Mam dziś jedno życzenie
1. grudnia 2005 (czwartek)
Szpital. Na tym oddziale można być albo bardzo szczęśliwym, albo przeżywać wielką tragedię. Nas spotkało to drugie – nie przyjadę tu w lipcu, aby urodzić nasze Dziecko…ono umarło właśnie dziś. Przyjechaliśmy tu razem, z wielkim strachem i łzami, ale razem. Na usg widziałam jak bije Jego serduszko. Pierwszy i ostatni raz mogłam to zobaczyć. Byliśmy razem, a teraz pojadę do domu sama, bo moje Maleństwo poleciało do nieba… niestety przede mną.
Każdy szczegół tego dnia zapamiętam dokładnie na długie lata, a może już do końca życia. Każdy ból, każdy skurcz i każde drżenie mego serca, które mówiło mi, że niestety nie będzie dobrze. I te słowa lekarza dźwięczące mi w głowie, wbijające się w rozedrgane serce, niszczące cały spokój, obracające w ruiny nasze marzenia i plany „z tej ciąży nic nie będzie”. Ile czasu trwa wypowiedzenie takiego zdania? Dwie, może trzy sekundy? Więc jeszcze trzy sekundy wcześniej ponad rozlatane ręce i paraliżujący strach wyrastała na cieniutkiej jak pajęcza nić łodydze zielona nadzieja. Jeszcze jej delikatne kołysanie mogło przynieść spokój, ale trzy sekundy później nikt już o niej nie pamiętał i trudno mi uwierzyć, że w ogóle tam była.
I co ja miałam zrobić z tą świadomością, że mojego Dziecka już nie ma. Wiedziałam, że muszę zadzwonić do mojego męża. Wybrałam numer i czekając na połączenie wiedziałam, że za chwilę zburzę cały jego świat, brutalnym ciosem prosto w twarz wyrzucę i z jego serca nadzieję, że moje słowa sprawią, że nasze życie już nie będzie takie jak kiedyś. Wiedziałam, że mam teraz ogromną moc, ale ona pozwala tylko niszczyć.
Zabieg. Czekamy na anestezjologa. Moje myśli uciekają, to znów
wracają. Pragnę, aby zjawił się lekarz, podał mi narkozę, abym choć na
chwilę przestała myśleć, czuć. Pierwszy raz w życiu ukłucie igły od venflonu
sprawia mi przyjemność, nie taką dosłowną, ale pozwala, aby mój organizm
choć na chwilę skoncentrował się na tym bólu fizycznym. Szybkie podanie
leków i zasypiam.
Budzi mnie myśl o śmierci mojego Dziecka i jest tak skuteczna, że nie
wyobrażam sobie żebym mogła zasnąć. Przyjeżdża mój mąż, przytulamy się i
cichutko płaczemy nad naszym Maluszkiem, a bardziej chyba nad nami. Jednak
on musi wracać do domu, bo przecież jest po 21, a to jest szpital…
Leżę, patrzę w sufit, a łzy płyną dwiema strużkami. Na ścianie wisi krzyż, patrzę na niego i, o dziwo, nie czuję pretensji, ani żalu do Pana Boga, a jedyne, co przychodzi mi do głowy to: Bóg mi daje, Bóg odbiera. Jednak samej trudno mi uwierzyć, że tak łatwo pogodzę się ze stratą. Może to działanie leków nie pozwala mi myśleć?
Jest 22, a ja nie mogę zasnąć. Lekarz nie chce dać mi żadnego środka nasennego, mówiąc, że to za dużo w połączeniu z narkozą. Więc tym razem patrzę w ścianę, a łzy nie przestają znaczyć szlaku na mojej twarzy – doskonale znają drogę i pędzą jedna za drugą, tylko jaki jest ich cel?
Godz. 23, już wiem, że sama nie zasnę, ale nie mam siły kłócić się o środek nasenny. Jednak lekarz lituje się nade mną – połykam tabletkę i udaje mi się zasnąć. Nie pamiętam, co mi się śniło.
2. grudnia (piątek)
Nawet nie zdążyłam otworzyć oczu, a uderzył mnie cały ból
wczorajszych wydarzeń. Odruchowo dotknęłam mojego brzucha, choć wiedziałam,
że nie jest już schronieniem dla mojego Maleństwa.
Z całą determinacją na jaką było mnie w tej sytuacji stać postanowiłam, że
muszę pójść do domu. Chciałam być z mężem i moją córeczką. Lekarz z szerokim
uśmiechem oznajmił, że tak, z dniem dzisiejszym pacjentka zostaje wypisana
do domu w stanie ogólnym dobrym. A ja myślę że na karcie wypisowej powinna
być informacją, że w stanie fizyczny dobrym – tak byłoby bardziej
prawdziwie.
Czekam na mojego męża i patrzę w okno. Widzę gromadę ptaków latającą
nad drzewami. Jest ich bardzo dużo, to chyba gawrony. Wykonują piękny
taniec, lecą prosto przed siebie i nagle wykonują zwrot w prawo, jakby były
umówione, żaden się nie spóźnia. Potem trochę w górę i znowu w lewo. Oglądam
to widowisko i przypomina mi się dzień, gdy mój mąż, fascynat biologii, na
jednym z naszych pierwszych spacerów pokazał mi taki właśnie taniec w
wykonaniu ptaków na wiadukcie kolejowym. Zaczynam liczyć ile to było lat
temu? Siedem? Tylko siedem? Od wczoraj czuję się jakoś… staro? Nie to chyba
nie to. Czuję po prostu, że wraz z naszym Dzieckiem umarła jakaś część mnie
– ta, która pozwalała śmiać się do łez, śpiewać na całe gardło, tańczyć
przed lustrem i budzić się z uśmiechem.
