Poronienie - Forum

Pełna wersja: Potrzebuję się tym z kimś podzielić.
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Witam Was dziewczyny...
Poroniłam. I szukam wsparcia, wszędzie.
Straciłam swojego Dzidziusia w 9tc. Druga wizyta u lekarza. byłam szczęśliwa, nie mogłam się doczekać. Ale coś czułam, jakiś niepokój. Bałam się, że coś jest nie tak. Mam taką świadomość, może ktoś by powiedział \"większą\", bo jestem pedagogiem. Pracuję w przedszkolu, i znam historie ciążowe i okołoporodowe, znam te dzieci, które teraz wymagają wsparcia. I tak bałam się o swoją ciążę. O to, że to tak ważny okres, ma tak duży wpływ na resztę życia, na rozwój...
Czekam pod gabinetem. Duża kolejka. Poślizg półtora-godzinny. Siedzę i dostrzegam ją. Mamę chłopca z mojego przedszkola, której historia była dana mi poznać. Poroniła kiedyś, ciężko jej było, było widać, że cierpiała. Od razu myśl do głowy- to zły znak, o Boże, to na pewno zły znak.
Lekarz sceptycznie podszedł do mojego wyznania, że już minęły mi ciążowe dolegliwości, że już mogę wszystko jeść, już mogę otwierać lodówkę. Było widać, że się zmartwił. Do tego to zatrucie pokarmowe w zeszłym tygodniu, cały dzień wymiotowałam i miałam biegunkę. Znów zmartwienie i pytanie o gorączkę, ale uspokojenie, że to nie zagraża. Później szybko na fotel i już widzę swojego Dzidziusia. Jaki duży, ma rączki, główkę, ciałko. Ale widzę, że nie bije serce. I już wiem, że to koniec. Ale to był dopiero początek najgorszego.
Reszta na szybko. Skierowanie do szpitala, pytania, może to ten wirus, wie pani... To musiało być na dniach, dwa dni temu, może cztery, bo ładnie się tu wszystko rozwijało. Nie słucham, tylko opanowuję płacz.
Boli serce, płacz, płacz, płacz. Koniec wszystkiego.
Nazajutrz szpital. Mój lekarz przychodzi do mnie, do sali. Siada na łóżku. Czy wiem co z ciałkiem? Skremować, czy pogrzeb? Chcę zbadać jaka płeć by dostać macierzyńskie? Tabletki czy łyżeczkowanie? Doradzam tabletki, wie pani, naturalniej, trzeba dbać o szyjkę. Nic nie chcę, nie chcę pogrzebu, nie chcę macierzyńskiego, chcę mieć to za sobą, nie chcę łyżeczkowania.
Potwierdzono diagnozę, martwy płód, jakaś wada ciałka żółtkowego i pępowiny. Tak lepiej, mówię pani. Za trzy miesiące proszę próbować dalej.
Jestem sama na sali. Muszę leżeć, żeby tabletki się rozpuściły. Czekam na skurcze. Lekarz powiedział, że jak tak mocno zaboli, tak naprawdę mocno, i nagle popuści, to po wszystkim. Wtedy tego nie rozumiałam.
Jest krew? Patrzę. Jest.
Boli, coraz bardziej. W krzyżu też. Są skurcze. Idź do domu kochanie, przyjedź później. Pojechał.
Nie mogę już leżeć. Chodzę po sali. Odmawiam koronkę. Liczę na ściśniętych palcach. Jezu ufam Tobie, Jezu ufam Tobie, Jezu ufam Tobie. Kolacja. Chce pani herbaty? Tak. Dziękuję.
Podeszłam do łóżka, opieram się. Jest skurcz. Bardzo mocny. Czuję, że coś wyleciało. Szybko patrzę i widzę Dzidziusia. Oczy, skóra, głowa. Dalej nie patrzę. Panika, strach. Przywołuję położną.
Ja płaczę. W środku wyję.
