Poronienie - Forum

Pełna wersja: Za czyje grzechy??
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2
Proszę księdza nasz synek zmarł 42tc.Był zdrowy a jednak Bóg zabrał go do Siebie.
Paiętam jak mój mąż krzyczał czy to za jego grzechy nasze dziecko musiało odejść??
Jestem z Wami smutny. Pytanie jak zawsze stawiane sobie, w którym szukamy odpowiedzi dlaczego i czy to nie z mojej winy. Odpowiedź jak zawsze nie wiemy dlaczego tak się stało, ale pewne jest, że nie za grzechy rodziców. Jestem z Wami.
Basiu,

smierc dziecka nie jest za kare - ani za Wasze grzechy, ani Waszego synka, ani nikogo innego.

Dla mnie smierc moich dzieci to stawanie przed Tajemnica. Im bardziej w nia wchodze, to paradoksalnie, wiecej wiem i rozumiem, a jednoczesnie wiem mniej i mniej rozumiem. Robie kolejny krok... i otwieraja sie nowe horyzonty w poznaniu tego, co przyniosly mi poronienia.

Wierze z calego serca, ze Bog nie chce smierci. Dlatego zeslal swojego Syna, aby smierc zwyciezyl obdarzajac zyciem na wieki.
Przed Wami duzo jeszcze trudnych chwil, wiele pytan, na ktore tutaj nie znajdziemy odpowiedzi.

To pytanie \'kto zgrzeszyl?\' na widok cudzego cierpienia bylo mocno zakorzenione w apostolach, wlasnie o to pytali Jezusa, gdy spotkal niewidomego mlodzienca. To myslenie, niestety, jest obecne i dzis.

Chcemy uporzadkowanego swiata, dlatego szukamy przyczyn - tych medycznych czy religijnych - zapominajac, ze ten swiat byl uporzadkowany, ale przez zawisc diabla porzadek sie skonczyl, dlatego dzis podlegamy smierci. Smierci nie da sie po ludzku \'uporzadkowac\'.

Duzo, duzo sil w przechodzeniu przez Wasze ciemne doliny...
Monika
ON jest Panem życia i śmierci.... więc gdzie tu sens stwierdzenia: on nie chce śmierci?? Nie chce duchowej, ale fizyczna jest i zawsze będzie i straszliwie mnie irytuje usprawiedliwianie Boga, on nie potrzebuje adwokatów! Nie wiem czy za grzechy, ale fakt faktem nasze dzieci odeszły. |Rozumiem Twój ból, nawet nie wiesz jak bardzo. Ja czułam się po śmierci małego oszukana przez los. Nie po poronieniu, tylko właśnie wtedy gdy szczęście było już praktycznie w naszych rękach. Rozumiem krzyk Twój i męża, bo do dziś tak krzyczę..... Ja nie widzę w tej śmierci sensu, żadnego! Wniosła ona więcej zła niż dobra w nasze życie.... Nie przekonują mnie bibilijne tezy bo nijak się mają do mojej dzisiejszej rzeczywistości. Mam wrażenie, ze z każdym dniem im dłużej tu jestem, tym bardziej Bóg staje się karykatura Boga a nie prawdziwym jego obrazem....
Życzę CI jednego: by ten krzyk kiedyś uzyskał sensowną odpowiedz. Nie za czyje grzechy, ale po co i dlaczego.....
Ja wiem, że wtedy odzyskałabym wewnętrzny spokój.
Bóg jest dobry prawda?
To dlaczego tyle matek traci swoje dzeciątka?
Od tamtej pory nie byliśmy z mężem w kościele kiedy mu mówię żebyśmy poszli On odpowiada że nie ma po co tam iść.
Basiu,

sytuacje ekstremalne - a taka jest smierc dziecka - sprawiaja czesto, ze pojawiaja sie w nas pytania, ktorych na co dzien z rzadka sobie zdajemy.

Pisze o swoim wlasnym doswiadczeniu majac swiadomosc, ze droga kazdego czlowieka jest inna.