Chcę uciec gdzieś, gdzie będę mogła głośno płakać, a nie tylko tłumić łkanie
przyciskając mocno, aż do utraty tchu, poduszkę do ust.
Wyjeżdżamy ze szpitala, a moje łzy zamazują drogę. Jedziemy do parku, gdzie
chcę wyrzucić z siebie cały smutek, żal i rozpacz. Jednak one są zbyt
wielkie, aby przejść przez moje gardło, nie mogą ich pomieścić nawet moje
łzy.
Czuję całą sobą, że nigdy już moje życie nie będzie takie jak kiedyś. Ktoś
postawił wielki znak stop, a za nim rozciąga się ogromna ciemność, w której
trudno dostrzec choćby kontury tego, co kiedyś nazywało się moim życiem.
Jedziemy do domu, chcę wreszcie zobaczyć moją córeczkę. Nie było
mnie dwa dni, ale nigdy nie zostawała tak długo beze mnie. Dwa dni…wchodzę
po schodach, po tych samych, po których dwa dni temu szłam ze strachem
ogromnym, ale i nie mniejszą nadzieją. Dwa dni…tak, jak wtedy, tak i teraz
łzy cisną się do oczu. Tylko dwa dni…
Gdy jesteśmy na drugim piętrze czuję, że coraz trudniej mi oddychać. Zaciska
mi się niewidzialna obręcz obejmująca krtań. Ściska coraz mocniej i mocniej
pozostawiając tylko małe w niej światło – jakby ktoś chciał zatańczyć ze mną
na granicy życia i śmierci. Staram się powoli oddychać i po chwili
przyzwyczajam się do ucisku, na tyle, że mogę iść dalej.
Nasza córeczka śpi. Patrzę na nią i bardzo chcę, żeby się obudziła. Kiedy z
drugiego pokoju słyszę jej wołanie idę, wyciągam ją z łóżeczka i mocno
przytulam. Przez chwilę jest mi tak dobrze, gdy jej małe rączki obejmują
mnie mocno za szyję. Na chwilę ból znika, a może tylko ucieka i chowa się w
kąt zawstydzony tą czystą, piękną i ogromną miłością naszej córki.
Jestem w domu. Gdy z niego wychodziłam byliśmy czteroosobową rodziną, teraz
jesteśmy znowu w trójkę. Nasze anioły przycupnęły gdzieś w kącie, bo nawet
one jedyne, co mogą dziś zrobić, to smucić się z nami.
2. grudnia (sobota)
Czasem mam wrażenie, że to był tylko zły sen, że tak naprawdę nie
nam zdarzyła się ta tragedia, że to nie nasze Dziecko umarło. A może tylko
mój mózg próbuje się w ten sposób bronić przed bólem i postanowił zaprzeczyć
wszystkiemu, zepchnąć wspomnienia w najdalszy kąt, w miejsca, gdzie się
nigdy nie zagląda, a jeśli trafi się tam przez przypadek, to szybko się
ucieka głośno krzycząc. Może tam właśnie docieramy, gdy budzimy się w nocy z
krzykiem na ustach i po chwili oddychamy z ulgą, że to był tylko sen.
Jakichkolwiek jednak mój mózg nie podjąłby wysiłków nie udaje mu się oszukać
rzeczywistości. Nie potrafię jeść, wypijałabym tylko ogromne ilości kawy.
Nie potrafię spać, a zasypianie jest prawdziwym koszmarem. Te goniące się,
pędzące myśli, ogromne ilości przesuwających się przed oczami obrazów. Mam
wrażenie, że zapadam na jaką chorobę psychiczną.
W aptece kupiłam wczoraj środek nasenny – ziołowy, gdyż wszystkie inne są na
receptę. Jednak już po pierwszej nocy wiem, że jego działanie ogranicza się
do sugestii zawartej w nazwie.
4.grudnia (niedziela)
Każdego ranka od śmierci naszego Maleństwa czuję, że nie potrafię
normalnie oddychać. Gdyby ktoś chciał teraz wykonać u mnie badanie
spirometryczne, to najpewniej stwierdziłby niewydolność płuc.
Otwieram oczy rano i jeszcze przez ułamek sekundy czuję, że mój oddech jest
normalny, ale z każdą następną chwilą staje się coraz płytszy i płytszy i za
każdym razem mam wrażenie, że przy następnym wdechu zacznę świszczeć. Czuję,
jakby ktoś kładł mi ogromny ciężar na klatkę piersiową. I tak zaczynam dzień
z moimi, jak je nazywam, słoniami, które ani na chwilę mnie nie opuszczają.
Czasem nawet się do nich przyzwyczajam, zapominam, ale za każdym razem, gdy
chcę głębiej odetchnąć, czuję, że to jeszcze długo nie będzie możliwe. Aż
trudno uwierzyć, że kiedyś będzie taki dzień, gdy oddychanie nie będzie
sprawiać bólu.
Dziś niedziela – byłam w kościele i dotrwałam nawet do końca, choć w połowie Mszy chciałam uciec – łzy cisnęły mi się do oczu z siłą znaną tylko im. Dodatkowo moje „słonie” stają się dużo cięższe, gdy opuszczam nasze mieszkanie, mój mały azyl. Za każdym razem, gdy wychodzę z domu błagam w myślach, abym nie spotkała nikogo znajomego, abym nie musiała z nikim rozmawiać i nikomu odpowiadać na żadne pytania. Tylu naszych znajomych nie wiedziało nawet, że byłam w ciąży, nie wszystkim zdążyliśmy powiedzieć, podzielić się naszą radością. Tym trudniej mówić teraz, że nasze Maleństwo było z nami, ale już poleciało do nieba.