Zabrała moje dziecko, włożyła do pojemnika, do parafiny. Potwierdziła, że to to. Ja już nie chciałam patrzeć. Panika.
Dalej jest tylko ból. Krwawię. A czego się pani spodziewała? Przecież pani poroniła, musi pani krwawić. Niech pani pokaże.
Upokorzenie. Ból wymieszany z ogromną pustką. Nie ma już mojego Dzidziusia. Nie ma.
Dlaczego ja? Dlaczego ja? Co ja takiego zrobiłam? Jezu? Jezu ufam Tobie...
Kochanie widziałam je. Było piękne. Miało takie oczka czarne, bez powiek. Dalej się bałam. Spanikowałam. Wybacz mi, proszę. Wybaczysz mi?
Nie chcę pogrzebu, bo nie dam rady. Jest skwerek pamięci, tam wysypią prochy. Dobrze.
Wie pani co, nie wszystko się wyczyściło. Co robimy, łyżeczkujemy? Czy tabletka? Tabletka.
I jak? krwawi pani? Mało. To nie zawsze tak samo działa, trzeba czekać.
Boli pani doktor. Bardziej niż przy poronieniu. Do gabinetu. Pani taka przestraszona? Boi się pani? Tak, przepraszam. Nie ma za co.
Pani doktor, czy to było łyżeczkowanie? Tak. Dziś pani wyjdzie.
To było moje dziecko. Jak mam zapomnieć, jak mam nie myśleć? Nie chcę, kocham je! Spanikowałam, teraz żałuję. Że go nawet nie dotknęłam, tylko oddałam od razu. Jak rzecz. Bałaś się, to normalne. Nie ważne! Jak mogłam tak postąpić?! To było moje dziecko!
Kochanie co ja mam zrobić. Teraz tak myślę, że nie mogę tak zostawić Dzidziusia. To było prawdziwe dziecko. Widziałam. Jak mam oddać, spalić , dać wysypać na skwerek pamięci? A co z nim teraz jest? Gdzie ono jest? Proszę przeczytaj coś, ja nie dam rady.
Kochanie, już jest chyba za późno, a ja nie chcę go tam zostawić, ja chcę chyba pogrzeb. To moje dziecko, należy mu się pogrzeb. Kocham je. Proszę pomóż mi. Ja nie dam rady.
Pomogę. Nic się nie martw, poszukam informacji. Ja czytałam. Ciężko. Boję się. Tęsknię za Dzidziusiem. Nie dam rady iść do pracy. Nie chcę. Ja nie chcę wychodzić.
I jak lepiej? Fizycznie? Tak.
Wolałam być w szpitalu. Wolałam jak boli ciało.
Tutaj byłam ostatni raz jak byłam w ciąży jeszcze. Nie mogę tego jeść bo jestem, a nie, byłam. Mogę. Szłam tędy jak byłam w ciąży, pamiętam. Wszędzie wózki, wszędzie te kobiety w ciąży! Dlaczego ja? Dlaczego ja? Panie mój...
Dziś mija tydzień odkąd dowiedziałam się, że moje dziecko nie żyje. Byłam matką. Dalej nie wiem co zrobić. Codziennie myślę o moim dziecku. I modlę się. I wiem, że nigdy tego nie zrozumiem. A mnie też nigdy nikt nie zrozumie. Wiem jedno. Kocham swojego Dzidziusia.
Ogromnie Ci współczuję, popłakałam się czytając Twoją historię. Dla Twojego Maluszka zapalam światełko. Przytulam Cię.
Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty Sad jeśli zmieniłaś zdanie w kwestii pogrzebu to możliwe ze nie jest za późno, zgłoś się do szpitala i ich poinformuj. Nawet jeśli doszło już do kremacji to może możesz pochować prochy. Ja też na początku powiedziałam ze nie chcę pogrzebu i dopiero potem zmieniłam zdanie. Jak czytam co napisałaś to jakbym widziała siebie ponad 4 lata temu. My w końcu urzadzilismy pogrzeb miesiąc po poronieniu.