Po pierwszym poronieniu wydawalo mi sie, ze za chwile moj swiat wroci do normy. Ze jeszcze moment, a normalnie bede sie usmiechac. Jakims darem od Boga byl moment, gdy po lyzeczkowaniu (narkozie) przebudzilam sie na szpitalnym korytarzu. Chwila, gdy Bog byl doslownie na wyciagniecie reki, ze swiadomoscia, ze On nie jest winny temu, co sie dzieje, ze niejako w tym momecie placze razem ze mna i nade mna. Potem byly tygodnie, gdy usilnie staralam sie zachowywac tak, jak oczekiwalo tego ode mnie otoczenie, isc do przodu, nie patrzec w tyl, nie zyc tym, co mialo byc. Kolejna ciaza, znow radosc, nadzieja, wrecz pewnosc, ze tym razem bedzie dobrze. Wyrok.
To po nim wiedzialam, ze moj swiat do normy juz nie wroci.
Pojawialy sie pytania o Boga w tym wszystkim - przeciez Bog jest dobry, jest miloscia, mial chronic... Jest Zyciem, dlaczego wiec smierc? Znajomi zarzucali mnie roznymi poboznymi wytlumaczeniami, ktore wzbudzaly tylko sprzeciw. W swiadomosci wracalo jak bumerang tamto doswiadczenie ze szpitalnego korytarza. Slowa 23 psalmu, \"gdybym chodzil ciemna dolina, zla sie nie ulekne, bo Ty jestes ze mna\", stawaly sie rzeczywistoscia.
Smierc dziecka, dzieci to chodzenie ciemnymi dolinami, to atakowanie przez Zlego, to jakies zycie na krawedzi.
Wierze w to, ze ten swiat na poczatku byl dobry. Ze wszystko, co Bog stworzyl, czym sie cieszyl bylo piekne i dobre. Ze to zlo, ktore weszlo przez szatana na poczatku, zburzylo ten porzadek. I tego chaosu doswiadczamy nieustannie - poprzez tragedie, cierpienie, choroby, smierc.
Nie wiem, jaka jest rola Pana Boga. To, co wiem, to malenki ulamek tego, co bede wiedziec po smierci, bo wtedy dopiero zobacze rzeczy takimi, jakimi sa. Do konca.
Wiem, ze Bog uratowal moje dzieci od smierci wiecznej - i w tym doswiadczam Jego dobroci.
Wiem, ze On sam nie oszczedzil wlasnego Syna, aby zbawic kazdego czlowieka.
Wiem, ze Maryja, Matka Bolesna, patrzyla na smierc swojego Dziecka - i rozumie dobrze moje serce po smierci dzieci, moje pytania, moj krzyk...
Wiem, jaka pomoca stala sie Komunia swieta po poronieniach - choc byly chwile, gdy mnie \'wymiatalo\' z kosciola. To jest dla mnie taki moment, gdy niebo styka sie z ziemia i to wtedy jestem najblizej moich dzieci. Wierze, ze maja one specjalne miejsce w sercu Boga.

Czasami mam wrazenie, ze najwiekszym sukcesem Zlego jest to, ze ludzie przestali wierzyc w jego istnienie i ze obarczyli Boga wina za cale zlo, ktorego doswiadczamy tutaj.

Dla mnie smierc dzieci, moich dzieci, to Tajemnica, ktora mimo uplywu lat nadal odkrywam.

Duzo sil.
(*)(*)(*) dla Twojego synka.

Monika
Trafnie to ujęłaś wuchowa w ostatnich zdaniach, że \"Czasami mam wrazenie, ze najwiekszym sukcesem Zlego jest to, ze ludzie przestali wierzyc w jego istnienie i ze obarczyli Boga wina za cale zlo, ktorego doswiadczamy tutaj.\"