Moja córeczka bacznie mi się przygląda, widzi, że mama wróciła do domu, ale coś jest inaczej niż dawniej. A ja wiem, że nigdy już tak nie będzie. Nigdy nie będę taka jak kiedyś, bo jakiejś części mnie nie ma, umarła razem z naszym Dzieckiem. Patrzę na naszą małą Agnieszkę i pragnę, aby była szczęśliwa, aby omijały ją szerokim łukiem wszystkie nieszczęścia. Jednocześnie wiem, ze teraz najbardziej potrzebuje nas, jednak nie potrafię znaleźć w sobie tyle sił i radości, aby bawić się z nią i być dla niej jak dawniej.
5.grudnia (poniedziałek)
Mój mąż poszedł do mojego ginekologa po receptę na jakiś środek
nasenny. Nie zniosę dłużej tego przewracania się z boku na bok w łóżku, tej
gonitwy myśli, tego kłującego bólu, który przychodzi z każdym wspomnieniem
pobytu w szpitalu. Chciałabym choć w nocy od tego odpocząć. Jednak nawet,
gdy zasypiam przychodzą do mnie sny pełne noworodków, poronień, krwawień i
strachu. Są one o tyle bardziej męczące niż zwykłe koszmary, bo z nich nie
można się obudzić z ulgą, że to był tylko zły sen.
Przeczytałam wczoraj fragment rozważań ks. Twardowskiego, gdzie mówił, że
zmarli mogą się z nami spotykać w snach. Przed zaśnięciem więc poprosiłam
naszego Maluszka, aby przyszedł do mnie, abym mogła go zobaczyć. I miałam
piękny sen. Tuliłam w ramionach malutką kruszynkę i wiedziałam, że to moje
dziecko. I choć towarzyszył temu dziwny, nie mający znanej przyczyny lęk, to
był to piękny sen. Obudziłam się z pomieszanymi uczuciami miłości, radości,
strachu i żalu. Dwa pierwsze były pozostałością ze snu, a dwa kolejne
ścisnęły moje serce, gdy tylko otworzyłam oczy i uświadomiłam sobie, że
nigdy nie wezmę na ręce naszego Maleństwa.
Cieszę się bardzo, że mój mąż będzie mógł zostać z nami cały tydzień, bo chyba nie byłabym teraz w stanie cały dzień zajmować się naszą Agusią. Boję się, że cała moja radość i energia, tak bardzo potrzebne do zabawy z prawie 1,5 rocznym dzieckiem gdzieś się zgubiły i nie umiem ich odnaleźć. A przecież kocham naszą córeczkę tak bardzo i uwielbiam spędzać z nią czas, tylko tak trudno radować się jednym dzieckiem jednocześni opłakując drugie.
6.grudnia (wtorek)
Straszna ciemność mnie dziś ogarnęła. Mój mąż musiał na kilka godzin
wyjść z domu, więc zostałam sama z naszą Agusią. Dopóki bawiłyśmy się razem
nie było najgorzej. Jednak gdy tylko nasza córeczka zasnęła ból i smutek
zalały moje serce w zastraszającym tempie. To było jak tsunami uderzające z
lekkim opóźnieniem, gdy ludzie myślą, że niebezpieczeństwo minęło i można
powoli zacząć odbudowywać zniszczenia. Nagle, z całą mocą dotarła do mnie
nieodwracalność wszystkiego, co się wydarzyło. Z pełną świadomością zdałam
sobie sprawę, że nigdy nie poczuję, jak nasze Maleństwo pierwszy raz poruszy
się w moim brzuchu, nigdy nie będę mogła go pogłaskać i nigdy nie będzie mi
dane go urodzić, przytulić i powiedzieć, jak bardzo go kocham. Dziś mam
wrażenie, że nie potrafię dalej żyć, że ten ogrom bólu jest dla mnie zbyt
duży i nigdy nie uda mi się podnieść i pójść dalej.
Całe nasze życie się rozpadło…budzę się rano, wstaję, bo tak trzeba, myję
zęby, bo zawsze tak robiłam, piję kawę, staram się jeść, bo tak podpowiada
rozsądek, ale nie ma w tym ani odrobiny mojego zapału czy chęci.
Jakoś mimo wszystko trzymam się do wieczora, ale gdy tylko nasza
Agusia zasypia wszystkie tamy i zapory tak skutecznie budowane przez
ostatnie dni puszczają. Wyję…to już nie jest płacz, to jest wycie z głębi
mojej duszy, która z każdą łzą rozpada się na coraz mniejsze kawałki. Mój
mąż delikatnie głaszcze mnie po głowie, pozwala mi płakać – to jedna z tych
wielu rzeczy którymi różni się od mojego taty. On nie lubi łez, nie pozwala
płakać – może się ich po prostu boi. Mój mąż jest inny – wie, że muszę, że
musimy płakać, że tak trzeba, tak może będzie choć troszkę łatwiej…kiedyś,
bo teraz nawet moje wycie nie pomaga.
Biorę tabletkę nasenną, wczoraj pozwoliła mi w miarę szybko zasnąć, może i
dziś będzie pomocna…
7.grudnia (środa)
Środa. Tydzień temu rozpoczął się nasz dramat. O 13 pojawiło się
pierwsze krwawienie. Potem seria alarmowych telefonów od ginekologa
począwszy, poprzez mojego męża, a na moich teściach skończywszy. Szybki
przejazd do szpitala, a tam ogromna nadzieja, że będzie dobrze. Boże, gdy
patrzę na tę moją pełną dziecięcego spojrzenia ufność, to jest mi siebie
żal. Bo tydzień temu w ogóle nie brałam pod uwagę tego, że ta niewielka
ilość krwi jest początkiem końca, a nawet wielu końców. Dziś wiem, że był to
początek końca tak przeraźliwie krótkiego życia naszego Dziecka. Początek
końca naszych planów, marzeń, naszego spokoju i radości.
