Poronienie - Forum

Pełna wersja: takie tam :(
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
16 wrzesnia 2006r. kościół parafialny w jednej z malutkich polskich miejscowości. My we dwoje pełni ufności, nadziei na jutro, błagający Boga o błogosławieństwo, zakończyła się nasza 2,5 letnia zjaomosci. Walka o siebie o Boga między nami o czystośc. Składaliśmy przed ołtarzem Bogu i sobie wzajemnie, swoje czyste serca. Prosilismy o pobłogosławienie dzieckiem. Tak bardzo go pragneliśmy. Były potem zyczenia, malutkie wesele. Pierwsza noc wspólnie spędzona w jednym łózku, łzy radosci, ze wytrwaliśmy.....
Postanowienie, nie zmieniam pracy, bo nie mogłabym zajsc w ciąże, nie sprzedam dziecka za lepsze zarobki. Zostałam tam gdzie byłam,w niezbyt milej atmosferze, z dojazdami dalekimi, ale w pewnej stałej pracy. Koło 20 października, mdłosci i ból piersi dał mi znać, ze chyba sie udało. tulilismy sie i płakalismy. Będziemy rodzicami, modlitwa, modlitwa, modlitwa..... MImo,z ę czułam sie koszmarnie co niedziele szlismy do kościoła, przystepowalismy do komuni i prosilismy Boga by to co przyćmiewało nasza radosc okaząło się snem, koszmarnym snem. Towarzyszyła nam świadomosc proroctwa, z epierwsze dziecko sie nie urodzi. Że będzie to córka, która stracimy, i będzie to dla nas ostateczna próba.....
Modlitwy modlitwy modlitwy, nawet wizyta u lekarza i słowa: ciaża bliźniacza, ale niestety nieprawidłowo rozwijająca się , nie zachwiały naszej ufnosci.....
Male plamienie uswiadomiło nam jedno: moze być źle. wizyta u lekarza i wyrok. jedno dziecko juz nie istnieje..... albo zresorbowane, albo podczas krwawienia je poroniłam.....
było kilka dni po 1 listopada. 10 listopad kolejna wizyta i pierwsze łzy wzrószenia, na monitorze widac było serduszko.... biło, maleńkie delikatne, ale biło.......
Pamiętam uak goraco wtedy dziękowałam Bogu...... Stanie sie cud? wierzylismyw to bezgranicznie. KOlejna wizyta 8 grudzień.... 16 listopad plamienie, dzień póxniej wizyta u lekarza i slowa, których nie zapomne. brak akcji serca, kieruje pania na oddział, na wywolanie poronienia. Łzy rozpacz wściekłość...
20 listopada leżałam na sali sama jak palec, czułam jak płynie ze mnie strózka krwi chciałam krzyczec by ktoś to zatrzymał, by nie zabierali mi dziecka. dostałam leki uspokajające zasnełam. koło 14 poroniłam - pielegniarki dziwiły sie, ze tak szybko zareagowałam na leki. potem zabieg, którego ból cuzje do dziś....
wyszłam ze szpitala, płacz rozpacz.... przestałam wierzyc. nie wierze w to, ze istnieje Bóg. Jesli niestety musze wylądowac w kościele, jest wściekłosc i chęc rzucenia w ołtarz najlepiej kamieniem. Nienawidzę siebie, ze wierzyłam. Że zaufałam, do czego mnie to doprowadziło?
Znajomi się dziwia co się stało: ty nie wierzysz? Nie umiem i nie potrafię. nie chce juz wierzyć. Dla mnie to wsyztsko farsa. wierzylismy ufalismy , pragnelismy tego dziecka i modlilismy się o nie długo i co nas spotkało? jesli Bóg by istniał, nie dopuscił by do tego! Znikła dwójka dzieci, znikły nasz emarzenia pragnienia, został ból i pustka... maż milczy, nie zmusza mnie do niczego. modli sie sam...... chyab sie modli nie pytam, nie wnikam.
Lekarz odradził mi badania, kiedy kolejne dziekco? nie wiem, już nawet stosowanie antykoncepcji nie boli, choc nie chcielismy. Teraz nie widze sensu w npr, wole byc pewna, ze nie zajde w ciaże. po co?? wszelkie normy i zasady okazały sie idiotyzmem.....
Potępicie mnie teraz? Nie umime widziec Boga w tym świecie pełnym niesprawiedliwosci. czmeu w ciąze zachodza te, które nie chcą dziecka i albo je zabijaja, albo rodzą zdrowe i porzucaja..... my pragnelismy....
channach, przytulam Cię bardzo mocno (choć wirtualnie), tylko tyle chyba mogę zrobić...
jest bardzo trudno wytlumaczyc sobie dlaczego to wszystko sie stalo...trudno zrozumiec...nie powiem ci jak zyc...bo sama narazie nie umiem...nie powiem ci jak ulzyc w bolu...bo sama nie widze kresu swojej rozpaczy...powiem ci tylko...ze nie jestes sama...a to ze swiat,zycie, Bog nas doswiadcza wychodzi nam chyba na dobre...mi sie wydaje, ze to co mnie spotkalo...sprawilo, ze jestem innym czlowiekiem...wiele spraw musialam przemyslec...teraz swiat, malzenstwo, milosc...wszystko wyglada inaczej...wierze, ze i ty odnajdziesz to w sobie...wydaje mi sie, ze tak latwiej jest dalej zyc...a bol...bol nigdy nie zniknie...stanie sie nasza czescia...tak jak i tesknota za dzieckiem, ktore jest gdzies daleko...

