KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Świt i zmierzch

W pierwszych dniach czerwca, kiedy na wzgórzach zakwitły dzikie róże, a całe Glen tonęło w kwiatach jabłoni, przybyła do małego domku Maryla w towarzystwie wielkiej walizy, obitej mosiężnymi gwoździami, która od pół wieku spoczywała w ciszy jakiegoś kąta Zielonego Wzgórza.

Zuzanna Baker, która w czasie swego kilkutygodniowego pobytu w małym domku nauczyła się ubóstwiać „młodą panią doktorową”, jak w ślepym zapale nazywała Anię, spoglądała z początku na Marylę zazdrosnym i niechętnym okiem. Kiedy się jednak przekonała, że Maryla nie ma zamiaru mieszać się do jej spraw w kuchni ani przeszkadzać w usługiwaniu Ani, pogodziła się szybko z jej obecnością i opowiadała swym przyjaciółkom, że panna Cuthbert jest miłą, starą damą, która dobrze wie, jakie miejsce jej się należy.

Pewnego wieczoru, kiedy przezroczysta cisza niebios jaśniała w czerwieni zachodzącego słońca, a małe ptaszyny świergotały w złocistych półmrokach swe hymny do gwiazd, wszczął się nagły ruch w małym domku. Wieści wysłane zostały telefonicznie do Glen i wnet potem przyjechał doktor Tomasz z pielęgniarką w białym czepcu. Maryla, chodząc w ogródku między muszlami dookoła gazoników, odmawiała modlitwy, a Zuzanna siedziała w kuchni, z zatkanymi uszami i fartuchem narzuconym na głowę.

Ewa widziała ze swego okna, że w małym domku świeciły się wszystkie lampy, i nie mogła zasnąć całą noc.

Krótka jest noc czerwcowa, zdała się jednak wiecznością dla tych, którzy czuwali i czekali.

- Czy to się nigdy nie skończy? – zawołała Maryla.

Widziała poważne twarze doktora i pielęgniarki i bała się dalej pytać przypuszczając, że Ania... ale Maryla nie chciała nic przypuszczać.

- Niech mi pani nie mówi – zawołała gwałtownie Zuzanna w odpowiedzi na udrękę w oczach Maryli – że mógłby Bóg być tak okrutny, aby zabrać spośród nas to niewinne jagniątko, które tak bardzo kochamy!
- Zabierał już inne, równie gorąco kochane – odrzekła Maryla ochrypłym głosem.

Wreszcie o świcie, kiedy wschodzące słońce przedarło zasłonę z mgieł, wiszącą nad portem, i promieniami swymi nadało jej kolory tęczy, radość zapanowała w małym domku. Ania była uratowana, a obok niej leżała malutka istotka z dużymi oczętami swej matki. Gilbert, na którego szarej twarzy odbiły się wszystkie troski i cierpienia minionej nocy, przyszedł, aby donieść o tym Maryli i Zuzannie.

- Dzięki niech będą Bogu! – szepnęła Maryla.
Zuzanna wstała i wyjęła watę z uszu.

- No, a teraz do śniadania! – zawołała. – Mam wrażenie, że wszyscy będą radzi z małej zakąski i zupy. Proszę powiedzieć młodej pani doktorowej, żeby o nic się nie troszczyła. Ster domu jest w rękach Zuzanny. Może myśleć tylko o swoim dziecku.

Gilbert smutnie się uśmiechnął odchodząc. Ania z bladą twarzyczką, z oczyma, w których płonął święty ogień macierzyńskiej miłości, nie potrzebowała, aby jej przypominano o obowiązkach względem dziecka. O niczym innym nie myślała. Przez kilka godzin czuła w sobie tyle szczęścia, że pytała, czy jej go nie zazdroszczą anieli w niebie.