Gdy wspominam tę pamiętną sobotę, gdy zrobiłam test ciążowy to myślę, że
byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi, choć może tak wiele przyziemnych
spraw nie układało się po naszej myśli. Teraz boję się, że już nigdy nie
poczuję takiego szczęścia i radości, które pozwalają tańczyć, a w tańcu
unosić się tuż nad ziemią. Dziś zamiast szczęścia czuję ból. I to o wiele
gorszy niż ten ból fizyczny. Mój ból znalazł sobie miejsce w klatce
piersiowej – jakby dokładnie przemyślał sprawę – mógł poza sprawianiem bólu
utrudniać oddychanie, a dodatkowo karmić się każdym drżeniem mego serca,
które chyba też nie potrafi normalnie funkcjonować. Czasem ból jest tak
ogromny, że mam wrażenie, iż za chwilę rozerwie mi klatkę piersiową od
środka i zacznie powoli ze mnie wychodzić przez wielki otwór między
łopatkami. Jak bardzo marzę, aby zdarzyło się coś, co sprawiłoby mi taki
zwykły fizyczny ból. To jakiś absurd nie mieszczący się w głowie przeciętnie
myślącego człowieka, ale tak właśnie jest. Chciałabym, aby mój organizm
zajął się walką z dolegliwościami fizycznymi niż nieustannie angażował się w
bitwę, w której z góry skazany jest na porażkę. Niestety, a raczej na
szczęście, nie drzemie we mnie najmniejsze ziarno autoagresji czy
autodestrukcji.
8.grudnia (czwartek)
Mija tydzień. Strasznie długi i strasznie bolesny tydzień. Już prawie wszyscy nasi znajomi wiedzą, że naszego Aniołka już z nami nie ma. I nie mogę wyjść z podziwu, jak dziwne rzeczy można usłyszeć od ludzi, którzy pragnąc dać pocieszenie nieświadomie sprawiają ból. Bo jaki sens ma mówienie, że dobrze, że stało się to tak szybko, bo gdybyś była dłużej w ciąży to potem byłoby jeszcze trudniej. To tak jakby powiedzieć pannie młodej – niech ten Twój mąż lepiej umrze teraz, bo za parę lat będzie ci trudniej się z tym pogodzić. A ja każdego dnia myślę sobie, że bardzo żałuję, że nasze Maleństwo było z nami tak krótko. Tak mało było okazji, żeby dać Mu naszą miłość. Tak mało mamy wspomnień – nawet nie mam Jego zdjęcia z usg. Jedyna namacalna pamiątka i dowód Jego krótkiego istnienia to dwie kreski na teście ciążowym. Dwie kreski, które są jedynym „aktem urodzenia”, choć tak naprawdę bez urodzenia i wypis ze szpitala będący jedynym i znamiennym aktem zgonu…
9.grudnia (piątek)
Nasza córeczka dziś dała nam wyraźnie do zrozumienia, że ma już tego
wszystkiego dosyć. Biedna, nie rozumie co się dzieje, nie wie dlaczego mama
jest smutna, tak często płacze i nie ma już tyle siły i energii do zabawy.
Właściwie trudno jej się dziwić, dorośli z naszego otoczenia najczęściej nie
potrafią zrozumieć naszego smutku, a co dopiero nasza Agusia.
Wybrała skuteczny sposób, a może jedyny jej znany – zaczęła rzucać
zabawkami, krzyczeć – jakby chciała powiedzieć, że ona też tu jest i bardzo
nas potrzebuje. Wiedzieliśmy, że trzeba coś zrobić, aby w naszej córeczce
odbudować poczucie bezpieczeństwa, które w ostatnich dniach zostało
zburzone.
Więc próbuję. I choć nie potrafię przestać myśleć o naszym Maluszku, nie
umiem zapanować nad smutkiem, który stał się częścią mojego codziennego
życia, to jednak staram się jak mogę. Próbuję więcej bawić się z Agusią,
więcej do niej mówić, częściej ją przytulać…czekam jednak w ciągu dnia na
chwilę, gdy ona uśnie – wtedy zamykam się w pokoju i płaczę, pozwalam płynąć
tym wszystkim łzom, które od rana tańczą pod moimi powiekami. Potem znowu
staram się być dla naszej córeczki – aż do wieczora, kiedy wraz z ciemnością
za oknem, cały skrywany przez dzień mrok mojej duszy rozpoczyna swoje jawne
życie.
10.grudnia (sobota)
To już drugi weekend bez naszego Okruszka. Ja nadal najchętniej nie wychodziłabym z domu, co więcej, nie odbieram nawet telefonów. Mój mąż jest teraz naszym opiekunem i rodzinną sekretarką. Boję się tego, że już w poniedziałek będzie musiał wrócić do pracy, ale jednocześnie mam nadzieję, że może będzie to dla mnie jakiś bodziec, aby spróbować choć trochę pozbierać to nasze życie.
Dziś odwiedziła mnie moja przyjaciółka. Pierwszy raz mogłam komuś poza moim mężem opowiedzieć o całej naszej tragedii. O tym, że jest mi bardzo ciężko, że przyszłości w ogóle nie widzę, że trudno wyobrazić sobie dalsze życie. Pierwszy raz ktoś tak po prostu zapytał mnie, czy bardzo mi ciężko, a ja wiedziałam, że w pytaniu tym była tylko troska i chęć pomocy. Nie chciałam już być twardzielem i opowiadałam o naszym bólu, odtwarzałam w pamięci każdą minutę po minucie. Przez chwilę było mi lepiej. Wiem, że opowiadanie pomaga, wiem, że ja tego potrzebuję. Nie wiem tylko ile razy musiałabym o tym mówić, aby przyniosło to jakiś odczuwalny na dłużej efekt. Nie wiem, choć bardzo chciałabym poczuć się lepiej. Jakże chciałabym zobaczyć choć maleńkie, tlące się słabym płomieniem światełko w tej mojej ciemności.