pozdrawiam cie i zycze sil...
channach nie potepie - zrozumiem . ja nie umiem isc do kosciola nie umiem sie modlic zdretwialam na wiare

zycze Ci duzo sil .... przytulam mocno . DUZO SIL . aga .
Wiecie siedze i płacze. mam wrażenie, zę obudziłam się ze snu w jakiejś koszmarnej rzeczywistosci. tO czym zyłam w co wierzyłam, czym sie kierowałam, okazało się nagle nie do przeskoczenia. Nienawidze kobiet w ciązy, zazdroszcze im... łażą za mną mysli samobójcze. Nie mam oparcia w rodzicie,a mąż chwilami nie daje już rady. jak na złośc w rodzinie wysyp dzieciaków teraz. W szpitalu nikt ze mną nie porozmawiał, nikt. wypisali z tekstem\"zdarza się\" szlag mnie trafia, po co mi to wszystko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! mineły 2 miesiace a to wraca i boli. Mąz tłumaczy, zę powinanm poczekac zanim znów zajdę w ciaże, mozę zmienie pracę na jakas blizej domu. Mam dni, kiedy bym bardzo chciała dziecka, a czasmai nie chce o tym słyszec. dziś trzymałam na rekach 4 miesięczną córeczkę kuzyna. trzymałam i wsyztsko mi wyło w środku. Jej mama spytała: i co dochodzisz do siebie? próbujecie? popłakałam sie....
kochana nie mozesz sie poddawac...jesli chcesz pisz do mnie na maila KarolinaMadra@interia.pl ...ja stracilam synka miesiac temu dokladnie dzis mija 6 tydzien moj bol wciaz jest silny, tez mam chwile zalamania i czasem mysli, ze skoro moj Mateuszek nie moze byc tu to ja pojde do niego...ale zawsze wtedy mysle o moim mezu...o mojej kochanej mamusi ktora spedzila przy mnie 3 dni w szpitalu i byla przy porodzie caly czas trzymajac za reke...o tacie(mimo, ze nie jest moim prawdziwym ojcem, ale zawsze bedzie jedynym tata)...o wszystkich ktorzy mnie kochaja...
ty tez masz ludzi ktorzy cie potrzebuja...ktorzy kochaja a twoje malenstwo nie jest samo...napewno bawi sie z moim synkiem...tam gdzie sa napewno nie ma bolu, strachu...cierpienia napewno...
... chanach ... ja lezac sama w szpitalu juz po porodzie mialam takie mysli ... za kim mam isc ....? za dzieckiem czy za mezem .... przyszedl Mariusz popoludniu i gdy zobaczylam jego przerazona twarz zielona ze strachu odpowiedzialam sobie na pytanie .... za mezem . za zywymi musze isc . choc nie chce . musze . i przypomnialo mi sie zdanie z mojej mlodosci ...

nie popelniaj samobojstwa nigdy nie wiesz co Cie moze spotkac nastepnego dnia ....