Po odejściu Igorka wiedziałam, że nie mogę pytać \"dlaczego?\", bo tak naprawdę nie ma odpowiedzi, która by mogła usatysfakcjonować mnie jako matki. I ten brak pełnej odpowiedzi tzn. oczekiwanie na to, aby była ona pewna, jest zgubą. Tak przynajmniej ja uważam, bo wiem że Blady tzn. Zły będzie podpowiadał wszelkie wątpliwości, aby osłabić każdą \"pewność\". Nie pytałam. Szukałam i tego właśnie nauczyłam się dzięki poronieniu... szukania dobrych rzeczy w tym, co niestety zewnętrznie jest przykre.
Pan Bóg jest w dobrym więc tego szukałam. I zawsze znajduję to dobro.
Igorek dał mi tęsknotę i pragnienie Życia Wiecznego, bo wiem że Iguś tam na nas czeka. Igor nie jest dla mnie stratą. Jest zyskiem. Jestem mamą aniołka i może komuś to wydawać się głupie czuję się wyróżniona. Nie w znaczeniu, że mogę być cierpiętnicą, męczennicą. Łatwiej mi rozmawiać z kimś kto stał się aniołkowym tatą lub mamą. Pan Bóg dał mi łaskę otwartości, bo otworzył przede mną świat, którego dotąd nawet nie widziałam. Teraz widzę.
To tyle...
Nikto... Dziękuję Ci.
Cytat:[autor cytatu=Barbara28]
Bóg jest dobry prawda?
To dlaczego tyle matek traci swoje dzeciątka?
...nie zabraniajcie dzieciom przychodzić do mnie...te słowa mam ciągle w gowie jet to fragment czytania jakie ksiądz nam czytał na pogrzebie naszego Mikołajka i ja wiem ze mój synek jest szcześliwy że kiedyś sie spotkamy ja wieżę że synek mój był potrzebny tam na górze że został wybrany tylko czasem jeszcze wraca to pytanie dlaczego bo serce boli a z nikąd odpowiedzi nie słychać
A ja zapamiętalam tylko tyle (...)na świecie tyle się złego dzieje że Bóg potrzebuje dużo aniołków.
Ten fragment mi utkwil.
Basiu,

szkoda, ze ksiadz tego zdania nie rozwinal.
Bo dla mnie, teologicznie, to zdanie jest mocno naciagane czy nieprawdziwe. To raz. Dwa - smierc nie przeistacza dziecka w aniola, jest to po prostu jakis zwrot w naszym jezyku, tym potocznym. W teologii - ani aniol nie oznacza zmarlego dziecka, ani zmarle dziecko nie staje sie aniolem. (Mowie o teologii Kosciola Katolickiego.)

Niebezpieczenstwo tego zdania - dla mnie - jest takie, ze to Boga zacznie sie winic za cale zlo, ktore niesie smierc.

Pewnie, ze mozna sie silic na jakies mniej badz bardziej sensowne uzasadnienie smierci dziecka i roli Pana Boga w tym, ale... duzo sensowniej jest powiedziec:
- nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, nie wiemy dlaczego tak sie stalo
- jako ksiadz, jestem w tym trudnym momencie z wami i wspieram was swoja modlitwa
- Pan Bog jest blisko tych, co sa zlamani cierpieniem.

