KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

NAM SIĘ UDAŁO WYGRAĆ...

Dzień 22 stycznia 2008r.,14 tydz . ciąży-od rana zaczęłam gorączkować,myśleliśmy że to zwykłe przeziębienie,zaczęły się pobolewania podbrzusza... Zaczęliśmy się z mężem niepokoić,telefony do lekarza prowadzącego,który okazał się bezradny,niekompetentny,zlekceważył nas i naszą interwencję nie udzielając pomocy,na którą liczyliśmy... Nadszedł wieczór, który nic nie zmienił na lepsze, wręcz przeciwnie - nasiliły się bóle. O 21ej wezwaliśmy pogotowie, które zjawiło się po 1,5godz. - zbadał mnie lekarz, stwierdził, że nic nie może mi przepisać, ponieważ jestem w ciąży (zalecił zimne okłady na zbicie gorączki!) i to było wszystko z ich strony. Odjechali. Minęła kolejna godzina i o 24ej ponowne wezwanie karetki - tym razem przewozowej - bóle się nasiliły, były już rytmiczne co 5min., później co 3min. Wreszcie po godzinie oczekiwania przyjechali, zabrali mnie do szpitala we Włoszczowie, jazda trwała ponad pół godziny, bóle stały się silne i ciągłe. Dojeżdżaliśmy i nagle poczułam pęknięcie w środku, ciepło, i ból ustał...nie zdążyliśmy! Wody razem z krwią odeszły w karetce. Izba przyjęć,jest już 2.00 w nocy, przychodzi kobieta (specjalista ginekolog!), pytam czy uda się uratować dziecko czy już jest za późno - odpowiada, że jest już w pochwie. Później dowiaduję się, że było to tzw. ”poronienie w toku”. Wyjmuje dzieciątko (nie widzę go...) pytam tylko wśród potoku łez, czy to był chłopczyk czy dziewczynka - odpowiada: Nie wiem!
Nie mierzy, nie waży, nie sprawdza płci dziecka - z punktu widzenia medycznego w 14 tyg. można bez problemów ustalić płeć dziecka - ona tego nie robi!
Podano mi morfinę, leżę na fotelu ginekologicznym (wszystko wiruje) i zaczyna się zabieg łyżeczkowania, czuję straszny ból wyrywanego łożyska... Jeszcze podłączenie welflonu i już po wszystkim, odjazd na salę pozabiegową. Gdy leżałam po zabiegu przyprowadzono dwa razy kobiety w zaawansowanej ciąży na badanie USG - można sobie tylko wyobrazić, co czułam. Na tym chyba polega wsparcie psychologiczne po stracie dziecka w tym szpitalu!!!

Nikt mnie o nic nie zapytał (np. czy chcę pochować dziecko), a ja nie wiedziałam, do czego mam prawo. Dopiero mąż szukając w internecie informacji na temat poronienia, natknął się przypadkiem na tę stronę. Czytając dowiedział się, że mamy prawo do tego, aby pochować nasze dzieciątko. Ani chwili się nie zastanawialiśmy - wiedzieliśmy, że tego chcemy.

I w ten sposób zaczęła się nasza, trwająca tydzień, walka ze szpitalną biurokracją o wydanie karty, abyśmy mogli dziecko zarejestrować w USC i pochować. Zaraz na drugi dzień po wyjściu ze szpitala pojechaliśmy do szpitala, poprosiliśmy panią lekarkę (która robiła mi zabieg) o wydanie nam karty, dostaliśmy z miejsca odmowną odpowiedź, stwierdziła, że nie był to poród, że „było to tylko poronienie”. Tłumaczymy jej, że chcemy pochować nasze dziecko, na co ona odpowiada, że to było „NIC”! Pytamy, gdzie jest dziecko, bo chcemy je pochować - odpowiada, że w Kielcach i możemy sobie „TO” zabrać i zrobić z „TYM”, co chcemy! Zostaliśmy wyproszeni, odmówiła wydania nam tej karty. Nasze zdumienie, zaskoczenie było ogromne - jak osoby pracujące w tym zawodzie są bezduszne i pozbawione jakichkolwiek uczuć...

Mąż jeździł do szpitala codziennie, pisaliśmy pisma, prośby, groźby - nic nie pomagało. Wreszcie na odczepnego lekarz wypisała kartę - ale źle! Pani w USC w żadnym wypadku nie chciała na jej podstawie zarejestrować naszego dziecka, ponieważ brakowało wszystkich danych.

Zdesperowani udaliśmy się do Warszawy do szpitala im. Św. Rodziny - do dyrektora i poprosiliśmy o pomoc. Udzielił nam wsparcia, przekazał wiele informacji, za które jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Skierował nas również do Ministerstwa Zdrowia. Zaraz się tam udaliśmy prosząc o interwencję - dyrektor Departamentu Zdrowia była przychylna naszej prośbie, wykonała tel. do dyrektora szpitala i wysłała faks, wyjaśniając, że mamy prawo do pochówku. Dopiero dzięki tej interwencji nasz koszmar wydawał się dobiegać końca... wróciliśmy do szpitala we Włoszczowie (towarzyszyła nam reporterka z Warszawy), gdzie już czekały na nas dokumenty (kolejny raz źle wypełnione!) i wiadomość: to był syn miał 13cm.

Na naszą prośbę dyrektor warszawskiego szpitala rozmawia telefonicznie z ordynatorem włoszczowskiego - wyjaśnia jaka jest podstawowa „definicja urodzenia” i w jaki sposób powinno się dobrze wypełnić kartę! Nareszcie udajemy się kolejny już raz do USC, możemy bez przeszkód zarejestrować synusia Konradka... Jedziemy do zakładu pogrzebowego, umawiamy się że pojedziemy po ciałko do Kielc i pogrzeb zrobimy zaraz po przyjeździe.

Jesteśmy w Kielcach w Instytucie Histopatologii, odbieramy pojemniczek, w którym jest ciałko. Wszyscy odradzają oglądanie. Ja nie mogę wytrzymać, bardzo chcę zobaczyć nasze pierwsze dzieciątko. Namawiam męża, żeby zobaczyć. Otwiera, widzimy naszego pięknego, maleńkiego synusia - ma już wszystko, oczka, usteczka, rączki... Jesteśmy nareszcie szczęśliwi i zaspokojeni. Gdybyśmy go nie zobaczyli, czulibyśmy jakiś niedosyt, żal, że nie widzieliśmy naszego pierworodnego. Teraz mamy naszego synusia na cmentarzu i na pamiątkowych zdjęciach - kiedyś nasze dzieci zobaczą, że mieli braciszka...

Oby wszystkim udało się w tak szybkim czasie wygrać walkę ze szpitalną (w sumie niepotrzebną i bezprawną) biurokracją tak jak nam. Wszystko zawdzięczam mojemu ukochanemu mężowi - który się nie poddał i walczył o nasze prawo do samego końca. Prawo jest po naszej stronie - trzeba to wszystkim uświadomić i zachęcić by się nie poddawali. Szpitale są po prostu niedoinformowane. Czasem trzeba wszystko poruszyć (np. Prasę, telewizję) co tylko się da, aby dopiąć swego - uzyskać to, co się nam prawnie należy.

Dorota i Krzysztof - Rodzice Konradka zm. w 14. tygodniu ciąży