w naszym przypadku moze za rok moze za dwa ale moze warto ? jak sadzisz . ?
Channach-wiem jak bardzo boli strata swoich dzieci-ja straciłam ich już troje i po każdej stracie mówię że już nigdy więcej,że już nie chcę kolejny raz przez to przechodzić,a gdy ból troche ustanie zaczynamy starania bo bardzo pragniemy dzidzia.teraz jestem 3tyg po stracie i narazie myślę tak jak Ty raz chcę,raz nie a u mnie w grę wchodzi jeszcze wiek,bo już jestem wiekowa i nie mam za wiele czasu.
Jeżeli tylko możesz powróć do modlitwy ona naprawdę pomaga się otrząsnąć.

Trzymaj się,jestem z Tobą,nie poddawaj się!
Channach

przykro mi, że straciłaś Dzieci, przykro mi, że nie masz oparcia w rodzinie, że nikt z Tobą nie porozmawiał w szpitalu...
przytulam Cię najcieplej i nie potępiam, wiem, że ból trzeba przeżyć od początku do końca. Tylko nikt nie potrafi powiedzieć gdzie jest ten koniec...
będzie łatwiej...powoli, bardzo powoli, ale będzie troszkę łatwiej
\"za dzień za dwa, za rok za trzy, choć nie dziś
za rok za dzień doczekasz się wstanie świt\"- śpiewam sobie czasem cichutko, gdy nadzieja ucieka...

Channach, wiem, że Pan Bóg też Cię nie potępia...na dnie rozpaczy często można być tak blisko Niego, jak nigdy w życiu

pozdrawiam ciepło
\"- Służyłem Panu, który teraz zostawił mnie na pastwę wroga - powiedział Eliasz.\" To cytat z \"Piątej góry\" P. Coelho, książki o cierpieniu, któą ostatnio czytałam.

Channach, wydaje się nam często, że wiara w Boga daje nam gwarancję udanego życia. To taka transakcja wiązana: ja będę się modlić i przestrzegać, Panie, Twoich przykazań, a Ty za to obdarujesz mnie szczęśliwym życiem.
I kiedy dotyka nas tragedia czujemy się rozczarowani, bo my swoją część umowy wypełnilismy, a Bóg nas zawiódł.

Tylko może mylimy się w swoich założeniach i miłość za coś (w tym wypadku za szczęście) to nie miłość? Może chodzi właśnie o to byśmy kochali Go bezinteresownie, za nic? I może lepiej gdy jesteśmy wściekli na Niego, ale przyznajemy się do tego uczciwie, niż byśmy mieli przez całe życie być letni i trwać przy Nim tylko ze strachu przed nieszczęściem?

Nie wiem, tak sobie tylko rozważam.

Śmierć moich dzieci wydaje mi się być bezsensowna i nie próbuję jej sobie tłumaczyć. Wiem, że wielu dobrych, kochanych przez innych ludzi odchodzi. Nie wiem dlaczego i nie pytam o to.
Jest takie zdanie z Księgi Hioba: Płacz stał mi się pożywieniem (Hi 3,24), było ono moja jedyna modlitwa przez wiele tygodni.

Wierzę, że Bliski jest Pan tym, których serce jest złamane (Ks. Psalmów 34:19, Biblia Warszawska) i że może najbliżej nas jest właśnie wtedy gdy nie mamy siły wierzyć w Jego istnienie i Miłość, gdy każdej mysli o Nim towarzyszy złość. Gdy zmaganie się z życiem wydaje się nam ponad siły.

Przykro mi, że doświadczyłaś śmierci swoich dzieci. Ty wiesz, że one były i są w Twoich i Twojego męża myślach i sercu i zawsze będą, bez względu na to co mówią.
Życzę Ci sił by przetrwać ten czas smutku i żałoby. Kiedyś ból nie będzie juz taki wszechogarniający, choc pamięć o nich pozostanie na zawsze

