Poronienie - Forum

Pełna wersja: czy mówić o małym poronieniu
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
mam taki mały dylemat. Teraz straciłam małą ciążę (6/9tc). Właściwie rodzinie nie mówiłam o ciąży więc i nie mówię o poronieniu. I się zastanawiam czy jest sens mówić? O poprzedniej stracie w 19tc wszyscy wiedzieli bo ani tego faktu radości się nie udało ukryć ani potem żałoby. Wszyscy wiedzieli ale i tak żadnego wsparcia nie dostałam. Albo ciekawość albo obojętność albo nietrafione teksty.
Mój mąż powiedział że należy powiedziec rodzinie, ale ja się pytam po co? Nikt w mojej ani w jego rodzinie nie doświadczył poronienia. Z drugiej strony moje dziwne teraz zachowanie, albo unikanie spotkań rodzinnych może byc xle odebrane. A chciałabym miec święty spokój przez jakis czas.
Na Wielkanoc mam chrzciny w mojej rodzinie. Też mi się trafiło.
Moim zdaniem to zależy tylko od Ciebie. Jeżlei chcesz, aby rodzina wiedziała o Waszym Aniołku, jeżeli czujesz taką potzrebę to im powiedz. Może nie teraz, może jak troche dojdziesz do siebie i będziesz na tyle silna, aby móc o tym mówić. Ja straciłam synka w 24 tc i rodzina wiedziała o ciąży, więc trzeba było powiedzieć też, że Dawidek nie żyje - koszmar totalny!!! Dziś mija dokładnie 3 tygodnie od jego śmierci, a ja mam wrażenie, że to stało się wczoraj...Nie potrafię jeszcze mówić o tym, a gdy już czuję taką potrzebę i chcę z kimś pogadać i sobie popłakać to mogę liczyć tylko na mojego męża - cudownego, ciepłego, cierpliwego, wyrozumiałego...Ostatnio chciałam pogadać z bratową o moim Dawidku. Gdy tylko zaczęłam ten temat ona go natychmiast zmieniła. Stweirdziłam, że to nie ma sensu. Ludzie nie chcą słuchać złych wiadomości, nie wiedzą jak się zachować. A czasami tak nie wiele trzeba, aby słowem dodać komuś otuchy. Ale nie wszyscy to wiedzą i większość nie zareaguje tak, jakbyśmy chciały. Zatem jeżeli czujesz się na siłach to znosić to powiedz rodzinie, jeżeli nie, to nie mów. Pzrecież Wasz Aniołek na zawsze pozostanie w Waszych sercach i to się tak naprawdę liczy. Życzę Ci dużo siły, bo wiem jak jest potzrebna i zrozumienia. Ściskam mocno i zapalam światełko dla Twoich Aniołeczków[*][*]
A jeżeli chodzi o znajomych to u nas wygląda to tak, że od czasu śmierci naszego Maluszka nikt do nas nie dzwoni, nie pisze sms-ów, nie przyjeżdża, nie zaprasza do siebie...Tak wielka pustka.
dorotko bardzo ci współczuję stratry DAwidka. ja własnie kiedy straciłam bliźnięta w 19tc przezywałam ciszę....ludzie nie wiedzieli co powiedzieć, moja siostra kategorycznie zabroniła mi wspominania o zmarłych dzieciach bo to takie przygnebiające.
Siedziałam sama w domu i niewiele miałam kontaktu ze światem przez parę mcy. Teraz juz wiem, że tak nie chcę. Niektórzy wiedzą o stracie, bo musiałam w pracy znaleźć zastepstwo. Znajmomym no cóż, zależy jakich ma się znajomych. Jednym powiedziałam, drugim nie widzę potrzeby.
Teraz rzeczywiście widzę sens odczekania jeśli chodzi o rodzinę. Przyjdzie taki moment że będę chciała powiedzieć to powiem. Tamta moja strata rozwaliła całą relację rodzinną. Także teraz już nawet nic nikomu nie popsuje, ani świąt, ani innego czasu. To jest mój ból, to ja płaczę i ja sama zadecyduje co i kiedy mam zrobić. A że od zabiegu nie minął nawet tydzień to musze odczekać.
