Poronienie - Forum

Pełna wersja: Moja historia
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Chciałabym napisać, czy raczej wylać z siebie to co się we mnie dzieje od kilku niespełna dni. 
Czuję potrzebę podzielenia się moją historią tu i tylko tu wśród matek, które przeżyły tragedię straty dziecka i które zrozumieją naprawdę o czym właściwie piszę.
Zacznę może od tego że mam 36 lat i  jestem mamą cudnej 4-letniej Zosi. Gdy miałam 34 i pół roku zapragnęliśmy z mężem jeszcze jednego dziecka.Starania trwały i trwały i powoli zaczęłam dopuszczać do siebie myśl że po prostu może mi się nie udać zajść w ciążę. Znosiłam to natomiast wyjątkowo spokojnie, choć do spokojnych nie należę i przed pojawieniem się Zosi dostawałam histerii gdy testy ciążowe pokazywały jedną kreskę.
Po 10 miesiącach starań zobaczyłam bladą drugą kreskę. Płacz, obłędne szczęście i ulga. Z ciąży cieszyłam się ten jeden dzień. Przypomniało mi się że mój przedszkolak w nocy do nas przyszedł i żeby jakoś się wyspać poszłam z nią do pokoju i spałyśmy we dwie.Niestety całą noc mała kaszlała. Następnego dnia zaczęło mnie boleć gardło i pojechaliśmy z małą do lekarza. Lekarka stwierdziła ze jest to angina i Zosia dostała antybiotyk.Następnego dnia bolało mnie już gardło i czułam że zaraziłam się tej nocy od córki. Pojechałam do lekarza i dostałam antybiotyk bezpieczny dla kobiet w ciąży na to samo co córka.
Zaczęły się objawy infekcji które mnie zwaliły z nóg, gorączka, dreszcze, ból gardła, kaszel i katar. Spałam przez dwa dni praktycznie nie wstawając z łóżka, przyjmowałam antybiotyk i paracetamol na gorączkę co 3-4 godziny żeby temperatura nie przekroczyła 38 stopni.W międzyczasie jeszcze stłukłam termometr rtęciowy w łazience, tak żeby dopełnić obraz nędzy i rozpaczy tych czarnych dni.
Infekcja trwała ok 10 dni. W tym czasie skontaktowałam się z endokrynologiem (jestem po usunięciu tarczycy i przyjmuję Euthyrox). Moja Pani doktor niestety nie odpisała od razu. Przeczytałam zalecenia PTE na temat zwiększenia dawki leku po informacji o ciąży i ją zwiększyłam. Pani doktor po kilku dniach napisała ze dobrze zrobiłam i żebym udała się na badania kontrolne hormonów.
Bardzo bałam się konsekwencji tej infekcji więc zadzwoniłam żeby umówić się do ginekolog. Ginekolog u której prowadziłam poprzednią ciążę przeprowadziła się i zadzwoniłam do tej u której kiedyś tam byłam i która pracuje w szpitalu niedaleko.
Do tej pory pamiętam tę rozmowę, padły słowa które sprawiły że popadłam w absolutną panikę "Proszę pędzić do lekarza rodzinnego, infekcja w tak wczesnej ciąży to śmierć dla zarodka". Powiedziałam że byłam i że przyjmuję antybiotyk. Umówiła mnie na wizytę. Za tydzień byłam już u niej i był to 5 tydzień ciąży. Nie sposób opisać co czułam w poczekalni i w gabinecie. Na usg widoczny pęcherzyk bez zarodka. Uspokoiła mnie Pani doktor, że na tym etapie nie musi go być widać i że żadnych leków nie dostanę. Wiek ciąży różnił się o tydzień od obrazu USG ale mówiła że to jest w granicach normy. Kontrola za 2 tyg. ja w nerwach, czemu nie ma zarodka ale dotrwałam do kolejnej wizyty. Dostałam takich palpitacji serca w jej gabinecie że myślałam że zejdę z tego świata. Na USG widoczny zarodek i serduszko ! Płacz ulga i te słowa Pani doktor że na początku ciąży obowiązuje zasada wszystko albo nic. Komórki szybko się dzielą i infekcja nie zaszkodziła. Nadal jednak zarodek mały jak na ten tydzień ciąży co mnie martwiło. Doktor nie założyła mi karty ciąży choć był to już 7/8 tydzień.Dostałam Duphaston 2 x dziennie i wizyta za 4 tyg na prenatalnym. To było we wtorek. Mój względny spokój trwał 2 dni. W czwartek w dzień św Walentego (o zgrozo) po odebraniu córki z przedszkola czułam delikatnie ciągnięcie w dole brzucha. Pomyślałam że to się czasem zdarza w terminie miesiączki i poszłam do toalety. Tam niestety plamki krwi na bieliźnie. Telefon do ginekolog. Pani doktor mi powiedziała że mnie przyjmie o 22.45. ja na to,że boję się co się dzieje i czy mam jechać na izbę, ona na to że oczywiście pędzić na izbę. Biorę taksówkę i jadę. Potem już wszystko potoczyło się błyskawicznie. Badanie i oczekiwanie na odpowiedź lekarki czy serce bije. Po kilkunastu sekundach usłyszałam "nie ma tętna". Nie rozumiałam, nie docierało do mnie zupełnie co ta kobita mówi. W szoku totalnym zaczęłam się ubierać. Lekarka pisała coś na komputerze. Zapytałam ją wtedy kiedy mogę starać się o kolejne dziecko. Skąd mi się to wzięło nie wiem, chyba to był szok wstrząs, tylko tak mogę to wyjaśnić. Miałam wrócić do domu i czekać na obfitą miesiączkę. Nic więcej nie usłyszałam. Nie zadałam już żadnego pytania. Przyszła moja siostra i płakałyśmy razem. Zadzwoniłam do męża. Płacz, niedowierzanie.