Pozdrawiam serdecznie
\"Nie wiem, tak sobie tylko rozważam.\" Małgosiu masz racje nie wiesz... To nigdy nie byłą wiara za coś. Wiele zniosłam, upokożeń, bólu cierpienia, zawsze trwałam prz Bogu, teraz już nei chcę. nie wierze, ze istnieje. Nie traktowałam Go nigy w kategorii tranzakcji wymiennej, byłam wierna mimo wszystko. tytle, ze teraz doszłam do wniosku, ze go nie ma. Czuję tylko wściekłosc do siebie, że przez tyle czasu stawałam na glowie dla idei, wyśmiewana przez otoczenie za to w co wierzyłam. i po co mi to było...... by teraz stwierdzic, ze było to głupotą? moje życie na raz upadło w gruzy....
Cytat:moje życie na raz upadło w gruzy....

chanach.... poukladasz odbudujesz przetrwasz ....tylko na to trzeba ......CZASU . duzo czasu

sily Ci zycze ... duzo sily .
Channach-to wszystko jest jeszcze bardzo świeze i na pewno o niczym innym nie myślisz tylko o tym co się stało ale wierz mi że staniesz na nogi i będziesz dalej normalnie żyć bo tak trzeba,taka jest kolej rzeczy.Masz męża który też Cię potrzebuje,masz napewno przyjaciół,znajomych dla których warto żyć.Napewno ułynie troche czasu zanim się podniesiesz ale życzę Ci z całego serca żeby stało się to jak najszybciej.

dużo,dużo.....siły życzę.
channach

cokolwiek by było pamiętaj NIE JESTES SAMA
Channach, Twój ból i zwątpienie mogą być wołaniem i modlitwą, można się też modlić niewiarą, ale proszę ufaj mimo wszystko. Bez Boga nie dasz sobie sama rady. Szatan oskarżą w naszym sercu Boga i pragnie naszej rozpaczy. Jezus cierpi na krzyżu razem z Tobą i sam też czuł się opuszczony przez Boga: \"Boże mój, czemuś mnie opuścił?!!!\"

Przytulam Cię do mojego serca i wspieram modlitwą
o.Marcin
Channach,
te moje rozważania to było raczej o mnie, daleka jestem od tego by oceniać czyjeś myśli czy życie.
Wielu rzeczy nie wiem. Na przykład po co nam cierpienie. Jedni przez nie zbliżaja się do Boga, inni odchodzą. Dlaczego? Nie wiem i nie uważam, że Ci pierwsi jakoś są lepsi czy uprzywilejowani. To wszystko jest takie tajemnicze i niezrozumiałe.

A śmierć dzieci jest dla mnie najmniej logiczna i zupełnie niezrozumiała.

Pozdrawiam
i chyba tu tkwi mój problem... nie umiem ufać, ja nie potrafię zaufać. Co do przyjaciół. mam może 2 osoby, z którymi utrzymuje kontakt, ale z racji odległosci jest on tylko wirtualny. Wrócilam po stuiach do domu i juz tu nie mam znajomych.... w pracy zaś same starsze duzo ode mnie osoby
channach

ja wiem, że to znowu tylko wirtualnie, ale pisz tu, rozmawiaj z nami, opowiadaj o tym co boli...może choć odrobinę będzie łatwiej.

pozdrawiam ciepło
Channach,
rozumiem Twoje zwątpienie... też mam chwile, kiedy zastanawiam się o co tak właściwie chodzi w tym świecie...
Wiem, że szatan jest sprytniejszy od człowieka... że powinnam być blisko Boga... wiem... ale to tylko rozum.. przy takich cierpieniach emocje idą swoją drogą... nie zawsze udaje się nad nimi zapanować... bezsilność... czasem brakuje sił, aby walczyć...

Pozdrawiam
channach ..... masz nas ....tez wirtualnie ale zawsze ....