- Moja Joyce – szepnęła, kiedy Maryla przyszła, aby zobaczyć maleństwo. – Postanowiliśmy tak nazwać dziewczynkę. Tyle było imion, które chcieliśmy jej nadać i nie mogliśmy się zdecydować na żadne. A potem zgodziliśmy się na Joyce, w skróceniu Joy – radość. To tak dobrze się nadaje. Ach, Marylo! Myślałam, że dawniej byłam szczęśliwa. Teraz wiem, że wówczas miałam tylko piękne sny o szczęściu. Dziś dopiero stało się ono rzeczywistością.

- Nie mów zbyt dużo, Aniu. Musisz poczekać, aż będziesz mocniejsza – ostrzegała Maryla.
- Wiesz, jak mi trudno przychodzi milczenie – uśmiechnęła się Ania.

W pierwszych chwilach była zbyt osłabiona i zbyt szczęśliwa, żeby zauważyć wyraz powagi na twarzach Gilberta i pielęgniarki, a niepokoju w oczach Maryli. Potem tak cicho, zimno, bezlitośnie jak mgły skradające się od morza przestrach począł wciskać się do jej serca. Dlaczego Gilbert nie okazywał więcej radości? Dlaczego nie chciał mówić o dziecku? Dlaczego nie chcieli jej przynieść dzieciny po tej pierwszej godzinie niebiańskiego szczęścia? Czy... czy stało się coś złego?

- Gilbercie – błagalnie szepnęła Ania – czy dziecko ma się dobrze, powiedz, powiedz?

Długiej chwili trzeba było, żeby Gilbert się do niej zwrócił. Potem nachylił się nad Anią i spojrzał jej w oczy. Maryla przerażona, stojąc za drzwiami, usłyszała bolesny jęk i uciekła do kuchni, gdzie zastała zapłakaną Zuzannę.

- Biedne jagniątko, biedne jagniątko! Jak ona to zniesie, panno Cuthbert? Boję się, że to ją zabije. Taka była szczęśliwa i tak czekała na to dziecko, i tyle robiła planów na jego przyszłość. Czy nic nie można poradzić?

- Niestety, myślę, że nie, Zuzanno. Gilbert mówi, że nie ma żadnej nadziei. Od pierwszej chwili wiedział, że dziecina nie będzie żyła.

- Taka słodka istotka – szlochała Zuzanna. – Nie widziałam nigdy tak białego dziecka. Najczęściej są czerwone albo żółte. A oczy to otworzyła, jakby już miała kilka miesięcy. Takie maleństwo! O biedna młoda pani doktorowa!

O zachodzie słońca mała duszyczka, która zjawiła się o świcie, odeszła zostawiając za sobą zbolałe serca. Panna Kornelia odebrała malutką, białą sukieneczkę uszytą przez Ewę. Ewa prosiła o to. Potem zaniesiono ją i położono obok biednej, złamanej, zalanej łzami matki.

- Bóg dał, Bóg wziął, kochanie – mówiła przez łzy panna Kornelia. – Błogosławione niech będzie Jego Imię...

Odeszła potem, pozostawiając Anię i Gilberta samych z drogą zmarłą dzieciną.

Następnego dnia złożono małą, białą Joy w trumience wybitej aksamitem, którą Ewa ubrała kwiatami jabłoni, i zaniesiono na cmentarz za kościołem, obok przystani. Panna Kornelia i Maryla poskładały wszystkie ubranka i schowały je razem z przystrojoną koronkami i frędzelkami kołyską, w której miało spoczywać drobne ciało i puszysta główka. Nie było przeznaczone małej Joy spać tam. Znalazła sobie inne, zimniejsze i skromniejsze łóżeczko.

- Bardzo to jest wielki zawód dla mnie – westchnęła panna Kornelia. – Oczekiwałam tego dziecka i życzyłam sobie bardzo, aby to była dziewczynka.

- Ja mogę tylko podziękować Bogu, że życie Ani zostało uratowane – powiedziała Maryla, z drżeniem przypominając sobie te ciężkie chwile, kiedy jej ukochana wychowanka zdawała się już wędrować przez dolinę duchów.

