List w sprawie artykułu z Gazety Wyborczej

Szanowne Panie!

 

Bardzo poruszył mnie artykuł Pań autorstwa zamieszczony na portalu gazeta.pl.

Jestem prawnikiem, zajmuję się prawem administracyjnym w teorii i praktyce - bo wykładam tę dziedzinę na uczelni i zajmuję się sprawami z jej zakresu w praktyce kancelaryjnej. Czasem doradzam Stowarzyszeniu Rodziców po Poronieniu a często indywidualnym osobom, które dotknęło to nieszczęście.

Doprowadzenie do sytuacji prawnej , w której chcący tego rodzice mogą pochować swoje zmarłe przed narodzinami dziecko wymagało wielkiego zaangażowania i wysiłku wielu osób. Nie wdając się w  bezprzedmiotowe dyskusje, czy płód to dziecko, czy warto chować zarodek itp. pozostaje stwierdzić, że w naszym kraju wiele, wiele osób chce mieć do tego prawa, a pragnienie takie zasługuje na szacunek. Jeśli niedostatecznie przekonujący jest przykład kobiety, która  - często zupełnie niezależnie od wyznania - płód uważa za dziecko, człowieka już od pierwszych chwil ciąży, a jego utrata jest dla niej emocjonalnie porównywalna do śmierci członka rodziny, to proszę wziąć pod rozwagę dramatyczniejsze przypadki. Nierzadko zdarza się, że jedna kobieta roni kilka albo kilkanaście razy. Nie zawsze bardzo wcześnie - czasem po dobrych kilkunastu tygodniach, kiedy myśl o dzidziusiu na dobre zadomowiła się w głowie, wiedzą i czekają wszyscy znajomi i rodzina, czasem już brzuch się nawet zaokrąglił. Kiedy poronienie fizycznie boli jak poród (a tak jest po 12 tygodniu), kiedy dziecka nie ma, a z piersi płynie mleko. Czasem tej kobiecie nie udaje się donosić żadnej ciąży. I taka kobieta rzadko mówi o sobie, że nie ma dzieci. Raczej że ma, tylko nie żyją. Chce mieć po nich choćby jakiś ślad - grobek na cmentarzu, akt zgonu. Proszę mi wierzyć, że wiele takich osób spotykam, wielu pomagałam dochodzić swoich praw, dla wielu możliwość pochówku była najważniejszą życiową sprawą - a ja w swojej praktyce nie bardzo potrafię wskazać dramatyczniejsze i smutniejsze postępowania.

Faktem jest też, że często w pierwszym oszołomieniu o pogrzebie się nie myśli. Za to taka myśl przychodzi później. Klientek, które pytają, co zrobić, bo nie wypełniły na czas dokumentów w szpitalu, nie pomyślały, a one teraz nie mogą spać po nocach na myśl o tym, co stało się z ciałkiem ich dziecka i nie pomaga nawet droga psychoterapia choć minęło już 6 miesięcy, rok, dwa lata?  - mam wiele.

Jasne, że są i tacy, którzy wolą zapomnieć, szybko zamknąć rozdział. I ich prawo do takie postępowania jest święte.

Dlatego lepiej chyba byłoby napiętnować urzędników i lekarzy, którzy nie zadają sobie trudu poprawnego zinterpretowania przepisów, niż piętnować dobre prawo, z trudem zdobyte. Artykuł Pań przedstawia sprawę w zgoła innym świetle. Tak jakby te przepisy powstały po to, by kobietom życie zatruć.

W swoim artykule same używają Panie sformułowania ,,prawo do pochówku". Skoro prawo - to nie obowiązek. Z ustawy z dnia 31 stycznia 1959 roku z późn. zm. O cmentarzach i chowaniu zmarłych jasno wynika, że prawo do pochówku ma rodzina (art. 10 ust. 1), a jeśli z niego nie korzysta, to obowiązek pochówku spada na gminę (art. 10 ust. 3), przy czym jest to dla gminy zadanie własne o charakterze obowiązkowym. Pracownicy gminy nie mają więc żadnych podstaw, aby przymuszać do sprawienia pogrzebu kobietę po poronieniu. Jeśli to robią, to łamią prawo. Tu nie ma miejsca na niejasną interpretację, bo przepisy są oczywiste. A interpretacja błędna - to po prostu zła, skandaliczna praca urzędników.

Szkoda, że nie poradziły się Panie prawnika  w kwestii stanu prawnego. Jednym artykułem, sugerującym, że stan prawny jest niejasny i niedobry, zrobiły Panie bardzo złą atmosferę wokół kwestii niezwykle delikatnej, o którą trudno walczyć - a proszę mi wierzyć, że jest jeszcze o co, bo kwestie rejestracji dzieci nadal przysparzają kłopotów i tam faktycznie prawo nie jest stuprocentowo jasne. Tym samy głupota i grubiaństwo urzędniczki z Kielc dotknie nie tylko bohaterkę artykułu, ale i wiele innych kobiet, które ze swego prawa chciałyby skorzystać, a z tego zrezygnują z powodu społecznej presji, albo spotkają się z odmową lekarza albo urzędnika pozostającego pod wpływem tego tekstu.

Może dałoby się to jeszcze choć trochę naprawić?

W razie potrzeby pozostaje do dyspozycji, chętnie wyjaśnię wszelkie zawiłości, historię i chronologię zmian w prawie. Niedługo przypada Dzień Dziecka Utraconego, szczególnie smutny dla tych, którzy o małym grobku marzyli, a prawo  i/lub zła wola niekompetentnych osób nie pozwoliły im tego marzenia zrealizować. Przykro, że akurat teraz piętnuje się przepisy, które pozwalają zmienić sprawę na lepszą?

Na koniec, żeby uprzedzić ewentualne podejrzenia z góry dodam, że nie zarabiam na poronieniach. W tych sprawach zawsze występuję społecznie, nigdy nie biorę honorarium.

  Katarzyna Gruszecka-Spychała

(c) 2004-2005 www.poronienie.pl.