pozdrawiam ...i tez watpie ... nie umiem zaufac ... ja poprostu sie boje znowu zawiesc....
kochana channach,
w cierpieniu nie ma ukojenia w drugiej osobie ale można chociaż być z tą drugą dlatego jestem z Tobą..... chociaż wirtualnie znajdziesz tu wsparcie jak nigdzie indziej. pozdrawiam. renka
W takich momentach wali nam sie świat, ja nigdy nie byłam zbyt blisko Boga, ale po tym co mnie spotkało myslałam że znienawidze Go już na zawsze. Pierwsza msza po poronieniu to była dla mnie katorga, a jak zobaczyłam dzieci uszykowane do chrztu to wyszłam z płaczem z Kościoła.
Nie wiem dlaczego mnie to spotkało, ale teraz z perspektywy czasu widze że stałam sie lepszym człowiekiem,nie żebym była jakoś szczególnie zła, ale teraz jestem lepsza, bardziej otwarta na innych na ich cierpienie sama nie wiem,a do Kościoła nadal zagladam sporadycznie, nie czuje na razie takiej potrzeby, moze kiedyś...?
Moja filozofia wyglada mniej więcej tak: dobrzy idą do nieba, źli do piekła.
Proste i już.
Kochana wiem że teraz jest jeszcze dla Ciebie za wcześnie, ale zobaczysz jeszcze słonko nad swoją głową, czego ci z całego serca życze.
Daleka jestem od jakichkolwiek ocen, niejednokrotnie sama się gubiłam, miałam momenty zwątpienia, kryzysy mojej wiary. Wyobrażam sobie, jak bardzo musi być Ci ciężko w tych chwilach i z serca współczuję Ci utraty Dzieci...

Gdy przeczytałam Twój list, przypomniałam sobie ewangeliczną przypowieść o domu postawionym na skale i o domu postawionym na piasku (noszę ją w swoim sercu, jest mi bliska, bo była czytana na naszym ślubie, 4,5 roku temu) - z naszą wiarą jest tak samo jak z domami z przypowieści, wszystko zależy od fundamentów... Kiedy nie ma burz, nie ma wichrów, świeci słońce, żyjemy sobie z uśmiechem na twarzy, modlitwa przychodzi bez trudu, łatwo jest dziękować za szczęście i żyć w zgodzie z Panem Bogiem... Inaczej gdy przychodzą burze, gdy tracimy to, co mamy najcenniejszego...
W takich chwilach , gdy przeżywamy kryzysy, gdy straciliśmy bliskich, szatan atakuje nas - słabych - ze zdwojoną siłą, a jego szanse powodzenia wzrastają...Jeśli mu ulegamy, cierpimy podwójnie - raz z powodu doświadczeń, które nas spotkały, drugi - z powodu rozgoryczenia, poczucia samotności, bezsensu tego, w co wierzyliśmy.

Powiem Ci z mojego doświadczenia, że gdy ogarniało mnie zniechęcenie, zwątpienie, gdy trudno mi się było modlić i nie dostrzegałam obecności Boga w moim życiu, starałam się zwracać uwagę na to, jak wiele dobroci mnie otacza, jak bardzo kocha mnie mąż, ilu ludzi jest mi życzliwych (nawet na pozór obcych, fizycznie odległych, a emocjonalnie bliskich - forumowiczów Smile ). Wierzę, że wszystko ma swoje źródło, i miłość, dobroć ludzka nie biorą się znikąd, ich żródłem nie są sami ludzie, a tylko i wyłącznie Bóg, który przychodzi do nas właśnie przez ludzi, których na swojej drodze spotykamy (w historii ludzie wiele razy pokazali, że bez Boga, bez Dekalogu nie ma dobra, nie ma miłości, nie ma żadnych pozytywnych uczuć do drugiego człowieka).
W różnych momentach mojego życia doznawałam zwątpienia, poczucia opuszczenia (także po poronieniu, gdy nie tylko straciłam dziecko w 14 tc, ale przez wiele długich miesięcy wiele ważnych spraw nie układało się pozytywnie), ale przeżyłam i takie chwile, gdy Bóg był "na wyciągnięcie ręki", gdy czułam to, jak czuwa nade mną, ostatnie takie wydarzenie opisałam tutaj na forum https://www.poronienie.pl/forum/showthread.php?tid=1186

Channach, nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytanie dlaczego nasze życie się układa tak a nie inaczej, dlaczego doświadczamy cierpienia, dlaczego nasze modlitwy nie zostały wysłuchane i naszych dzieci nie ma z nami na ziemi. To wszystko wielka tajemnica, którą poznamy - mam nadzieję - wtedy, gdy dołączymy do naszych dzieci, które czekają na nas w niebie.
Wiem jedno - bez Boga nie ma życia, takiego, gdy można żyć nie dla siebie, a dla innych, nie ma prawdziwej miłości małżeńskiej, takiej, która wszystko potrafi znieść, potrafi przetrwać życiowe burze i nigdy nie zagasnąć... W wielu wątkach tutaj na forum znajdziesz wiele mądrych, głębokich słów, mam nadzieję, że pomogą Ci mimo wszystko uwierzyć w istnienie Boga i w Jego obecność w Waszym życiu.