Wróciłam do domu i położyłam się. Ból narastał i był to typowy ból miesiączkowy z bólem ud tak jak zwykle u mnie. Czekałam i zaczęłam krwawić. Następnego dnia na kanapie zabolało mnie trochę bardziej i poszłam do łazienki. Zobaczyłam małego okruszka zwiniętego w rogalik. Schowałam go do pudełeczka i czekałam. Zdecydowaliśmy z mężem że nie chcemy pogrzebu i grobu dla naszego dziecka. W ten dzień myślałam że tego w życiu nie dźwignę. Siostra zawiozła nasze dziecko do szpitala. Został spalony.Po kilku godzinach znów zauważyłam skrzep większy od poprzedniego i pomyślałam że może jednak się pomyliłam i to jest moje dziecko. Znów telefon do siostry i znów pojechała do szpitala.
Chcę powiedzieć że poronienie odbyło się z moim dużym spokojem, spokojem o który bym się nie podejrzewała. Żegnałam się z moim dzieckiem i mówiłam do niego. Rozpacz i mrok pojawiły się następnego dnia. Popadłam w jakąś totalną otchłań, krzyczałam, płakałam i byłam wściekła, po prostu wściekła jak nigdy. Nie mogłam znieść słów mojej mamy, siostry, mojego kochanego męża. Chciałam być sama, uciec, zapomnieć. Miałam takie dwie pokusy w tym momencie. Pierwsza to odciąć się od tego bólu, rzucić w wir zajęć i zapomnieć. Druga to popaść w totalny smutek i płakać. To było takie kuszące. Jakiś instynkt chyba nie pozwolił mi tego zrobić. Wzięłam córkę na spacer i porozmawiałam z mężem. Wiem że tylko z nim jestem w stanie to przetrwać.
Jest jeszcze bardzo wcześnie, cały czas czytam forum i to daje mi jakiś rodzaj ukojenia, przez te kilka dni przeczytałam setki historii podobnych do mojej, to mi pomaga i to jest powód dla którego tu chciałam to napisać.
Są chwile że myślę o tym co przed nami. Bardzo chcemy mieć dziecko ale czy się kiedyś odważymy , nie wiem , mam skrajne odczucia. Wiem że dużą siłę daje mi moje dziecko które jest tak pełne uroku, tak roześmiane. Córce nie powiedzieliśmy wprost o ciąży i o stracie, myślę że ona może to wiedzieć ale nie jestem w stanie z nią o tym porozmawiać. Chcemy też  z mężem pozostawić wiadomość o dziecku i stracie w gronie rodzinnym, tylko dla najbliższych. Mój mąż po rozmowie ze swoją mamą usłyszał że dwukrotnie poroniła. Byliśmy w szoku. Czuję że jeśli kiedyś spotkałabym parę w tej samej sytuacji to wtedy bym im o naszej stracie opowiedziała. Czuję że tylko tacy ludzie mogą to zrozumieć.
Znamy parę która ma bardzo chore dziecko. To ich trzecie dziecko i tylko ono jest chore, bardzo chore. Myślę teraz dużo o tym chłopcu. 
Zastanawiam się też nad tym co dalej. Postanowiła zrobić badania hormonalne i na infekcję, bo może kiedyś pomyślimy o dziecku. Ale ten czas który mija nieubłaganie. Jeszcze większe ryzyko i strach że koszmar może zdarzyć się jeszcze raz.
Patrzę tez na moją Zofię i czuję że może gdzieś w tym dełeczku na policzku i blasku w oku jest coś co miało moje stracone dziecko, Tak bardzo marzyłam żeby moja córka była starszą siostrą.
Jest we mnie duża wdzięczność za córkę która jest ze mną.
Ostatnia rzecz o której chcę napisać to to, że oczywiście wiedziałam że poronienia się zdarzają, wiedziałam o takich historiach w mojej rodzinie, ale nie przypuszczałam że tego doświadczę. Zawsze myślałam że czegoś takiego bym nie przeżyła, tylko że ja nie mam żadnego wyjścia i muszę z tym żyć.
Wierzę , bo inaczej chyba bym oszalała, że moje dziecko jest w niebie. Trudno nie wierzyć w nic. Mam nadzieję że moja ukochana babcia Irenka jest z moją Kruszynką.
Wiem że ta historia jest niemiłosiernie długa ale musiałam ją napisać.
Reindeer bardzo mi przykro z powodu Twojej straty.Wiem ,że pragnienie dziecka jest bardzo silne.Daj sobie jednak najpierw czas.Wiem,że wydaje Ci się ,że masz go już niewiele by myśleć o kolejnej ciąży.Daj sobie szansę opłakać najpierw to ,które utraciłaś.
Wiesz,jest nawet temat o tym,jak rozmawiać z żyjącym dzieckiem o stracie.Może będziesz chciała przeczytać https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=380 . Przytulam mocno.