11.grudnia (niedziela)
Razem z mężem nie chcemy, aby pamięć o naszym Dziecku zginęła. Zawsze pragniemy mieć Je w naszych sercach i nigdy nie przestaniemy Go kochać. Chcemy wspominać Je jako konkretną, niepowtarzalną osobę, dlatego postanowiliśmy, że nasze Maleństwo musi mieć imię. Ponieważ razem „czuliśmy”, że będziemy mieć synka, nazwaliśmy Go Pawełek. Teraz już mogę rozmawiać z naszym Aniołkiem, który, jak gdzieś przeczytałam, przysiada czasem na moim lewym ramieniu, bo prawe zajmuje anioł stróż. I dotykam często mojego lewego ramienia, głaszczę je, choć na razie nie daje mi to radości, ale zawsze sprawia ból i otwiera drogę dla moich łez. Nigdy jeszcze moje łzy nie były tak duże i ciężkie, i nigdy nie spływały z moich oczy w takim tempie. Wiem, że gdybym tylko im pozwoliła, to płynęłyby nieustannie z wytrwałością potoku górskiego, który rzeźbi skały. I wyrzeźbiłyby w mej twarzy małą część mojego smutku, który głęboko schowany trawi mnie od środka. I tylko, gdy spoglądam w lustro, patrzą na mnie zupełnie inne oczy niż kiedyś. Są takie puste, nie mają już w sobie dawnego blasku i prawie nigdy nie są szeroko otwarte. Bo nie ma we mnie wystarczająco dużo sił by unieść powieki.
12.grudnia (poniedziałek)
Zostałyśmy z Agusią same – mój mąż musiał wrócić do pracy. Jestem z siebie dumna, bo choć smutek nadal zajmuje prawie całe moje serce, a myśli uciekają do naszego Pawełka, to starałam się w jak największym stopniu być dla naszej córeczki. I jestem dumna, bo wiem, że było naprawdę dobrze. Był to swego rodzaju duży wysiłek, który zmuszał mnie do działania, do skierowania na siłę moich myśli w stronę nowych zabaw z Agusią. Gdy Aga zasnęła w południe, pozwoliłam, by mój smutek tak długo skrywany zerwał kajdany i uwolnił się z lochu mojego serca. Gdyby tylko zechciał mnie na zawsze opuścić, ale on walczy, chce się uwolnić, rozerwać moje serce od środka, a gdy tylko pozwalam mu ujrzeć światło świata zewnętrznego, on zaczyna nowe – podwójne życie. I choć pozwalam mu oglądać świat, to wcale go nie ubywa w sercu.
13.grudnia (wtorek)
Gdy nasz Pawełek odleciał do nieba byłam w ósmym tygodniu ciąży. Nie
potrafię ocenić tego czasu w kategorii długości, dużo to czy mało? Jaka jest
miara miłości, którą czuję do mojego Dziecka? Tego, jak bardzo było obecne w
naszym życiu doświadczam każdego dnia od Jego śmierci. Ileż było w nas
planów i marzeń. A potem ta pustka i ból potęgowane przez każde wspomnienie.
Nagle okazało się, że w każdym pomieszczeniu naszego mieszkania jest coś, co
ściśle łączy się z naszym Aniołkiem.
Dwie duże antyramy, w których są zdjęcia naszej Agusi. Gdy je kupowaliśmy,
to pragnęliśmy, aby za jakiś czas w jednej z nich było zdjęcie naszego
drugiego Dziecka. Kupując w listopadzie śpiwór do wózka dla Agi,
wiedzieliśmy, że będzie służył także naszemu Maleństwu. Szafa jest pełna
ubranek naszej córeczki, które teraz miały być dla Aniołka, a w szafce stoi
pudełko wkładek laktacyjnych, które zostały z czasów, gdy karmiłam Agę
piersią. Z radością i nadzieją patrzyłam na nie wierząc, że wkrótce znowu
będą potrzebne.
I tak z każdego kąta naszego mieszkania codziennie wynurzają się duchy
naszych planów i marzeń. Przychodzą do nas pachnące radością i naiwnością i
budzą wspomnienia. Są z nami każdego dnia – czasem nieśmiało wyglądają zza
dziecięcej wanienki czy szczotki do delikatnych włosków noworodka i
sprawiają, że łzy cichutko płyną po policzkach. Czasem siadają tuż obok –
tak blisko, że można czuć ich oddech na szyi, i ból wspomnień, które budzą
przytłacza, dociska do ziemi. Duchy naszych planów i marzeń zawsze będą z
nami. Dziś chcę wierzyć, że z czasem uda nam się je oswoić.
14.grudnia (środa)
Znalazłam cudowną stronę internetową. Pierwszy raz w życiu aż tak
doceniłam postęp cywilizacji. Zawsze lubiłam pisać maile, to jest
zdecydowanie łatwiejsze niż napisanie tradycyjnego listu, jednak te ostatnie
mają dla mnie większą, sentymentalną wartość. Jednak Internet mnie zadziwił.
Wspaniała, dobrze zrobiona strona o poronieniu. Weszłam na forum,
przejrzałam listę wątków, poczytałam i postanowiłam napisać. Nigdy nie
podejrzewałabym, że będę szukać pomocy, wsparcia przez Internet – a jednak.