Basiu, pamietam w modlitwie.
Monika
Wydaję mi się że może lepiej nam żyć ze swiadomością iż nasze dzieci są aniołkami.
\" Wziołeś co dałeś Twoje było Boże
Z żalem i spokojem znosimy to w pokorze\"
A to zdanie??
Nie widzę w nim sensu...
Po co Bóg zabiera to co najpierw sam dał???
A nam właśnie ksiądz powiedział że nasz Mikołajek jest aniołkiem tak więc juz nie rozumiem inny ksiądz powiedział że zmarłe dzieci stają się Świętymi gdyz nie mają żadnego grzechu tak więc kto nie ma racji ja wierzę że moje dzieci są aniołkami a skoro aniołkami to i świetymi blisko naszego Pana
Cytat:[autor cytatu=Barbara28]
\" Wziołeś co dałeś Twoje było Boże
Z żalem i spokojem znosimy to w pokorze\"
A to zdanie??
Nie widzę w nim sensu...
Po co Bóg zabiera to co najpierw sam dał???
Basiu bo tak toczy się świat nikt nie zna dnia ani godziny swojej śmierci wszystko co nas otacza i my sami należymy do Boga
bardzo często po śmierci Marysi zadaję sobie pytanie dlaczego....
do tej pory jej nie znalazłam i pewnie wogóle nie znajdę odpowiedzi...przychodzą mi jednak w myślach różne słowa pociechy,otuchy w tych trudnych nie zrozumiałych chwilach ,,nie bójcie się postawić na Chrystusa,wymagajcie od siebie nawet gdyby inni od was nie wymagali,tylko Chrystus wie co kryje się w sercu człowieka,nie lękajcie się.jeżeli miłość najprostsza w prostocie a pragnienie najprostsze w tęsknocie więc nie dziw się że zechciał Bóg aby najprostsi go przyjęli,ci co dusze mają z bieli,a dla miłości własnej nie mają słów.....aż tak daleko zaszedł Bóg i zatrzymał się o krok od nicości tak blisko naszych oczu......W chwilach zwątpienia słowa JPII i Jego przykład życia są jakby balsamem ,który uspokaja daje nie tylko nadzieje ,ale pewność że nasze dzieci są w najlepszym miejcu blisko Boga i czekają na swoich bliskich,że wszystko co złe,smutne i trudne kiedyś minie,że cierpienie ma sens.To właśnie JPII pokazał mi nie tyle słowami co własnym cierpieniem że był blisko nas tak jak Jezus jest blisko nas w naszych trudach,cierpieniach, był podobny do nas we wszystkim ...błogosławieni, którzy się smucą albowiem oni będą pocieszeni...
Moja wiedza jest taka, że nasze dzieci nie stają się aniołami. Anioły to zupełnie inne byty. My również po śmierci nie staniemy się aniołami - mam nadzieję, że będziemy świętymi, ale nadal będziemy sobą (w sensie duchowym).
Nasze dzieci zostały powołane do bycia ludźmi i w chwili poczęcia otrzymały nieśmiertelną duszę, która żyje nadal (ja w to wierzę).

Moim zdaniem, niestety nie wszystkie anioły oglądają chwałę Pana, są również te które zostały strącone- jednym z nich jest Szatan.

Nasze nazywanie dzieci aniołkami, dotyczy jednak, raczej naszych barokowych wyobrażeń aniołów.
Barbaro,
złośc na Boga, na świat, na wszystkich wokół jest zupełnie naturalna w żałobie. Śmierć dziecka to wydarzenie, które zabiera nam poczucie sensu, ładu, jakiejś logiki świata.