Bardzo mi przykro :-(
Aga, tak bardzo bardzo Cię rozumiem... Wraca do mnie wszystko to, co mi się zdarzyło. To już 10 lat. Niemal równo co do dnia. Czas leczy rany, to fakt. Faktem jest też, że nic innego - tylko czas... Szukałam pocieszenia, znajdowałam w pisaniu, dużo pisałam, płakałam w ekran komputera. Strasznie długo nie malowałam oczu. Żyłam z minuty na minutę, godzina to było dla mnie dużo. W końcu, kiedyś tam, minęło tego czasu dostatecznie dużo żebym mogła żyć dalej. Przyświecała mi zawsze jedna myśl, tłukła się we mnie gdy spadałam - że powinnam się nie poddać, bo może gdzieś tam jest mi jednak pisane jakieś szczęście. I mimo, że pisane, nie zaistnieje jeśli ja spadnę.
Nikt mi wtedy nie mówił żebym pozwalała sobie na rozpacz, bo niestety nie miałam tego forum. Ale ja intuicyjnie sobie pozwalałam, a teraz Tobie już z doświadczenia mogę mówić to samo... Nie musisz być silna, bądź taka jaką potrzebujesz teraz być. Przetrwaj. Czas działa na Twoją korzyść, każdego dnia jest bliżej do wyjścia z tej rozpaczy, nie musisz robić nic szczególnego, tylko przetrwaj. Światełko dla Twojego Dziecka.
Ogromnie mi przykro!
Brakuje słów pocieszenia.

(*) (*) (*) dla Twojego Dzidziusia
przytulam
Powiem tak:
Wiele kosztuje mnie odwiedzanie forum, gdy to czytam, ale bardzo dziękuję dziewczyny za Wasze posty. Jednak to naprawdę pomaga.
Wczoraj chyba miałam apogeum tego wszystkiego, cierpienia, żałoby, jakkolwiek to nazwać... Mój mąż był w pracy. Był wieczór. W samotności najwięcej się cierpi. Ale pierwszy raz miałam myśl, że ja to bym mogła umrzeć teraz. Jak najszybciej. By być już z Dzidziusiem. Bo po co żyć? I tylko prosiłam: wróć z pracy jak najprędzej, bo nie wytrzymam. Bałam się o siebie, że do takiego myślenia mnie to posunęło. To było tak silne, że bałam się, że naprawdę zrobię coś głupiego. Choć tak naprawdę nie byłam w stanie wstać po chusteczkę, by otrzeć łzy.
Trwało to bardzo długo. Nie pomagały modlitwy. Nie pomagało to, że już wiedziałam, że On jedzie do mnie, uratuje mnie.
Uratował.
A ja przepraszałam, pytałam czy wciąż mnie kocha. Czy nie jestem dla niego obciążeniem.
Nie jestem.
Wiesz co kochanie, nie chcę egzekwować sobie prawa do cierpienia. Ty też straciłeś dziecko.
Zasnęłam. I śniło mi się coś okropnego.
Rano znów płakałam. I obudził go mój płacz. Pomyślałam, że ten dzień będzie trudny, chyba trudniejszy niż wczoraj.
Dziś byliśmy na szybko u znajomych coś oddać. To znaczy On był, bo ja zostałam w samochodzie. Wiecie, mają małe dziecko. Bałam się jak na nie zareaguję. Nie. Tak naprawdę bałam się jak znajomi zareagują na mnie.
Na moje nieszczęście wyszli razem z bloku. Pytanie: jak się trzymacie, bo cały czas o was myślimy. Cisza. Nie wykrztusiłam z siebie ani słowa, tylko odwróciłam głowę. Przykro mi się zrobiło? Nie wiem, dlaczego tak postąpiłam?