- Biedne, biedne jagniątko, jej serce jest zupełnie złamane! – dodała Zuzanna.
- A ja zazdroszczę Ani! – zawołała gwałtownie Ewa. – Zazdroszczę jej, chociaż dziecko umarło! Przez jeden cudowny dzień była matką. Chętnie oddałabym za to moje życie!

- Ja bym tego nie mówiła, kochanie – zauważyła z prośbą w głosie panna Kornelia. Bała się, aby taka godna osoba jak Maryla nie nabrała złego wyobrażenia o Ewie.

Rekonwalescencja Ani była długa i dużo rzeczy sprawiało jej nieznośny ból. Kwitnące drzewa i słońce w Czterech Wiatrach szarpały jej duszę, a gdy ciężko padały krople deszczu, wyobrażała sobie, jak bezlitośnie uderzają w tę mogiłkę za przystanią. W podmuchach wiatru dokoła małego domku zdawała się słyszeć pełne smutku głosy, jakich nie słyszała nigdy przedtem.

Dobrzy ludzie, którzy ją odwiedzali i najszczerszymi słowami pociechy starali się przysłonić całą okropność poniesionej straty, ranili również jej serce. List, jaki otrzymała od Izy Blake, był jednym akordem więcej. Iza słyszała o przyjściu na świat dziecka, nie wiedziała nic natomiast o jego śmierci i napisała list z gratulacjami, pełen wesela, który Anię strasznie zabolał.

- Tak bym się cieszyła z tego listu, gdybym miała obok siebie moje dziecko – z łkaniem mówiła do Maryli – ale teraz wydaje mi się, że to umyślne jakieś okrucieństwo. Chociaż wiem, że Iza za nic w świecie nie zrobiłaby mi takiej przykrości. Ach, Marylo, nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę mogła być szczęśliwa! Wszystko mi będzie sprawiać przykrość, aż do końca mojego życia.

- Czas ci pomoże – odparła Maryla, która rada by wyrazić Ani jak najpiękniej całą swą miłość, a nie umiała ubrać inaczej swych uczuć jak w stare, oklepane słowa.

- To nie jest sprawiedliwe! – zawołała buntując się Ania. – Dzieci się rodzą i żyją tam, gdzie nikt ich nie chce, gdzie się o nie nikt nie troszczy, gdzie nie mają żadnej przyszłości. Ja bym tak kochała moje maleństwo i tak dobrze bym się nim opiekowała, i tak starałabym się mu zapewnić dobrą i szczęśliwą przyszłość, a przecież nie było mi pozwolone zachować go dla siebie.

- Tak Bóg chciał, Aniu – powiedziała Maryla, bezradna wobec zagadki śmierci. – Małej Joy teraz jest o wiele lepiej!

- Nie uwierzę w to! – z goryczą zawołała Ania. A zobaczywszy, że Maryla spojrzała na nią z wyrzutem, dodała zmieszana: - To po co przyszła na świat? Dlaczego w ogóle rodzą się dzieci, jeżeli ma im być lepiej po śmierci? Nie wierzę, ażeby dla dziecka było lepiej umrzeć zaraz po urodzeniu, aniżeli przejść całe życie, kochać, być kochanym, radować się i cierpieć, wykonać całą swą pracę i rozwinąć cechy, które by mu dały w wieczności jakąś indywidualność. A skąd możesz wiedzieć, że to była wola boska? Może to było właśnie pokrzyżowanie planów boskich przez siły zła? Nie można od nas wymagać, abyśmy się z tym pogodzili.

- Ach, Aniu, nie mów tak – szepnęła Maryla, już doprawdy przerażona, nie chcąc, by Ania zapuściła się za daleko na niebezpieczne wody. – My nie możemy wszystkiego zrozumieć, ale musimy mieć wiarę, że wszystko jest jak najlepiej urządzone. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć właśnie teraz, ale staraj się być dzielną choćby dla dobra Gilberta. On jest taki zmartwiony z tego powodu. Nie nabierasz sił tak szybko, jak by to powinno być.

