Poronienie - Forum

Pełna wersja: Nasz strata
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Ja również dołączam do Waszego grona... 
Nigdy nie sądziłam, że mnie również przytrafi się taka trauma.
Mam dwójkę dzieci, jestem w trakcie rozwodu, który się ciągnie i układam swoje życie na nowo z mężczyzną, który jest dla mnie ogromnym wsparciem w każdej dziedzinie. 
Po kilku miesiącach udało nam się i na teście pojawiły się dwie kreseczki tak bardzo upragnione, wymarzony zajaczkowy prezent dla mojego mężczyzny . Drugi Tes to potwierdził. Po kilku dniach beta, która ładnie urosła. Szczęście niesamowite. Samopoczucie wspaniałe mimo ciągłego zmęczenia. 
Według bety 4/5tydz. Wizyta u gina za trzy tyg. 
07.05 pojawiło się plamienia, żaden lekarz nie był w stanie przyjąć mnie od ręki pojechałam na sor, było po 9 rano. Bez badania ogólnego samo usg pokazało ładny pęcherzyk ciążowy z pecherzykiem żółtkowym ale maluszek za mały żeby go było widać. Według usg 4 tydzień. Lekarz przyjął mnie z wielką łaską i słowami że nie ma takiego obowiązku bo wszystko teraz latają z byle gównem na sor... Przeklinał przy tym, co mnie tylko zmartwiło w jakie ręce trafiłam. Po usg kazał za 7dni iść na kontrolę do gina i odpoczywać na zwolnieniu. Pod wieczór zaczęłam krwawić, usiadłam na kibelku zrobić siku, poczułam że coś ze mnie wypływa i usłyszałam tylko plusk... W panice zaczęłam szukać w kibelku tego, czego bardzo się bałam ale już spłynęło... Krwawienie było mocne doszły bóle brzucha, telefon do ginekolog i jej zdanie natychmiast na sor, bałam się nie chciałam po porannej wizycie u tego gbura miałam obawy i strach. 
Na szczęście dyżur miał inny lekarz.. Bardzo troskliwie się mną zajął. Zbadał najpierw zobaczył, że jest spore krwawienie z macicy, potem usg powiedział, żeby się pomodlić.... Niestety nie było już nic... Szaro... Sama krew i skrzepy..., powiedział, że jest mu bardzo przykro, że natura sama w tej kwestii decyduje... Popłakałam się i zaprosiliśmy do gabinetu mojego partnera... Z wielkim trudem w szlochu powiedziałam mu, że nie ma już maleństwa... Maleństwa z którym co rano się witał i z którym co wieczór się żegnał.. Oboje się rozpłakaliśmy... Zostawi ono mnie na oddziale podano cytotec na oczyszczenie. Byłam pusta zawalił się mój świat. Mój mężczyzna był ze mną tak długo jak mu pozwolono. Płakalismy razem wtule i w siebie z rozpaczą i standardowym pytaniem dlaczego... 
Lekarz nam tłumaczył ale nie docierały do nas słowa była tylko pustka. 
Okazało się, że już podczas pierwszego usg widać było nieprawidłowości w pecherzyku ale starają się nie mówić pacjentkom tego, by nie stresowały się i nie były od początku załamane...Bo zawsze może coś się zmienić... 
Zostałam na noc sama, choć w ciągłym kontakcie z partnerem to czułam się samotna w żalu, w tesknocie za maluszkiem, że świadomością, że jego już nie ma, że popłynął.. Przepłakałam całą szpitalną noc... Z samego rana mój mężczyzna już był przy mnie, jego przytulnie oddawało całą jego rozpacz. Na obchodzie ten sam gbur co przyjął nie z łaską poprzedniego dnia rano... Jego słowa na obchodzi-nie moja wina... A jednak wiedział wczoraj jak się to skończy... Po obchodzi kolejne usg, czyści się samo po leku, kolejna dawka cytoteku i do domu. 
W domu rozpacz, płacz ja tak nie chcę... Ja chcę swojego maluszka tak już ukochanego wyczekanego... Mój mężczyzna cały dzień był przy mnie koił choć sam cierpi... Próbujemy znaleźć przyczynę ale jej nie ma, stało się... Choć winy szukam w sobie.... Mimo tak wczesnej ciąży to mega boli... Czy gdyby od razu dali mi jakieś leki, ciąża by się utrzymała?? Zadaje sobie takie pytanie... Próbuję znaleźć winnego... W szpitalu proponowane mi pomóc psychologa,ale odmówiłam chcemy to cierpienie przetrwać sami, mam u boku przyjaciółkę, która też to przeszła i dam sobie radę tak myślę... Więc moje drogie w waszym gronie jest o jedną cierpiącą więcej...
Bardzo mi przykro.
Za każdym razem gd pojawia się nowy wątek na tym forum, dopada mnie smutek i taka refleksja, że kolejna biedna Aniołkowa mama do nas dołączyła...
Bardzo mi przykro...
Dobrze że masz wsparcie w partnerze, w swojej przyjaciółce- to na prawdę dużo.
Życzę Ci dużo sily na ten czas który jest przed Tobą.
Pytanie dlaczego jest naturalne, każda z nas je sobie zadawała, zadaje. Nie zawsze idzie znaleźć na nie odpowiedź, ale na forum jest watek dot. badań po stracie- zagladnij tam.
I pamiętaj- nie szukaj winy w sobie, Ty zrobiłaś wszystko co mogłaś...