Mida dziękuję za Twoje słowa.
Niedługo będę miała okazję porozmawiać z psychologiem dziecięcym. Zobaczę co powie i zdecydujemy co dalej.
Reindeer, bardzo mi przykro z powodu Twojej, Waszej straty. 
Przytulam...
... przeczytałam Twoją historię unbeldi, historie wielu innych kobiet i teraz już chyba bardziej mnie to zaczęło dobijać niż uspokajać. Wszędzie tragedie...
Postanowiłam popracować w domu, zająć czymś głowę. Nie mogę leżeć i rozmyślać bo oszaleję.
Dziewczyny, też jestem po stracie. Minęło już 2 miesiące, a ciągle mam niższy nastrój i zdarza mi się płakać. Co mi pomoże? Jak było u Was?
Ja nie pomogę niestety. Minęły niecałe 2 tygodnie. Jak banalnie by to nie zabrzmiało pozostaje mi wierzyć że z biegiem czasu coś będzie się zmieniało na lepsze. Pewności nie mam, ale nie wyobrażam sobie bym miała funkcjonować przez najbliższe lata tak jak teraz...
Reindeer, wiem ze w tej chwili trudno Ci w to uwierzyć ale nauczysz się żyć, funkcjonować a nawet szczerze śmiać. Tylko na to potrzeba czasu.
Dziękuję unbeldi, mam nadzieję, że tak właśnie będzie...
Od dwóch dni strasznie męczy mnie jedna sprawa. Być może szukam jakichś spraw pobocznych, które mnie odciągną od myślenia o poronieniu. Bez względu na powód myślę bardzo intensywnie o dwóch moich bliskich, jak myślałam, przyjaciółkach. Jedna z nich mieszka w moim rodzinnym mieście 500 km stąd a druga za granicą. Nie mamy stałego kontaktu, ale zawsze byłam pewna że w razie jakiegoś kryzysu mogę na nie liczyć. Tymczasem po mojej wiadomości o stracie dziecka odpisały mi obie że bardzo im przykro. To było prawie 3 tygodnie temu. Od tamtej chwili jest cisza. Jestem tak wściekła na tę sytuację, taka opuszczona... Ja wiem że trudno się odnaleźć w takiej sytuacji. Moja znajoma poroniła rok temu i napisała mi o tym, też napisałam że bardzo mi przykro ale później już nic. Tylko czy od moich przyjaciółek naprawdę nie powinnam oczekiwać czegoś więcej? Myślę że to koszmarne doświadczenie w bardzo bolesny sposób obnażyło moje relacje z przyjaciółkami.
Tak sobie myślę, że w tym momencie mam ochotę im napisać że niestety ale zawiodłam się jak nigdy, że mam żal i nie mam ochoty na podtrzymywanie tych znajomości... ale może z czasem mi przejdzie... Sama nie wiem ...
Ale serio, nawet słowa?
Kochana przykro mi,ze przyjaciółki zostawiły Ciebie z tym wszystkim samą,może nie umieją postawić się w twojej sytuacji i nie wiedza jak sie zachowac Może z czasem odezwa się uważamJa na twoim miejscu,odezwała bym się jeszcze raz do znajomej i napisała swoje przeżycia i jak ona dawała sobie radę z tym wszystkim .Nie możemy z tym być same zrób jeszcze jeden krok i trzymam kciuki aby się odezwała Powinnaś mieć wsparcie.Nie powinniśmy być z tym same -tak uważam .
Tak też twierdzi mój mąż, że właśnie trudno im postawić się w mojej sytuacji i to nawet trochę do mnie przemawia, ale po bliskich mi osobach zwyczajnie oczekiwałam więcej. Może to rozżalenie minie... 
Jeśli chodzi o bycie samą z poronieniem dochodzę do wniosku że ja chyba naprawdę na końcu zostaję z tym sama w jakimś sensie. Mam wsparcie w mężu i siostrze, mama też się stara, ale jest trochę taki klimat że hej hopsa do przodu... Powiem więcej, nawet koleżanka która ma to za sobą jest teraz skupiona na córce która niedawno się urodziła i chyba nie chce wracać do tych bolesnych ran.
Jeśli to są dla Ciebie ważne osoby (przyjaciółki), to może warto postawić na szczerość - powiedzieć im wprost, czego teraz potrzebujesz (kontaktu, wsparcia, zainteresowania) i co Cię boli / denerwuje (w moim przypadku było to pytanie "jak się czujesz" - zadawane zapewne w dobrej wierze, ale doprowadzało mnie do szału).
Widzisz, zanim sama doświadczyłam straty, nie miałam okazji być przy osobie, która poroniła i chociaż jestem osobą z natury empatyczną, nie wiem, czy i jak bym się odnalazła. Później miałam wiele okazji do takich rozmów i czasami nadal nie wiem, co powiedzieć. Dużo łatwiej mi, gdy osoba cierpiąca mówi o swoich emocjach albo pyta, znacznie trudniej gdy milczy. Może milczy, bo chce być teraz sama. Może milczy, bo czeka aż to ja się odezwę. Tylko co napisać? Jak się czujesz? Jak się trzymasz? A jeśli jakimś pytaniem niechcący sprawię jej przykrość?
Być może Twoje przyjaciółki myślą podobnie - chciałby Cię wesprzeć, ale nie wiedzą co napisać i jak.