Zuza kochana o śmierci Kamilka wie działali tylko moi najbliżsi znajomi i rodzina ja powiedziałabym rodzinie o tej tragedii ale wszystko od ciebie zależy kochana
Zuza nie jesteś sama z tym bólem - ja też tak myślałam, że to tylko ja cierpię, ja muszę sobie z tym poradzić itd. Nic nie muszę i koniec kropka, a sama nie jesteś bi masz nas - wiem, że to nie to samo co rodzina, ale ja właśnie tutaj znalazłam większe zrozumienie niż w rodzinie. Strata dziecka to temat tabu, tylko z mężem rozmawiam na ten temat. Pewnie dlatego, że nikt inny nie chce, albo nie umie na ten temat rozmawiać. Ja synka zawsze będę miała w sercu i dlatego zawsze będzie bardzo blisko mnie i tak naprawdę to się liczy, a nie to czy ktoś o tym wie czy nie. Chociaż chyba lepiej na sercu jak ludzie wiedzą, a może i nie...Bo jeżeli mamy słuchać głupich tekstów typu: \"Nic się nie stało, przecież masz córkę, masz dla kogo żyć\", albo \"Nie martw się, jeszcze kiedyś może będziesz miała dzieci, nie załamuj się\" to może jednak lepiej nie mówić o naszej TRAGEDII!!! Bo dla nas to jest tragedia bez względu na to ile tygodni miała ciąża, czy jak duże było dziecko. Przecież to NASZE DZIECKO!!!
zgadzam się z dorotką dziewczyny wy jesteście dla mnie jak rodzina
Ja chyba nie rzucałabym pereł przed wieprze. Skoro po śmierci Stasia i Ignasia spotkałaś się z ciszą i obojętnością, po co masz jeszcze raz przeżywać zetknięcie z murem niezrozumienia i braku współczucia? Dobrze, że przeżywacie tę stratę razem z mężem, to najważniejsze.
Podejrzewam, że prędzej ktoś z Twojej rodziny lub znajomych doświadczy kiedyś wsparcia od Ciebie, Zuza, bo Ty wiesz, co to jest cierpienie.
Ja np. teraz z marcu po poronieniu mojej siostry prosiłam o modlitwę tylko te osoby, których byłam pewna, że zrozumieją i zechcą pomóc w miarę swoich możliwości - telefonem, mailem, smsem, radą. Nie umiałabym spokojnie przyjąć braku empatii wobec mojej siostry.
dziekuję dziewczyny że odpisujecie. Problem może banalny, ale cieszę się że piszecie.
Poprzednia moja strata nauczyła mnie skrytości, pewnego zamkniecia się na najblizszych.
Przez te ostatnie lata od 2007 roku przyszła w mojej rodzinie 5 dzieci na świat.
Moje rodzenstwo i rodzeństwo mojego męża, mamy w sumie 11 siostrzeńców i bratanków. To tylko najbliższa rodzina. Nie bardzo o czym mam z nimi rozmawiac na spotkaniach rodzinnych bo moje dzieci nie biegają wokół stołu, nie hałasują, nie płaczą itd. W jakis sposób czuję się wyalienowana. Bo pewne sprawy mnie nie dotyczą. Dzisiaj mi smutno i chyba najnormalniej w świecie boję sie konfrontacji z własną rodziną i z 11 siostrzeńcami...... A czy to, że powiem o nowej stracie zmniejszy mój ból?
Ja obecnie nie mogę patrzeć na kobiety w ciąży albo małe dzieci w wózkach, bo od razu jedna myśl w głowie powstaje - ja nie będę miała takiego brzuszka, nie będę miała Dawidka tutaj, na ziemi. To starsznie boli, starsznie...Może kiedyś będzie bolało mniej, może nauczę się z tym żyć...Ja jestem w troche innej sytuacji bo mam 21 miesięczną córeczkę. I każdego dnia dziękuję Bogu że ją mam, bo dzięi niej życie znów nabiera sensu. Serce wciąż boli i pewnie będzie bolało zawsze, ale mam nadzieję że dzięki Wam dziewczyny znajdę siłę aby nauczyć się żyć z moją stratą...
Zuza ja osobiście bym nie mówiła, przynajmniej nie teraz, po co przysparzać sobie cierpienia. Doświadczenie jakie niestety mamy dobitnie pokazują, że nawet,a może przede wszystkim najbliżsi nie potrafią zrozumieć i ranią najbardziej. Po co narażać się na sytuacje w której zwierzasz się ze straty dziecka, a w zamian słyszysz \'daj spokój, psujesz nastrój\'...
Rozumiem chęć podzielenia się, przytulenia i wypłakania, ale obawiam się, że możesz tego nie dostać...może lepiej odczekać, aż rana przyschnie, przygotować się się jakoś, opancerzyć i nie dać się zranić. Choć pewnie im dłużej się będzie czekało tym będzie trudniej.
ja tez sie zgadzam, ze to zalezy od ciebie.
nie da sie rozgraniczyc, ze do tego tygodnia to nie mowimy a od tego juz mozna.
ja stracilam maluszka w 10tc i nie potrafie nawet wytlumaczyc nikomu jak bardzo tesknie, jak bardzo to boli.
chociaz wsrod znajomych i rodziny panuje opinia, ze NASTEPNYM RAZEM, i w ogole to DOBRZE, ZE JAK SIE MUSIALO TAK STAC TO CHOCIAZ STALO SIE TAK WCZESNIE bo pozniej by bylo jeszcze gorzej...