Potem parę telefonów z pracy. Zaczyna się rok szkolny. Jest mnóstwo spraw. Czy będę w pracy? Będę w poniedziałek, ale nie wiem czy dam radę. Ale będę na pewno.
Pomogło. Ucieszyłam się, że ktoś ze mną normalnie rozmawia. I tak przegadałam z jedną koleżanką 50 minut. Dziękuję za to.
Byłam w kościele na mszy. Boję się teraz, bo On jest w pracy, a ja sama. Będzie tak jak wczoraj, czy inaczej, zobaczymy. Teraz cieszę się, że dziś jest trochę lepiej, ale dzień się jeszcze nie skończył.
W sprawie pogrzebu nic nie postanowiliśmy. Boję się. Czas leci. A ja już chyba nie mam lęku o to czy dobrze robimy.
Modliłam się o to, by wszystko zrobić zgodnie z sumieniem. O spokój.

Czuję, że jest nadzieja i dla mnie.
Ja myślę Aga, że to może dobrze, że ten nowy rok szkolny się zaczyna... Dobrze wiedzieć nawet w tej rozpaczy, że gdzieś jest i zawsze będzie rytm. W Twojej głowie pewnie go nie ma, jak mógłby być... Więc może jakieś czynniki zewnętrzne. Niech będą.
A Ty... Ty przeżywasz żałobę. Ja wiem jak to jest mieć takie momenty jakie Ty miałaś wczoraj. Też chciałam być chwilami po tej drugiej stronie. Czasem były to długie chwile.
Kończysz swój wpis nadzieją. Ona jest, oczywiście że jest. Trochę jak sinusoida może się ona zachowywać, ale jak już ją poczułaś, to myślę że z Tobą zostanie.
:x AltByć może lepiej. Wierze, że wyjdzie mi to na dobre. Ale zostawiam przysłowiową uchyloną furtkę.
Wiecie, najgorsze jest to, że nadal pozostaje uczucie, że nie mam kontroli nad niczym co dzieje się wokół mnie, nad ciałem, nad sobą, bo nawet siebie nie jest się pewnym. A ja chcę odzyskać tę pewność, że mam na coś wpływ, a nic nie dzieje się bez powodu...
Może to zabrzmi dziwnie, ale ta nadzieja, o której pisałam pojawiła się wraz z końcem krwawienia i ochotą na zbliżenie z mężem... Jak było u Was? Pozdrawiam serdecznie i myślę o każdej, której przytrafiło się to co mnie...
Witam wszystkich!Moje przeżycia związane z urodzeniem martwego dziecka są podobne do waszych. Bardzo boli, codziennie człowiek zastanawia się Dlaczego Ja???Nie jestem może już tak młoda
mam 36 lat.Ale od początku-Mam zdrową córeczkę w wieku 14 lat,latka leciały,mąż pracował z zagranicą,nieraz myśleliśmy o drugim dziecku ale jakoś czas leciał i człowiek przyzwyczaił się do tej sytuacji.Sytuacja się zmieniła kiedy po paru latach zdecydowałyśmy z córką dołączyć do męża,a więc zamieszkaliśmy razem już na stałe.Córka poszła w wieku 11 lat do nowej szkoły,ja do pracy,nauka języka i codzienne sprawy bardzo mnie pochłaniały ale byłam szczęśliwa że jesteśmy w końcu razem.Nie raz spoglądałam na matki z wózkami i myślałam dlaczego od czterech lat nie zabezpieczania nie mogę zajść w ciążę?Tłumaczyłam sobie dobra dwa lata, męża przyjazdy mógł nie trafić!Ale teraz jak jesteśmy z sobą na co dzień ...W grudniu pojechałam na urlop do rodziców do Polski z córką,mąż został w Belgii.Dzień przed wigilią zrobiłam test (popołudniu po namowie mamy)lekko różowa druga kreseczka,radość moja,córki,mamy i plany,plany,plany.