Pisałam, a łzy, jak zwykle, gdy próbuje dotknąć mojego serca, toczyły się po
policzkach, kapały na biurko i klawiaturę. A ja pisałam, że jest mi smutno i
cały świat się zawalił, że nie potrafię jeść ani nawet oddychać, że umarła
część mnie, a to, co pozostało chyba do życia się nie nadaje.
Wysłałam, wyłączyłam komputer i płakałam dalej, jednocześnie zastanawiając
się, jak długo człowiek może cierpieć, ile łez jest w stanie wylać i kiedy
te łzy zaczną przynosić ulgę.
Wieczorem wróciłam na forum i zobaczyłam, że na mój list odpowiedziało
siedem osób. Nie mogłam uwierzyć, że aż tak wiele osób chciało mi
powiedzieć, że jest im przykro. To więcej niż do tej pory usłyszałam od
moich najbliższych. Czytałam i znowu płakałam, ale cieszyłam się z tych łez.
Były one nadal pełne smutku, ale także odrobiny wzruszenia, wdzięczności.
Poczułam się taka zrozumiana – wreszcie ktoś powiedział – wiem, co czujesz,
rozumiem cię, masz prawo płakać, być smutna – przeżywasz żałobę i pozwól
sobie na to.
Boże, jak ja bardzo potrzebowałam takich słów od kogoś jeszcze poza moim
mężem. Dziś z moich oczu nadal płynęły łzy, a smutek jak wierny pies nie
opuszcza mnie na krok, ale jakaś blokada w moim sercu puściła. Już nie czuję
tego rozdarcia między moim bólem i poczuciem tragedii, a próbami
zbagatelizowania tego, co się stało przez moje otoczenie. Już nie… już wiem,
że wszystko, co czuję to normalny efekt największej tragedii, jaka może
spotkać człowieka – umarło nasze Dziecko.
15.grudnia (czwartek)
Znowu czwartek. To już dwa tygodnie. Nie potrafię sobie wyobrazić
dalszego życia, nie umiem stworzyć żadnego planu na przyszłość. I mam
wrażenie, że już zawsze tak będzie, że będę budzić się z obawą, czy uda mi
się przeżyć dzień i czy nie zapomnę w nim, że trzeba oddychać. Że każdy
poranek będzie zaczynał się od ogromnego wysiłku, który muszę wkładać w to,
żeby wstać z łóżka. I chociaż odrobiny zdrowego rozsądku, które we mnie
zostały podpowiadają mi, że w końcu będzie dobrze, to nawet one nie wiedzą,
gdzie w czasie umiejscowić ten koniec.
Przeszłość mnie nie opuszcza, miesza się z teraźniejszością. O poranku
witają mnie obrazy z mojego dawnego życia i to one przemykają na palcach
przed moimi oczami, gdy próbuję zasnąć. Wracam do wspomnień sprzed paru
miesięcy, przypominam sobie nasze rodzinne wakacje nad morzem, ale i na tych
cudownych wspomnieniach kładą się ogromnym cieniem obrazy sprzed paru
tygodni. Bo to tam właśnie obudziło się we mnie to ogromne pragnienie, aby
mieć drugie Dziecko. Patrzę na nasze zdjęcia z wakacji i myślę, że tacy
byliśmy szczęśliwi i jakoś nie opuszcza mnie uczucie, że nigdy już takiego
szczęścia nie poczuję. Nie chcę mu wierzyć, ale nie znajduje argumentów, aby
to uczucie pokonać.
16.grudnia (piątek)
Staram się z całych sił odbudować to nasze życie, a raczej zbudować je na nowo. I próbuję, każdego dnia zbieram te odrobiny spokoju z dna mojego serca i próbuje połączyć je ze sobą w nadziei, że uda mi się stworzyć, choćby najbardziej kruche fundamenty dla naszego życia. Przy wszystkich możliwych z mojej strony wysiłkach okazuje się, że efektem tej pracy jest spokój cieniutki jak pajęcza nić i równie nietrwały. Jednak pielęgnuję go, staram się wzmocnić, bo w nim cała nadzieja, bo bez tego pokoju w sercu trudno zrobić choćby najmniejszy krok naprzód. Lecz ta nić jest bardzo krucha, zupełnie nie odporna na najmniejsze dotknięcia i mimo moich wysiłków pęka…wiatr rozrywa ją i unosi. Jeszcze widzę jej skrawki tańczące na wietrze, jeszcze myślę naiwnie, że wiatr zmieni kierunek i wrócą do mnie, może trochę zniszczone, ale jednak wrócą. Lecz moje odrobiny tak mozolnie budowanego spokoju mają inny cel i wesoło, zbyt wesoło jak dla mnie lecą do niego…
17.grudnia (sobota)
Został równy tydzień do wigilii. Trudno mi w ogóle myśleć o tych nadchodzących świętach, a już zupełnie nie stać mnie na jakąkolwiek radość. Bo w ten przedświąteczny czas nie potrafię przestać myśleć, że mogło być tak pięknie. Duchy naszych planów i marzeń nie pozwalają o sobie zapomnieć, a teraz odwiedzają mnie dużo częściej. Już się prawie do nich przyzwyczaiłam, przez ostatnie tygodnie dobrze je poznałam, są już jak starzy znajomi. Uczę się jak z nimi żyć, aby zauważając ich obecność nie pozwolić się wciągnąć w podróż w przeszłość. Ale są takie dni jak dziś, gdy nie mam sił się opierać i pozwalam, aby wzięły mnie za ręce i poniosły mnie w najpiękniejsze dni naszego życia, gdy radość przepełniała nasze serca, a przyszłość, choć czasem drżącą z lęku ręką, rysowała się w pięknych jasnych barwach. I choć w jakiś sposób te podróże są przyjemne, to każda z nich kończy się w ten sam, bolesny sposób – powrotem w ciemność, do życia, które uciekło.