(Wed, 06 Marca 2019, 18:46:13)Reindeer napisał(a): [ -> ]Jeśli chodzi o bycie samą z poronieniem dochodzę do wniosku że ja chyba naprawdę na końcu zostaję z tym sama w jakimś sensie. Mam wsparcie w mężu i siostrze, mama też się stara, ale jest trochę taki klimat że hej hopsa do przodu...

To prawda - często my, kobiety po stracie, zatrzymujemy się w miejscu, a cały świat idzie dalej. Nawet najbliższe nam osoby mają swoje życie i swoje sprawy, do których wracają, z czasem wydaje im się, że i my powinnyśmy już ruszyć dalej, a to tak nie działa. Po śmierci dziecka następuje naturalny okres żałoby, dużo emocji wymaga przepracowania. To wymaga czasu i dobrze jest ten czas sobie dać.
Reindeer, wiele z nas spotyka się z niezrozumieniem, nawet najbliższych osób, które chcą dla nas dobrze, ale nie potrafią odnaleźć się w tej sytuacji i nie wiedzą, czego oczekujesz. Często milczą, bo nie chcą rozdrapywać ran, nie wiedzą, że te rany i tak jeszcze długi czas pozostaną dla nas otwarte albo pocieszają w nietrafiony sposób (następnym razem będzie dobrze, musisz wziąć się w garść, itp.). Warto mówić o swoich potrzebach, chociaż to nie łatwe - ja sama nie potrafiłam tego zrobić wobec najbliższych. Masz rację, że na końcu i tak zostajemy z tym same, ale tak czy inaczej warto szukać wsparcia.