Wróciłyśmy do Belgi po Sylwestrze już z mężem pełni obaw:jak człowiek poradzi sobie w obcym państwie ze służbą zdrowia,co dalej robić trzeba znalez dobrego lekarza,czytanie forum kobiet które były w podobnej sytuacji,czy powiedzieć szefowi już czy póżniej itp.itd.W końcu trafiłam do bardzo fajnej kliniki blisko domu ponieważ mąż znał holenderski a tam w takim języku rozmawiali.Okazało się że mam nadciśnienie ciążowe i zajął się mną specialista w tej dziedzinie.Brałam dwa razy dziennie tabletki +kwas foliowy,czułam się dobrze byłam na zwolnieniu lekarskim wystawionym już do rozwiązania na sierpień.Dzień przed wizytą 14 kwietnia miałam lekkie wycieki z macicy sączyły mi się wody(jeszcze o tym nie wiedziałam) wieczorem nie czułam ruchów dziecka więc bardzo wystraszeni zaczeliśmy czytać różne artykuły z tym związane,różne porady i tak jakby ludzie nas uspokoili pisząc że to normalne-trzeba najeść się czekolady itd....
Rano wstałam i poczułam jakby bardziej mokro więc poszłam do ubikacji,a tu z macicy wyszedł mi jakiś balon.Płacz,telefon do męża i szybko klinika,tam mnie przyjeli szybko na usg i wyrok dziecko martwe trzeba rodzić bo już są skurcze porodowe.22 tydzień ciąży nic nie zapowiadało takiej tragedii,moje wyczekiwane maleństwo nie oddychało.Porodówka i siedem godzin w bólach krzyżowych(nie chciałam znieczulenia).Urodziłam śliczną córeczkę 15.04.2014r Livia.Powrót do domu i ból jakiego nie da się opisać i pytanie dlaczego ja???Ja co tak bardzo kocham dzieci ....
Dziecko było idealne w rozwoju po padaniach prenatalnych,po prostu załapałam jakąś cholerną infekcję wód płodowych-słowa lekarza.Cztery dni temu minął by termin mojego porodu i bylibyśmy już w domku,ale tak się nie stało.Mówią że czas goi rany-na pewno ale każdego dnia myślę o Niej ......Czytam Wasze post i nie mogę sobie wyobrazić ile nas jest z tym bólem.Pozdrawiam i głowa do góry może jeszcze będę tulić kolejną kruszynkę.
Daria, bardzo Ci współczuję i łączę się z Tobą w bólu...
Nie wiem co napisać. Po prostu brak mi słów, bo czuję, że życie jest takie niesprawiedliwe...
Ale masz już córkę, dla niej warto żyć i cieszyć się życiem!

Dziewczyny, ja dziś wyszłam z domu. Na dłużej. Byłam na pizzy, na piwku... Spotkałam się ze znajomymi. Byli w szoku, że \"tak dobrze się trzymam\"...
Myślę, że owszem, może to tak wyglądać z zewnątrz. Bo czuję się lepiej. Chcę żyć normalnie. Chcę postarać się żyć normalnie. I wiecie co? Mam wyrzuty sumienia, że nie siedzę w domu i już nie płaczę.
Aga to dobrze ,że wyszłaś..Nie powinnaś mieć poczucia winy.To ,że starasz się żyć normalnie to nic złego.Cieszę się ,że tak jest.Każda kobieta przeżywa stratę inaczej.Oby dla Ciebie każdy dzień był lepszy.Trzymam kciuki.
Aga nie miej wyrzutów sumienia, wykorzystuj każdą lepszą chwilę. Ja w dniu wyjścia ze szpitala spotkałam sąsiadów, weszliśmy do nich, opowiedzielismy co się stało a potem jak było coś śmiesznego w rozmowie to się śmiałam. A jeszcze długo nie było dnia żebym nie płakała. Najważniejsze to do niczego się nie zmuszać, ani do śmiechu ani do łez. Nie masz obowiązku ani się uśmiechać bo ktoś tego oczekuje, ani płakać.