- Ach, wiem, że jestem bardzo samolubna – westchnęła Ania. – Kocham Gilberta więcej niż kiedykolwiek i chcę żyć dla niego. Ale przy tym zdaje mi się, że cząsteczka mnie samej została pochowana tam, na cmentarzu za przystanią, a to tak bardzo boli, że boję się życia.

- Nie zawsze cię to będzie tak bolało, Aniu.

- Myśl, że przestanie mnie to kiedykolwiek boleć, jest dla mnie jeszcze bardziej nie do zniesienia niż wszystko inne, Marylo.

- Tak, wiem. Odczuwałam to samo w stosunku do innych rzeczy. Ale my cię wszyscy tak kochamy, Aniu. Kapitan bywa tu codziennie i pyta o ciebie. Pani Moore zachodzi wciąż, a panna Bryant spędza tu większą część dnia, gotując dla ciebie różne dobre rzeczy. Zuzannie nie bardzo to się podoba. Wyobraża sobie, że gotuje co najmniej tak dobrze jak panna Bryant.

- Kochana Zuzanna! Ach, wszyscyście byli tacy dobrzy dla mnie. Nie jestem wcale niewdzięczna. I może, jak ten straszny ból trochę się uciszy, dojdę do przekonania, że mogę dalej żyć.

Zaginiona Małgorzata

Ania doszła do przekonania, że może dalej żyć; przyszedł nawet dzień, kiedy znowu śmiała się z uwag panny Kornelii. Był jednak w tym śmiechu odcień jakiś, którego nie słyszało się dawniej i który już na zawsze pozostał.

Pierwszego dnia, kiedy mogła wybrać się na wycieczkę, Gilbert zabrał ją do przylądka i tam ją zostawił, a sam czółnem popłynął w górę kanału, aby odwiedzić swego pacjenta w wiosce rybackiej. Wesoły wietrzyk igrał wzdłuż przystani i wydm piaszczystych, tworzył na wodzie białe czapeczki piany, a na przybrzeżne piaski pędził długie grzebienie fal.

- Dumny jestem, że panią znów widzę, pani Blythe – powiedział kapitan. – Proszę, niech pani usiądzie. Jestem w strachu, że za dużo tu dziś pyłu, ale mając taką scenerię przed sobą, nie potrzebuje pani zważać na pył, nieprawdaż?

- Nie zważam na pył – odrzekła Ania. – Ale Gilbert twierdzi, że muszę jak najwięcej przebywać na świeżym powietrzu. Myślę, że lepiej będzie, jak zejdę na dół i usiądę na skale.

- Chciałaby pani mieć towarzystwo czy woli pani być sama?
- Jeżeli pod słowem „towarzystwo” – rozumie pan siebie, to wolę je niż samotność – uśmiechnęła się Ania. Potem westchnęła. Dotychczas nie zwracała uwagi na samotność. Teraz obawiała się jej. Przytłaczała ją obecnie podwójnym ciężarem.

- Jest tu piękne miejsce, gdzie pani wiatr nie dosięgnie – powiedział kapitan, jak doszli do skały. – Często tu siedzę; to wspaniałe miejsce do marzeń.

- Ach, marzenia! – zawołała Ania. – Moje marzenia skończyły się.

- Ależ nie, nie, pani Blythe. – To nieprawda – żywo zaprzeczył kapitan. – Wiem co pani teraz czuje, ale za jakiś czas przyjdzie chwila, że pani znowu będzie szczęśliwa ,a pierwszą rzeczą będą nowe marzenia. Dzięki Bogu za nie. Lepiej, aby nas od razu pochowano, aniżeli odebrano możność snucia marzeń. Jak byśmy mogli znieść życie bez naszych, na przykład, marzeń o nieśmiertelności? A to jest, proszę pani, marzenie, które bezwarunkowo się spełni. Przyjdzie dzień, w którym pani znów ujrzy swoją małą Joyce.