18.grudnia (niedziela)
Zwykle w niedziele chodzimy na rodzinne obiady do moich rodziców lub teściów, ale jeszcze nie mam na to sił. Męczę się strasznie ich odwiedzinami, tymi próbami udawania, że nic się nie stało. Więc i dziś zostajemy w domu, pobędziemy ze sobą ja, mój mąż i nasza córeczka. Aga jest dla mnie jasnym promyczkiem, który oświetla ciemność, jest motorem napędowym każdego poranka i w pewnym sensie zmusza mnie do życia. Każdego dnia dziękuję, że ją mamy. Że mogła przeżyć 9 miesięcy pod moim sercem i urodzić się praktycznie beż większych komplikacji. Jest największym skarbem, jaki mamy, ale nie może być pocieszeniem po stracie Pawełka. Nie mogę i nie chcę jej tak traktować, ona nie może żyć za siebie i za swojego brata. Staram się, aby nasza rozpacz nie wgryzała się za bardzo w jej codzienność i chcąc, nie chcąc nadal prowadzę podwójne życie. W jednym staram się być dobrą mamą dla Agi – taką, która mocno przytula, uważnie słucha, wymyśla zabawy, pokazuje świat, śmieje się i wygłupia. W drugim życiu jestem mamą, która nadal opłakuje śmierć swojego Dziecka. I splatają się te życia w ciągu każdego dnia, czasem wchodząc sobie w drogę. Ja jednak uczę się godzić je ze sobą i chyba coraz lepiej mi się to udaje.
19.grudnia (poniedziałek)
Taki dobry dzień. Mało mamy takich dni, ale jednak się zdarzają. Gdy przychodzą, to tak, jakby mały, niesforny promyczek słońca miał sobie za nic tę grubą warstwę chmur nad moim życiem. I przekornie, jakimś cudem znalazł w nich małą szparkę i postanowił przedrzeć się przez nią. A ja witam go z delikatnym, niepewnym uśmiechem. Pozwalam, aby świecąc oślepił mnie. Zamyka oczy i wyczuwam ciepło, jakie niesie ze sobą. Korzystam z tego chwilowego światła i przyglądam się ruinie naszego życia. W tym świetle można zobaczyć dużo więcej, czasem nawet dostrzec jakieś klejnoty, które odbijając ten jeden promyczek, pomnażają jego moc. I choć trwa to chwilę, parę godzin, najwyżej pół dnia, to daje odrobinę sił, odgrzebuje schowaną na dnie serca nadzieję i pozwala choć trochę rozprostować przygarbione smutkiem plecy. W taki dzień jak dziś wiem, że jedynym i doraźnym sposobem na mój smutek jest życie obecnym, trwającym właśnie dniem. Bo strach i niepewność jutra w połączeniu z trwającym żalem mogłyby zgasić, stłumić ten mały promyk słońca.
20.grudnia (wtorek)
Szukałam dziś prezentów pod choinkę. Ale właściwie nic nie znalazłam
i wróciłam do domu nie dość, że kompletnie roztrzęsiona, to jeszcze z
ogromnym bólem głowy. Chodziłam od sklepu do sklepu, oglądałam wystawy pełne
Mikołajów, choinek, uśmiechniętych aniołków, patrzyłam na ludzi robiących
zakupy, czasem zabieganych, zniecierpliwionych, ale często szczęśliwych.
Patrzyłam i zastanawiałam się, jak mam przeżyć te Święta. Jak cieszyć się
rodzinną ich atmosferą, gdy nasza rodzina nie jest już w komplecie. A
jednocześnie wiem, że to pierwsze, takie bardziej świadome Święta naszej
Agusi. I chcę, aby mogła cieszyć się choinką, prezentami, szopką w Kościele.
Jednak trudno mi będzie stanąć przed żłóbkiem z dzieckiem na ręku i pustką
pod sercem. Tyle myśli przebiegało przez moją głowę, na tak wiele pytań nie
umiałam znaleźć odpowiedzi. Nie wiem, jak przeżyć ten czas, skąd wziąć siły,
aby pokazać naszej córeczce sens tych Świąt. Miałabym ochotę zamknąć się na
ten czas w domu i niech te Święta przyjdą, ale omijając nasze mieszkanie.
Wiem jednak, że to nieuczciwe wobec mojego męża, naszej córeczki i Pawełka.
Żeby było trochę łatwiej kupuję małego aniołka, którego powiesimy na choince
– taki naoczny znak, że nasze Maleństwo jest z nami i będzie także w te
Święta. Chcę wierzyć, że pomoże mi to choć odrobinę.
Mój mąż kupił dziś choinkę – w tym roku wyjątkowo wcześnie i wyjątkowo
ładną. Nie jest zbyt duża, ale za to bardzo gęsta i bardzo zielona. Nasza
córeczka zachwyca się nią, a my patrząc na ten zachwyt postanawiamy ubrać
nasze drzewko wcześniej, aby światełka i zabawki już dziś dawały jej radość.
Pierwszego wieszamy aniołka, na samym szczycie choinki, gwiazdka, która
ostatnimi laty zajmowała to miejsce zostanie w szufladzie, chyba już na
zawsze. Patrzę na aniołka i po cichu proszę nasze Maleństwo, aby opiekowało
się nami w ten nie najłatwiejszy czas.
