cudu zeby sie z tego podnieść. Ja juz nawet nie pamiętam jak to było kiedys....jak sie zyło beztrosko,jak to jest obudzic sie rano uśmiechniętym ,cieszyc sie dniem i nie czuc wielkiego strachu, pustki, zalu. Mam wrazenie ze juz nigdy nie bede sie potrafiła cieszyc zyciem. Niby w dzien funkcjonuje w miare normalnie.Własnie rozpoczełam nową prace,ucze sie do egzaminów tylko ze nic a nic mnie nie cieszy a w zoładku cały czas czuje ścisk...

Mam w swobie jeden wielki zal i jestem dla wszystkich niemiła. Zawiodłam sie strasznie. To co sie stało podcięło mi skrzydła i zmieniło całe moje życie. Liczyłam ze mąz postara sie mnie zachecic do zajscia w nastepną ciążę , moze wtedy jakbym w nią zaszła miałabym w sobie troche nadziei ( oprócz strachu oczywiscie) ale i na nim sie zawiodłam. Dla niego jest obojetne czy bedziemy mieli dzieci czy nie, czy bedziemy sie starac czy nie, a jak bedziemy sie starac to kiedy... ? Dla niego czekanie kilka miesięcy na ewentualnie nastepną ciąże to pestka. Obojetne mu jest czy zaczniemy teraz czy np: na wiosne. On nie moze pojąc ze ja o niczym innym nie mysle jak o tym ,zeby znów byc w ciaży mimo ze sie boje tego przeokropnie. On nie widzi ze ja z miesiąca na miesiąc czuje sie coraz gorzej. Twierdzi, ze niby chciał poruszyc temat ciązy ale w grudniu ( nie wiem czemu tak to sobie załozył) .Daje sobie uciać dwie rece ze jakbym nie rozpoczeła rozmowy to on w tym grudniu i tak by nic nie powiedział .Jego zdaniem powinnam zapomniec o poronieniu ,cieszyc sie z życia , byc taką jaka byłam kiedys , powinnam nie rozmawiac o tym, nie powinnam przeglądac stron w internecie o poronieuniu , powinnam zyc tak jak dawniej , nie powinnam powracac do tego, rozdrapywac ran tylko jak gdyby nigdy nic kochac sie na okrągło a nóz moze zajde w ciażę i bedzie po problemie. On nie rozumie,ze ja czuje ogromną strate i ze chce o tym rozmawiac , ze chce rozmawiac o nastepnej ciaży ,ze chce wiedziec co on myśli na ten temat,ze chce mieć pewność ze on tez tego chce, że chce zeby sie mną zainteresował, zeby zapytał mnie o ten zasrany zasniad czy juz jest ok...Po prostu kompletnie sie nie rozumiemy i mam zal do niego ze mnie zostawił samą z tym wszystkim.

Generalnie drazni mnie wszystko, drazni mnie on sam i z dnia na dzien coraz mniej chyba go kocham. Coraz mniej go potrzebuje,coraz mniej licze na niego, coraz mniej go mam.....



Niby dziecko to owoc miłości i ma łączyc . W naszym przypadku ta ciaża to była wielka porażka. Zmieniła moje zycie w koszmar, rozdzieliła nas ,zabrała mi rodość życia, pozostawiła tylko ból,cierpienie, łzy, strach. Jedyne co zrozumiałam to to ,ze nie ma boga na swiecie i ze człowiek moze liczyc tylko i wyłącznie na siebie.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9