Przykro mi z powodu Twojej straty...
Asza Twoje słowa dały mi do myślenia, masz rację, niezwykle ciężko zrozumieć osobę która przechodzi przez piekło, słów brakuje, one po prostu nie oddają tego co być może osoba współczująca chce powiedzieć. 
Ale tak po ludzku... tak zwyczajnie jest mi smutno...
Chcę usłyszeć "myślę o Tobie" a czuję się teraz jak trędowata, nikt nic nie mówi.
Jak mi trochę przejdzie i przestanę mieć tyle żalu w sobie to odezwę się do dziewczyn. 

A co do bliskich osób, moja mama średnio raz na kilka dni mówi mi że uda się następnym razem bo ona ma takie przeczucie... i ja oczywiście na tę moją biedną matkę krzyczę, żeby przestała bredzić ale wiem że ona chce dobrze, ona przynajmniej jakoś reaguje.... nieporadnie bardzo, ale przynajmniej nie jest to temat tabu.

(Fri, 08 Marca 2019, 07:31:07)Ciri napisał(a): [ -> ]Reindeer, wiele z nas spotyka się z niezrozumieniem, nawet najbliższych osób, które chcą dla nas dobrze, ale nie potrafią odnaleźć się w tej sytuacji i nie wiedzą, czego oczekujesz. Często milczą, bo nie chcą rozdrapywać ran, nie wiedzą, że te rany i tak jeszcze długi czas pozostaną dla nas otwarte albo pocieszają w nietrafiony sposób (następnym razem będzie dobrze, musisz wziąć się w garść, itp.). Warto mówić o swoich potrzebach, chociaż to nie łatwe - ja sama nie potrafiłam tego zrobić wobec najbliższych. Masz rację, że na końcu i tak zostajemy z tym same, ale tak czy inaczej warto szukać wsparcia.

Przykro mi z powodu Twojej straty...

Jeśli chodzi o mówienie o swoich potrzebach to zauważyłam, że poza mężem mam z tym problem. Mówię mojej mamie żeby nie mówiła określonych rzeczy i ona stara się tego nie robić, albo nawet w ogóle nic nie mówić co dla mnie jest w sumie gorsze.
Moja siostra która jest bardzo bliską mi osobą już nie pyta...wcale. Dla wszystkich życie toczy się dalej. Wiem że tak po prostu jest, ale chwilami bardzo mnie to przytłacza.
Dziś mija miesiąc. Mam takie małe pudełeczko gdzie trzymam pozytywne testy ciążowe, zdjęcia z usg i maleńkie body. Dopiero dziś odważyłam się tam zajrzeć. W tle https://www.youtube.com/watch?v=m-jdOEY5CkY  Nie chcecie wiedzieć co tu się wyrabiało...
Chciałabym wypłakać swój żal i nie myśleć cały czas tylko o jednym ...ale te myśli są jak cień, który nigdy mnie nie opuszcza.
Ja wiem że one będą zawsze ale chwilami ich intensywność mnie powala.