21.grudnia (środa)
Dzisiaj dotarło do mnie jak bardzo zmieniło się moje patrzenie na życie na świat, na codzienność po śmierci naszego Pawełka. Nie złoszczą mnie już przyziemne kłopoty, nie wyprowadza mnie z równowagi fakt, że oto jakaś drobnostka pokrzyżowała moje małe plany. Pamiętam, że tragedia, jaka nas dotknęła zburzyła plany całego życia i w jej obliczu nic nie jest powodem do złości czy zniecierpliwienia. Zawsze, gdy wymiana zdań między mną a moim mężem zaczyna się niebezpiecznie zbliżać w stronę kłótni, zupełnie mimowolnie przychodzi mi do głowy myśl, że umarło nasze Dziecko. I całą sobą po raz tysięczny odczuwam kruchość życia i już wiem, że nie warto marnować czasu na jakiekolwiek kłótnie, spory wynikające często tylko i wyłącznie z chęci udowodnienia swojej, nie zawsze obiektywnie słusznej, racji. Odkryłam to wszystko, ale jednocześnie jest we mnie bunt, że ta lekcja o życiu, miłości musiała być aż tak bolesna. Chciałabym już zawsze wiedzieć i każdego dnia pamiętać o tym, co jest w życiu najważniejsze. I będę prosić Boga, aby pomógł mi pamiętać….będę Go prosić, jak tylko będzie mnie stać na powiedzenie Mu czegokolwiek więcej poza tym, aby wreszcie zlitował się nade mną. Jak tylko nauczę się znowu modlić, to może będzie mi łatwiej. Dziś jednak stać mnie tylko na cichutko szeptane, a czasem głośno wykrzyczane: zlituj się nade mną.
22.grudnia (czwartek)
Znowu kolejny czwartek. Trudno uwierzyć, że ten dzień tygodnia będzie mi się kiedyś kojarzył z czymś innym poza śmiercią naszego Dziecka. Każdego poranka sprawdzam mój telefon, czy nie ma na nim jakiejś odebranej wiadomości. Czekam właściwie sama nie wiem na co. Chciałabym, aby ktoś napisał, zapytał jak się czuję. Ale wiem, że minęły już trzy tygodnie, wszystko wokół wróciło do normy, każdy zajął się swoimi sprawami. Świat zatrzymuje się tylko na chwilę w obliczu śmierci, a w przypadku takiego Maleństwa, jak nasze, często nawet nie zauważa straty. A ja już wiem, że nigdy nie wrócę do stanu sprzed poronienia. Nadal ból jest ogromny. Czekam z nadzieją, że ktoś przebije ten mur samotności, a jednocześnie doświadczenia ostatnich tygodni nauczyły mnie, nie raz bardzo boleśnie, że trudno zrozumieć to cierpienie osobom, które same tego nie doświadczyły. I często w ramach pocieszenia słyszę, że powinnam zacząć już żyć dalej, głowa do góry, będziesz miała jeszcze dzieci, Pan Bóg daje tyle cierpienia, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Tyle, że po takich słowach mówionych czy pisanych zaczynam odczuwać złość i kompletny brak zrozumienia i myślę, że może to milczenie naszych znajomych i przyjaciół jest lepsze. Bo nikt nie potrafi już odpowiedzieć na pytanie jak ja mam dalej żyć? Skąd wziąć siły, aby podnieść głowę do góry? Skąd mogą mieć pewność, że będę miała dzieci? A Pan Bóg mam wrażenie, że się pomylił, bo ja nie jestem w stanie znieść tego cierpienia. Chciałabym, aby ktoś się zapytał jak się czuję i po prostu posłuchał, co mam do powiedzenia, pozwolił mi popłakać, a tym samym pozwolił odpocząć mojemu mężowi od moich łez, które nie przestają płynąć.
23.grudnia (piątek)
Jutro Wigilia. Wigilia narodzenia Pana Jezusa. Każda minuta tych Świąt będzie nam przypominać o szczęściu, które utraciliśmy. Wszystkie wysłuchane czy wyśpiewane kolędy o małym Jezusie będą ściskać serce, spojrzenie na pusty talerz wystarczy, aby myśli powędrowały w stronę Pawełka, który nigdy z nami przy stole nie usiądzie. Trudny będzie ten wigilijny czas, dlatego postanowiłam go przeżyć nie myśląc. Wiem, że mam zdolność włączania swego rodzaju znieczulenia, nie na długo, ale przez te parę godzin dwóch Wigilii spędzanych u moich rodziców i teściów powinno się udać. Będę tam dla Agusi, postaram się aby miała dużo wrażeń i radości, a sama przestanę udawać, gdy wrócimy do domu. Nie podoba mi się to rozwiązanie, ale inaczej w naszych rodzinach się nie da. Bo co oni zrobiliby z płaczącą w głos córką czy synową?
24.grudnia (sobota)
Wigilia. Udało się przeżyć. Wzięliśmy udział w zmowie milczenia, odegraliśmy woje role – nikt nic nie mówił, życzenia standardowe, tylko trochę więcej żalu w sercu. I moje znieczulenie działało, nie licząc tych kilku łez, którym pozwoliłam popłynąć zamknięta w toalecie. Ale po powrocie do domu, patrząc na choinkę i wiszącego na niej aniołka poczułam, że za dużo tego żalu. Za dużo smutku i skrywanych łez. I ruszyła lawina żalu, który nie ma końca. Żalu do siebie, że nie potrafię im wszystkim powiedzieć, że umieram z bólu. Żalu do rodziny, że milczą, że udają, że nic się nie stało. Żalu do Boga, że za rok nie stanę przy żłóbku z Agusią i Pawełkiem. Żalu bez końca…
Czego można życzyć w Wigilię rodzicom, którym umarło wyczekane, wytęsknione i ukochane Dziecko? Ja mam dziś jedno życzenie, aby już nigdy żadne z moich dzieci nie umarło przede mną.
monika