Ja nie nazywam moich dzieci aniołkami, bo anioły nie mają ciał, a moje dzieci jak najbardziej je miały. Ale takie rozważania teologiczne są tu najmniej istotne, najważniejsze jest serce matki.
Ściskam mocno
witajcie, listów do Boga napisałam w ciągu ostatniego roku wiele. Każdt zawierał pytanie dlaczego straciliśmy w jednym roku dwoje dzieci. W styczniu w 19 tg urodziłam dziewczynkę Martę a teraz w październiku chłopca Tomka. Każdy list, modlitwę zaczynałam pytaniem bez odpowiedzi dlaczego? pustka , ogromna pustka to jedyne co jest we mnie. Bół jaki mi towarzyzy od stycznia jest niedoopisania to okropne co nas i wielu innych ludzi spotkało. Wydaje się niezasadnym zadawanie pytania za czyje grzechy, ale w takiej sytuacji to jedyne co rozum podpowiada. O ile po pierwszej stracie jakoś udało mi się doprowadzić samą siebie do ładu o tyle teraz nie umiem. Nie umiem pożegać się z moim dzieckiem, nie wiem już jak, tym razem to po prostu nie działa. Chozę po domu i ryczę i wiem, żę staje się nieznośna. Ból potęguje fakt, że patrzę na zdrowego uśmiechniętego syna mojego partnera, którego wychowujemy i patrzę jak oni się razem bawią i jak mój partner buduje swój autorytet u syna. A ja ... cóz wieczna ciocia nidgy matka. \"Ostatnio znalazłam skarpetki, które kupiłam dla jak byłam z Martą w ciąży. Takie słodkie biedroneczki z grzechotkami...tylko ja nie mam komu ich dać, założyć. Mó partner jest na dobrej drodze, syn niedługo pewnie drzewo i dom. A ja , na jakiej drodze do czego ja jestem...? Czy jestem komuś do czegoś potrzebna - taka niepełnowartościowa kobieta, niby może zajść w ciążę ale nie może urodzić. Wiem pytania bez odpowiedzi. dobijającym mnie jest fakt, że dla mojego partnera zawsze będę tą drugą - choć tego nidy nie mówi. Ta Pierwsza zostawiła po sobie syna. \\A ja wciąż codziennie zadaję pytanie dlaczego mnie tak Bóg potraktował. Straciłam wiarę, nie mogę chodzić do kościoła bo ból jaki wtedy czuje jest straszny i płaczę, muszę wychodzić. nie mam siły tak żyć. Boże proszę pomóż.
Droga Ilko,
oczywiście, że jesteś potrzebna!I z pewnością są Osoby, dla których Twoje życie ma ogromną wartość...
Obiecuję modlitwę w Twojej intencji.
Dużo sił.
(*) (*)
Kochana Ilko co ci mam napisać wiem że to bardzo trudne żyć po takiej stracie ja również straciłam dwójkę dzieci w ciągu 5 miesięcy i wiem że ciężko jest, też wmawiałam sobie że jestem niepełnowartościowa też bez problemu zachodziłam w ciążę ale z donoszeniem było gorzej też nie mogłam wejść do kościoła nie tyle że miałam pretensje do Boga ale raczej do księży nie bardzo wiem teraz dlaczego akurat do nich ale tak akurat było może dlatego że nikt nie podał mi wtedy tzw pomocnej dłoni może nie powiedział dobrego słowa nie wiem, pamiętaj tu na forum nie jesteś sama znajdziesz tu wsparcie a po jakimś czasie nauczysz się z tym cierpieniem żyć a jeśli chodzi o dziecko napewno doczekasz się musisz się tylko niepoddawać a twoje aniołki będą czuwać nad kolejną ciążą i nie pozwolą żeby coś złego stało się twojej następnej pociesze. Trzymaj się i nie poddawaj byłaś, jesteś i zawsze będziesz pełnowartościową kobietą a dzieci umierają nie z twojej winy tak poprostu było im pisane (przynajmniej ja sobie tak tłumacze żeby nie zwariować), będę się za ciebie modlić
zapalam znicz dla twoich aniołków (*)(*)(*)
To co się stało a właściwie przyczyna jest dla mnie niezrozumiała. Nie umiem sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć. To boli, bardzo boli, z resztą same wiecie jak kobieta może czuć się w takiej sytuacji. Mnie ta sytuacja już przerosła. To już jest ponad moje siły. Męczy mnie codzienne robienie dobrej miny do złej gry i udawanie, że wszystko jest ok.
Bo nie jest !! na hasło kościół reaguję alergicznie. Nie wiem czym to jest spowodowane ale mam wielki żal do Boga, że w takim cierpieniu pozostawił nas matki - same. Same w cierpieniu, które niszczy i dusze i nie pozwala zagoić się ciału. Jak cierpi dusza to i ciało niedomaga.