Mam tak skrajne odczucia. Mam dni kiedy czuję się lepiej, naprawdę mam nadzieję, że będzie dobrze, prawie dobrze. Są też długie godziny natrętnych myśli o tym jak pięknie mogło być, a na pewno nie będzie.

Mam zamiar zrealizować moją myśl gdy byłam w trakcie poronienia, tzn. iść do lasu i walić jakimś wielkim badylem w ścieżkę czy powalone drzewo. Jest we mnie tyle gniewu...Będę unikać świadków, bo gotowi powiadomić stosowne służby.
Reindeer bardzo mi przykro.
Tak dobrze Cię rozumiem. We mnie też tak skrajne emocje.. są dni kiedy mam wrażenie że się z tym wszystkim godzę, nawet spokojnie umiem stanąć nad grobem córeczek, ale bywają i takie dni kiedy żal, ból i smutek biorą górę wtedy łzy same płyną. W ciągu ostatnich dni wylałam całe zapasy łez i dziś znów jest lepiej.
Więc idź do tego lasu, okładaj te drzewa i płacz...
(Fri, 15 Marca 2019, 13:24:27)Anulik napisał(a): [ -> ]Reindeer bardzo mi przykro.
Tak dobrze Cię rozumiem. We mnie też tak skrajne emocje.. są dni kiedy mam wrażenie że się z tym wszystkim godzę, nawet spokojnie umiem stanąć nad grobem córeczek, ale bywają i takie dni kiedy żal, ból i smutek biorą górę wtedy łzy same płyną. W ciągu ostatnich dni wylałam całe zapasy łez i dziś znów jest lepiej.
Więc idź do tego lasu, okładaj te drzewa i płacz...

Anulik przeczytałam Twoją historię. Bardzo współczuję.


Skrajne emocje...tak, to moje drugie imię. Wściekam się w jednej chwili, by za chwilę spokojnie zajmować się codziennymi sprawami.

Zdałam sobie sprawę, że jedyną osobą która mnie rozumie jest mój mąż. Często zdarza się , że rozmawiamy o czymś i nagle w przerwie ja odpalam jakieś fajerwerki, kolejne rewelacje.... a to że mogłam nie używać chemikaliów w ciąży, a to że za gorący prysznic i tak bez końca. 
I ten mój biedny mąż zawsze wie o co mi chodzi i uspokaja, tłumaczy. Przestałam mówić komukolwiek innemu o moich odczuciach i myślę sobie że z zewnątrz to ja doskonale się trzymam. Tak....żyć, nie umierać...
Czeka mnie dziś spotkanie z moją teściową, kobietą która poroniła dwukrotnie. Zastanawiam się czy w ogóle będziemy rozmawiać o tym co się stało. Myślałam że kobiety po stracie są bardziej skłonne do zrozumienia tej tragicznej sytuacji ale niestety bywa z tym różnie...Moja własna mama straciła dziecko w 6 miesiącu ciąży, ona wolała o tym zapomnieć, choć pewnie wyrządziła sobie tym więcej krzywdy.Teraz słyszę od Niej że powinnam przestać tak długo o tym myśleć bo zwariuję. Nie potrafię i nie chcę. 

Zaroiło się od ciężarnych w otoczeniu, nie muszę chyba opisywać jak lodowacieję widząc zaokrąglone brzuchy...
Najbardziej natomiast rozbraja mnie moja sąsiadka... kobieta samotnie wychowująca 16letnią córkę. Ma około 38 lat i w ciągu ostatnich 3 lat urodziła dwójkę dzieci,paląc w ciąży i zapewne szczególnie się ta ciążą nie przejmując. Dzieci z nią nie ma więc przypuszczam że oddaje je do adopcji...Ja się pytam! Jak to do cholery jest możliwe? No tak ...nikt nie mówił przecież że będzie sprawiedliwe i moje święte oburzenie jest zupełnie nie na miejscu.
No jest możliwe. I jedyne pocieszenie to takie, że może te dzieci mają szczęśliwy dom i rodziców, którzy na nie czekali.