I jeszcze jeden aspekt, który mi dodaje radości, pomaga żyć. Tak jak napisałam, nasze dzieci nie umarły, są bezpieczne, są szczęśliwe, wiedzą o tym, jak bardzo były i są kochane. Wierzę, że są blisko Boga i mogą wypraszać nam łaski. Jeśli nie możesz, nie potrafisz się modlić, porozmawiaj ze swoimi Dziećmi, poproś, by wyprosiły Ci na nowo łaskę wiary...
I staraj się za wszelką cenę, by przez to co przeżyliście i co przeżywacie, nie ucierpiało Wasze małżeństwo. Kilkumiesięczny staż to niedługo, a płomień miłości nigdy nie pali się zupełnie sam, trzeba o niego dbać, żeby go nie stracic, szczególnie wtedy, gdy wieje wiatr...

Życzę Wam obojgu dużo sił
Z modlitwą
Krysia
Channach,
jeszcze jedna, mała kwestia... Nie wiem, na jaką metodę antykoncepcji się zdecydowałaś, ale przyznam szczerze, że ja w czasie gdy nie chciałam zajść w ciążę (w tym po poronieniu) o wiele bardziej bałabym się, stosując antykoncepcję niż NPR w wersji ścisłej, ze współżyciem w fazie poowulacyjnej... Pewności 100% i tak nigdy mieć nie można, ala mam 99% Wink , a do tego mam poczucie, że nie szkodzę własnej płodności i nie stwarzam sobie ryzyka, że w przyszłości pojawią się problemy przy staraniach (co po stosowaniu środków hormonalnych nie jest wcale rzadkie).

Wszystkiego dobrego
Krysiu wiesz.... chyba wstrzeliłas się w 10 z tymi słowami: \"W takich chwilach , gdy przeżywamy kryzysy, gdy straciliśmy bliskich, szatan atakuje nas - słabych - ze zdwojoną siłą, a jego szanse powodzenia wzrastają...Jeśli mu ulegamy, cierpimy podwójnie - raz z powodu doświadczeń, które nas spotkały, drugi - z powodu rozgoryczenia, poczucia samotności, bezsensu tego, w co wierzyliśmy.\"

Ewangelię mieliśmy dokladnie tę samą....
Dar proroctwa bywa straszliwie bolesny chwilami, czasami wolałabym o wielu rzeczach nie wiedziec.
W dniu naszego slubu do znajomego, który błogosławił nasz związek powiedziałam tyl: Boje sie.....
Wiedział co wiem, milczał modlił się i miał nadzieję, ze dam rade. Nie dałam. Błagałam Boga by to proroctwo się nie spełniło. Wypełniło się niestety. MImo, ze obiecane, ze nastepne będzie zdrowe już nie wierzę. choc chyba powinnam.
WIecie ja sobie chce na siłe wmówić, ze nie wierzę. by nie oskarżac Boga, bo to koszmarnie boli.

Skoro juz tak szczerze rozmawiamy....
Na antykoncepcje hormonalna sie w zyciu nie zdecyduję, z prostej przyczyny - jestem lekarzem (choc nie ludzkim) i wiem, ajkie sa skutki uboczne tej antykoncepcji.
Dla mnie chyba antykoncepcja była gwoździem do trumny.....(mam swiadomosc, ze z racji braku checi poprawy nie dostane rozgrzeszenia), niestety na PERSONE mnie w chwili obecnej nie stać i musi byc jak jestSad. Niecierpie prezerwatyw!!!!!!! nagle miłosc małżeńska została sprowadzona do zwykłego seksu, potwornie boli. wczoraj rozmawialismy z męzem. Ja bym chciała, juz spróbowac. strasznie sie boję, ale bym chciała. szczególnie, zę wczoraj kolezanka mi się przyznała, że jest w ciązy i termin ma wyznaczony 3 tyg. po moim planowanym terminie, do tej pory nic nie mówiła, bym nie płakała. Niestety racjonalne argumenty mojego męża wybiły wsyztskie moje... i znów mi źle
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11