Ostatnio oprócz skarpetek z biedroneczkami, które są słodkie źle działa na mnie widok małych dzieci a w sklepach trafia mnie jak widzę ubranka i wtedy tak przykro, że aż mnie zatyka w gardle a łzy same cisną się do oczu. Nie raz już w swoim życiu na wskutek zdarzeń losu przesuwałam tą granicę swojej wytrzymałości ale już nie mam siły wstawać rano bo wciąż zadaję sobie pytanie gdy budzik dzwoni – po co, dla kogo? Wiem, to głupio zabrzmi ale naprawdę nie wiem po co ani dla kogo. Mój partner zajmuje się synem a ja… staram się ale nie umiem się zmusić. To dziecko, które wymaga dużego zainteresowania i dyscypliny. Jest trochę rozpuszczony i wymaga silnej ręki, kiedy zwracam na to uwagę napotykam na ścianę. Wiem to jego syn ale skoro chce żebym pomogła mu w wychowaniu to tym bardziej boli, mówił „zobaczymy jak będziesz nasze wychowywać”. Na pewno nie tak jak jego syn był chowany, rozpuszczony bez dyscypliny. Sama wiara i ciągle siedzenie w kościele ani nie wychowają ani nie zdyscyplinują dziecka do prawidłowego zachowywania. Tu trzeba zdrowego rozsądku i bycia krytycznym nawet wobec swojego ukochanego dziecka.
Mój partner nieraz mówił, że Bóg zakpił sobie z niego i zabrał mu żonę. Ja mu powtarzam że zabrał żonę ale zostawił mu syna.
Ja nie miałam tyle szczęścia. Straciłam dwie cząstki samej siebie. Patrzę jak codziennie umiera mała cząstka mnie. Nieraz już pisałam listy na pożegnanie. Mam ich całe sterty. Tylko że one nic nie zmienią ani w niczym i nie pomogą. Po pierwszej ciąży dużo pisałam łatwiej mi było napisać niż powiedzieć. Pisałam do września a odkąd zaczęły się problemy …. Nie umiem już wyrazić ani słowem tego co czuję jak się czuje i w ogóle.
droga Ilko Bóg nie zostawił nas samych w tym cierpieniu dał nam to forum na którym niestety jest kilka tysięcy kobiet które straciły swoje pociechy ale rozumieją się na wzajem, wiedzą co każda przeżywa i jak tylko mogą pomagają sobie w tych trudnych chwilach gdy już brakuje sił, z czasem nauczysz się żyć z tym cierpieniem a teraz musisz żyć, ciężko będzie ale musisz żyć bo na ciebie też przyjdzie czas że będziesz miała swoje szczęście tu na ziemii ale teraz jest czas na cierpienie musisz to przeżyć żeby później móc w pełni cieszyć się macierzyństwem. Pamiętaj nie jesteś sama... Trzymaj się
Droga Ilko, strasznie mi przykro...
Serce raz zranione bardzo bardzo boli, ale kiedy zostaje złamane po raz kolejny ból jest nie do opisania.
Kiedy czytam twoją historię mam wrażenie, że jesteś w tym wszystkim zupełnie sama. I mimo, że żyjecie razem (ty i partner) to jednak osobno. Tak jakby on miał swoje, a ty swoje życie. Przepraszam za pytanie, ale czy to nie były też jego dzieci? Bardzo ciężką macie sytuację i życzę wam, abyście wspierali siebie nawzajem w tych jakże trudnych dniach żałoby. A kobiecie jest tym bardziej trudno, kiedy nie czuje bliskości tej drugiej osoby.
Wiem, jak dławi to poczucie niedowartościowania, kiedy wszędzie, dookoła widzi się tylko kobiety w ciąży albo pchające wózek przed sobą.
Ja też na początku winiłam między innymi Boga. Bunt i sprzeciw wobec Boga jest również rozmową z nim. Wiele razy tak rozmawiałam starając się znaleźć odpowiedź na pytanie \"dlaczego\". Myślę, że wszelka forma rozmowy z Bogiem pomaga, choćby w małym stopniu. Nie chcę ci jednak doradzać, bo uważam, że każdy jest inny i to co mi pomaga nie musi być sposobem dobrym dla innych. Wiem natomiast jedno: sens życiu nadaje choćby poszukiwanie, ciągłe poszukiwanie, odpowiedzi na dręczące nas pytania, pomimo, że wydają się one bez odpowiedzi.
Przytulam cię mocno i dużo sił życzę.
Ilko,
myślę, że Ewi ma rację... Bóg nie zostawia nas samych z cierpieniem. On sam jest w nim obecny, a także pomaga nam przez innych ludzi...
Co do wytłumaczenia sobie dlaczego tak się stało...obawiam się, że to niewykonalne...Na niektóre pytania nie znajdziemy odpowiedzi i w niektórych wydarzeniach nie dostrzeżemy sensu...przynajmniej nie w tej chwili.
Ból nie zniknie, ale z czasem zmieni swoją postać.
Ufam, że jeszcze doczekasz się ziemskiego Maluszka!
Pamiętam o Tobie...
(*)
Stron: 1 2