a ja wcale nie uwazam, ze bardziej czy mniej boli.
kochalam mojego dzidziusia od poczatku i zawsze juz bede go kochac.
chociaz moze faktycznie, jakbym juz go miala i przytulala to rozstanie jeszcze bardziej by bolalo?
nie wiem.
wiem, ze staram sie zyc \'normalnie\' ale lapie sie na tym (coraz czesciej), ze przykro mi bo nikt nie wspomina, nikt nie zapyta... jakby sie nic nie stalo
Zuza, moja najmłodsza siostra Tysia ma podobną sytuację rodzinną do Ciebie, albo jeszcze trudniejszą. Ja urodziłam piątkę dzieci, nasza średnia siostra czworo. W tym roku będzie Chrzest mojego synka i siostry oraz Komunia jej i mojej córki - obydwie to chrześnice Tysi. Jej mąż ma piątkę rodzeństwa, wszyscy mają dzieci, niektórzy już wnuki.
My bardzo przeżywamy poronienie Tysi, zrobiłybyśmy wszystko, żeby jej pomóc, nasze dzieci od początku modliły się za dzidziusia. Cały czas mamy ją w głowie. Ale jej i tak straszliwie trudno znosić ten kontrast - u nas Chrzty i Komunie, u niej - Msza pogrzebowa. I co można poradzić?
Ja mam dla Ciebie wielkie ciepło w swoim sercu za to, co napisałaś Tysi o relacjach z mężem, o wstrzymaniu się z decyzjami, o przeczekaniu tego czasu utrapienia. Jesteś bardzo mądrą kobietą.
Jeśli naprawdę chcesz powiedzieć o tym rodzinie to najlepiej poczekać aż będziesz gotowa na takie rozmowy. Tym bardziej, że poprzednim razem Cie zawiedli. Mam podobną sytuację. Po pierwszym poronieniu moja rodzina zachowała się beznadziejnie, nie umieli mnie zrozumieć, ale wtedy nie miałam jak tego ukryć - mieszkamy w domu razem z teściami i nie ukryłabym tygodniowego pobytu w szpitalu... Jeszcze moja rodzina przyjechała do mnie do szpitala, mimo iż nie życzyłam sobie tego, bo wiedziałam jak to się skończy. Akurat tak się trafiło, że byli u mnie w szpitalu przed samym zabiegiem i tylko niepotrzebnie mnie zdenerwowali. Od tamtej chwili ciągle ktoś dzwoni i się pyta kiedy będziemy starać się o następne dziecko, masakra, nawet nie wiedzą jak to boli... O drugim poronieniu nie wie nikt, obyło się bez szpitala, i nie zamierzam o nim nikomu mówić. Największe wsparcie mam w moim mężu, on jest cudowny, mam takie wrażenie, że zawsze wie co mi powiedzieć i od razu jest mi lepiej. Poza tym wiem, że zawsze mogę pogadać z bratową męża - ona też jest po podwójnej stracie, co prawda ma też dwójkę ziemskich dzieciaczków, ale jest świadoma czym jest strata. Rozmowy z nią bardzo mi pomagają. Może też uda Ci się znaleźć w rodzinie taką jedną osobę która Cię zrozumie? Powodzenia zuza
Zuza mi się wydaje że to wszystko zależy od Twoich uczuć i kontaktów z rodziną. Jeśli potraktują to nie jako nieszczęście tylko jako Waszą porażkę to nie ma sensu. Ja pragnęłam mówić o Gabrysiu. Chciałam żeby wszyscy o Nim wiedzieli, bo przecież był.. przecież zawsze będzie moim dzieckiem. Nadal chętnie o tym mówię i zawsze \"się przyznaję\" nawet przed dalszymi znajomymi albo nowo poznanymi osobami, kiedy schodzi rozmowa na temat dzieci i ktoś pyta czy jestem mamą.. Też mam rodzinę (ze strony męża) która wiem dobrze potraktowałaby to właśnie jak porażkę i sensację że znowu im się nie udało.. i wydaje mi się, że gdybym teraz straciła kolejną ciążę i to wczesną (w sensie taką o której nikt jeszcze nie wiedział, choć przecież nie mniej ważną) to bym im raczej nie mówiła. Zresztą wiem że o ciąży dowiedzą się jak najpóźniej.. Na szczęście mam rodzinę która cieszy się naszym szczęściem, a w chwilach smutku płacze razem z nami i im pewnie bym powiedziała..
Ja mówiłam. Nie każdemu i nie przy każdej okazji, ale nie robiłam z tego żadnej tajemnicy.