Aga, przykro mi baardzo.
Nie wiñ się, za nic. Nie oczekuj też zbyt wiele od siebie, nie spełniaj woli otoczenia i nie zmuszaj się do niczego bo np. tak wypada. Nic nie wypada. Daj sobie czas i bądz dla siebie dobra. Chcesz plakac, placz, śmiejesz siė-nic w tym złego. Ròb tak byś Ty czula się z tym w porzădku.
Dużo sił Ci życzę.

(*)
Dziękuję za te słowa...
Tak jak się spodziewałam, dziś było ciężko. Taka niedziela. Piękna pogoda, rodzice z dziećmi, kobiety w ciąży... A to kłuje w oczy i w serce.
Dziś poczułam, że chcę dziecko. Nie chcę czekać trzech miesięcy, ale boję się przeciwstawić lekarzom, więc pewnie i tak poczekam.
Powiedziałam mężowi, że chcę się kochać. On się nie zgodził, bo wcześniej mu mówiłam o zalecanej wstrzemięźliwości. Ale ja czuję, że jestem gotowa, że jest w porządku.
I znów nie wiem czy się przełamię, bo \"lekarze mówili...\" I tak w kółko. Zawsze czułam, że trzeba słuchać siebie i swojego ciała, ale nie chcę, żeby TO się powtórzyło.
Nie myślcie, że chcę zastąpić moją Dzidzię. Nie jest tak. Ale czy na pewno?
Aga. Kazdy jest inny, u Ciebie może być inaczej, napiszė Ci jak bylo u mnie.
Po pierwsze, żadne dziecko nie zastąpi tego poprzedniego. Będzie po prostu następne. I na pewno nie chcesz Go zastąpić nowym.
Wiem, ze w Pl zalecają abstynencję przez ileś tam, w zależności os sytuacji. Ja mieszkam w Holandii i tu stracilam 2 swych dzieci. Za każdym razem słyszalam, ze nie moge wspòłzyc dopòki krwawie/plamie, ale to chyba oczywiste, bo tj znak, ze jeszcze nie wszystko zagojone.
Po obu stratach krwawilam bardzo kròtko. Za 1 razem kochalismy sie 1y raz ok 2 tyg po. Czulam, ze to byl dobry moment. Po porodzie bylo podobnie. Potrzebowalismy tej bliskosci razem, i mąz i ja. To bylo na prawde coś wyjątkowego. Za kazdym razem bardzo szybko zaszlam w ciąze.
To jak Ty i mąż zrobicie, to zależy od Was, od Waszej gotowosci, stanu emocjonalnego, od psychiki. Rozmawiaj z mężem. On też to przeżywa tyle, że inaczej.
Pamiętaj,.że na wszystko potrzebny jest czas. Teraz może jest mega ciężko, następnego dnia, nie zmiemi sie nic nagle o 180st i nie będzie lekko, ale z kazdym dniem będziesz uczyla się żyć z utratą swojego Maleñstwa i z kazdym dniem, po malu, rana bedzie sie zablizniac, nie zniknie jednak. Ale Ty juz bedziesz umiala z nią życ.
Będzie dobrze, jakkolwiek to teraz brzmi.
Nie jestem taka silna jak myślałam.
Jest ciężko, zresztą wiecie...
Jestem bardzo rozchwiana emocjonalnie. Praca z małymi dziećmi po poronieniu jest ciężka i źle na mnie wpływa.

Opowiadałam koleżankom o tym co mnie spotkało. O wszystkim co przeżyłam. Teraz czuję, że może nie powinnam, bo płakały jak tego słuchały.
Myślała, że jednak już lepiej ze mną. Myliłam się. Bardzo.