- Ale ona nie będzie moim dzieckiem – powiedziała Ania drżącymi ustami. – Będzie może, jak mówi Longfellow: „piękną dziewczyną o niebiańskim wdzięku”, ale dla mnie będzie zupełnie obca.

- Bóg to lepiej urządzi, jestem pewien – powiedział kapitan.

Na chwilę oboje umilkli, a potem kapitan odezwał się cichym głosem:

- Pani Blythe, czy mogę pani opowiedzieć historię zaginionej Małgorzaty?

- Oczywiście – odpowiedziała Ania uprzejmie. Nie wiedziała, kim była „zaginiona Małgorzata”, ale spodziewała się usłyszeć jedną z przygód kapitana.

- Dawno już chciałem pani o niej opowiedzieć – ciągnął dalej kapitan. – A wie pani dlaczego? Bo chcę, żeby ktoś o niej pamiętał i myślał, jak ja już odejdę. Nie mogę pozwolić na to, aby imię jej miało pójść w zapomnienie. A obecnie nikt, oprócz mnie, nawet nie pomyśli o zaginionej Małgorzacie.

Kapitan chrząknął i zaczął opowiadać starą, bardzo starą, zapomnianą historię. Już pięćdziesiąt lat minęło od czasu, kiedy Małgorzata usnęła pewnego dnia w łódce swego ojca i popłynęła – tak przynajmniej przypuszczano, bo nic pewnego nie udało się ustalić – wzdłuż kanału, następnie poza wał utworzony przez piaszczystą wydmę – na otwarte morze, aby zginąć w burzy, która nagle wezbrała całą siłą i rozszalała się w owo letnie popołudnie. Ale dla kapitana tych pięćdziesiąt lat zdawało się dniem jednym.

- Miesiącami całymi wędrowałem wzdłuż brzegów, zrozpaczony, chcąc odnaleźć drogie ciało, morze jednak nigdy go nie zwróciło. Lecz ja ją kiedyś odnajdę, pani Blythe, ja ją odnajdę, ona czeka na mnie. Chciałbym opowiedzieć pani, jak ona wyglądała, ale nie potrafię. Widziałem pewnego razu cudną, srebrzystą mgłę zawieszoną nad wałem o wschodzie słońca i wydała mi się podobna do niej, a potem widziałem białą brzozę w lasku tam daleko i znowu ona mi przyszła na myśl. Miała drobne paluszki, jak pani, tylko bardziej opalone, bo to była wiejska dziewczyna. Czasami budzę się w nocy i słyszę, jak mnie woła morze, i zdaje mi się, że dolatuje mnie głos zaginionej Małgorzaty. A kiedy nad przystanią rozszaleje się burza i kiedy rozkołysane wichrem fale zaczną łkać i jęczeć, to dolatuje mnie między tymi głosami płacz Małgosi. A gdy fale śmieją się w promienne, słoneczne dni, wyobrażam sobie, że słyszę śmiech jej, słodki, dźwięczny śmiech. Morze mi ją zabrało, ale kiedyś ją odnajdę. Nic nie zdoła rozłączyć nas na zawsze.

- Jestem rada, że mi pan opowiedział jej historię – odezwała się Ania. – Często dziwiło mnie, dlaczego pozostał pan samotny.

- Nikt więcej mi się nie podobał, zaginiona Małgorzata zabrała ze sobą moje serce – powiedział stary marynarz, który przez pięćdziesiąt lat dochował wiary swej ukochanej. – Pani się nie gniewa na mnie, że tyle o niej mówię? Dla mnie to wielka rozkosz, bo ból minął, a zostało błogosławieństwo jej drogiej pamięci. Wiem, że pani jej nigdy nie zapomni, a mam nadzieję, że lata przyniosą w progi paninego domku inne małe dary. Chciałbym, aby mi pani przyrzekła, że opowie pani kiedyś swoim dzieciom historię Małgosi. Niech pamięć o niej nie zaginie między ludźmi.

L. M. Montgomery "Wymarzony dom Ani"