O ciąży nie wiedział nikt, za krótko trwała, nie zdążyłam (ale i nie spieszyłam się za bardzo, bo \"po co zapeszać\"...). O poronieniu wiedziały tylko szefowe i kadry kiedy poszłam na urlop. Ale po powrocie mówiłam już o tym normalnie, bez przyklejania sobie informacji na czole i machania transparentem, ale i bez ukrywania i tajniaczenia się. W efekcie część wie, część nie. Reakcje różne, od głupiej historyjki w ramach pocieszenia, przez lekkie zainteresowanie i współczucie, do dzielenia się swoimi doświadczeniami w tej dziedzinie.
Podobnie w rodzinie, jedni wiedzą a inni nie. Nawet nie dlatego że celowo ukrywam, tylko akurat się nie zgadało.
Ja natomiast teraz nie powiedziałam prawie nikomu, z rodziny wie tylko mój brat i naprawde nie mam ochoty powiedziec mojej mamie Sad Zwłaszcza, że jej idiotyczne teksty typu \"Bóg tak chciał\", \"Moze Bóg nie chce żebyście mieli dzieci\" już mnie dobijają i co mi powie tym razem? Pocieszy mnie niby? Ha! Ciekawe jak? Rozumiem Zuza Twoje wątpliwości, bo skoro rodziny nie ruszył fakt tego, że dzieciaczki umarły w 19 tygodniu to nie wiem czy ich wzruszy 6/9 tydzień. Przepraszam, że to napisałam,ale ja sama to odczuwam na każdym kroku. I właściwie wole, żeby nikt nie wiedział, żeby nie patrzył na mnie w ten swój współczujący sposób.. Ale jest też druga strona.. Nikt inny nie bedzie wiedział, że to dzieciątko było.. ze zyło.. krótko bo krótko ale jednak... Eh trudne to wszystko..Sad
Zgadzam się z Wiolczyk, trudne to wszystko, ja też bym nie powiedziała, z jednej strony z takich względów żebym nie słyszała z niektórych stron glupich tekstow i mówie mi ile ma trwac moja żałoba, a z drugiej strony by ci którzy tak bardzo się przejęli żeby tym razem nie cierpieli, chciałabym im tego zaoszczędzić. Dziwne to wszystko.
Ja mówiłam i nadal często mówię nawet obcym ludziom, że mam pięcioro dzieci. Albo, że idę na cmentarz do dzieci.
I to nie chodzi o to, żeby innni wiedzieli/pamiętali (nadal mi cała rodzina wmawia, że mam jednego syna, a mi się już nie chce tego prostować :roll: ). Ale o to, że jak myślę \"dzieci\" albo \"rodzina\" to Olka i Dominik są częścią tych myśli, są po prostu częscią naszej rodziny i nie widzę powodu, by o nich nie wspominać. Mówię o moich dzieciach, bo są moimi dziećmi. I nie zastanawiam się jaka będzie reakcja innych.

A czy to nie powinna być decyzja Wasza wspólna, z mężem?
Cytat:[autor cytatu=Malgosia]
Ale o to, że jak myślę \"dzieci\" albo \"rodzina\" to Olka i Dominik są częścią tych myśli, są po prostu częscią naszej rodziny i nie widzę powodu, by o nich nie wspominać. Mówię o moich dzieciach, bo są moimi dziećmi. I nie zastanawiam się jaka będzie reakcja innych.

Zgadzam się w 100%, dokładnie tak do tego podchodzę. Wręcz głupio byłoby mi odpowiedzieć na pytanie o posiadanie dzieci \"nie\" bo czułabym się jakbym się swojego dziecka wyparła, albo chciała kogoś oszukać..
Tak, ale z drugiej strony znajomi i rodzina Zuzy nie będą zapewne takiego pytania zadawać. A po co ma ich sama informować, narażając się na słowa, które bynajmniej jej nie pomogą, ale rozdrażnią, zasmucą. Albo na to, że wiadomość o maluszku zostanie zignorowana. Jeśli nie będą wiedzieli, Zuza nie będzie musiała mieć do nich żalu, że niewłaściwie reagują, bo nie zostaną wtajemniczeni.
O naszym dzidziusiu wiedziała tylko najbliższa rodzina, ci, którzy płakali razem z nami, nasza wspólnota. A i tak nigdy nie zapomnę, jak jedna z sióstr mojego męża przyszła mnie odwiedzić w szpitalu (akurat dwa dni po poronieniu miałam imieniny :-( i stwierdziła, że dobrze to zniosłam, bo trafiła na moment, w którym nie płakałam.
W pochówku uczestniczyliśmy my - rodzice, śpiąca w wózku starsza siostrzyczka dzidzi i ksiądz, który zresztą przeżył wcześniej śmierć swojej siostrzenicy; było to dzieciątko bezczaszkowe. Bo to był nasz aniołek. Nie chciałabym, żeby ktoś w takiej chwili na nas patrzył.