Nie cierpię swojego ginekologa! Nie wiem dlaczego, ale teraz czuję ogromną złość na niego! I bardzo dołuje mnie widok szczęśliwych mam z dziećmi. Ach...
Aga,też tak mam ,że obwiniam lekarzy.Po pierwszym poronieniu zmieniłam ,do obecnego czuję jeszcze większą złość.Tak to już chyba jest.A o koleżanki się nie martw ,one sobie poradzą a Ty miałaś potrzebę wygadania się.Trzymaj się.
Dziękuję Mida. Miałaś rację. Koleżanki dzisiaj znowu mnie pytały jak to wszystko przeszłam. Pocieszają. Są także pełne podziwu, że daję radę. Fajnie jest komuś się wygadać.
Obiecałam sobie, że już nie będę o tym mówiła. Bo już się wygadałam, a mówienie o tym w kółko tylko mnie dołuje.
Od mojego poronienia mijają jutro 2 tygodnie. Niby krwawienie ustało, ale czasem powraca. Martwię się czy wszystko ok. Kilka razy zapomniałam się w pracy i podniosłam dziecko, leżaczek na spanie... A nie powinnam.
Boje się jeszcze o jedno... Mianowicie czuje się inaczej \"w tamtych miejscach\", cieżko to określić, ale mam poczucie przy kaszlnięciu lub takim \"spinaniu\" się coś mi się tam w pochwie luzowało... Może któraś z was miała podobne odczucia, boje się o tym myśleć, sprawdzać, bo szczerze, te miejsca mogłyby dla mnie narazie przestać istnieć.
Dziewczyny... Dawno mnie tu nie było.
Wiecie co? Dzisiaj byłam u ginekologa. Nie wiem skąd, nie wiem jak, ale prawdopodobnie mam zespół policystycznych jajników. Daw jajniki były jak plastry miodu. Wcześniej tego nie było!
I to mogło być przyczyną poronienia. W ogóle byłam u innego ginekologa niż zawsze. Boję się! Zapytałam, czy to tzw. \"fuks\", że zaszłam w ciążę, bo przecież przy policystycznych jajnikach jest bardzo trudno, albo wgl to niemożliwe, i odpowiedział TAK. Załamka Sad
Jutro robie badania na poziom testosteronu i LH, cokolwiek to znaczy. Boję się mega, że nigdy nie będę mamą, bo ta diagnoza jest dla mnie straszna...
Aga, ja też to mam, a bez problemu zachodze w ciążę, więc niekoniecznie musi być tak, że z ciążą u Ciebie będzie problem. Sam obraz jajników w USG to za mało, żeby stwierdzić PCO, trzeba jeszcze zbadać hormony (rozumiem, że masz je badane) i sprawdzać, czy jest owulacja. Nawet jeśli się okaże, że masz pelnoobjawowe PCO, to jeszcze nie wyrok, to się leczy i jest mnóstwo kobiet z tym schorzeniem, które mają dzieci.
Queenanne dzieki za słowa otuchySmile pomaga. Ale wiesz, powiedział mi ten gin, że może to przez to poroniłam. To jest koszmar jakiś!
Już myślałam, że żałoba jakoś dobrze idzie, że już będzie ok, i co? Teraz czuję się jakby faktycznie jakiś wyrok to był. Z drugiej strony, \"przynajmniej\" wiem, że jestem płodna. Hm...
I nie poszłam robić tych badan, bo głupia myślę, że jak to przeciągnę, to to się skończy. Ehhh..
Aga_G, również nie wiedziałam, że PCO może być przyczyną poronienia. Co do żałoby, musisz może dać sobie więcej czasu, to jest indywidualna sprawa. Przytulam Cię.
Nie poszłaś na badania, widocznie miałaś gorszy dzień. Jeszcze nadrobisz. Zajrzyj na wątki staraniowe na Rozmowach, szczególnie na Trudne starania z PCO i nie tylko, tam dziewczyny wymieniają się wiedzą w temacie m.in. PCO.