Kilka plotek o październikowych świętych
Świętość? To nie dla mnie... - można by pomyśleć w pierwszej chwili, gdy przypomnimy sobie wizerunki świętych z obrazków. Wzrok wzniesiony ku górze, anielska mina, uduchowienie wpływające na całą sylwetkę, nic tylko brakuje skrzydełek, żeby móc latać te 5 cm nad ziemią. A przecież święci to byli normalni ludzie, spotykały ich normalne, zwykłe, codzienne zdarzenia. Może tym się różnili, że potrafili - i to niekoniecznie przez całe swoje życie - mocno kochać Pana Boga.
Czy można się zaprzyjaźnić ze świętym? Można, choć w pierwszej chwili wydaje się, że to zupełnie niemożliwe, skoro tej osoby się nie widziało i z nią nie rozmawiało. O roli przyjaciół w życiu duchowym mówił 25 sierpnia 2010 r. papież Benedykt XVI na audiencji ogólnej.
“Mogą nimi być spowiednicy czy kierownicy duchowni. A także święci. Każdy z nas – powiedział Papież – powinien mieć swojego świętego. Czuć jego bliskość poprzez modlitwę i wstawiennictwo, a także starać się go naśladować we własnym życiu. Bądźcie pewni, staną się oni dobrymi przewodnikami, którzy pokażą wam, jak coraz bardziej kochać Boga – mówił Benedykt XVI. – Będą dla was cenną pomocą na drodze ludzkiego i chrześcijańskiego dojrzewania.”
Jeszcze nie wiem, co z tych “październikowych plotek” wyjdzie... Niektóre opisywane osoby to rzeczywiście “moi” święci, którzy co rusz, w różnych sytuacjach życia się pokazują. Trochę to pisanie odsłoni kulisy różnych fascynacji czy przyjaźni (mam nadzieję, że ci niebiescy przyjaciele się za to nie obrażą), będę chciała pokazać ich, jako orędowników za tymi osobami, które cierpią po śmierci dziecka i to jak oni, zupełnie nieobrazkowi, potrafili okazywać współczucie innym, którzy opłakiwali śmierć ukochanej osoby.
Zapraszam...
15 października
Dziś św. Teresy od Jezusa, Doktora Kościoła, wielkiej kobiety, która wpłynęła na duchowość Europy. Ostatnio co jakiś czas, przypadkowo, natrafiam na tekst jednej z jej modlitw. Gdy jest trudno i wszystko wydaje się przygniatać, słowa tej prostej modlitwy, przynoszą pokój:
Niech nic cię nie niepokoi, niech nic cię nie przeraża.
Wszystko mija, Bóg się nie zmienia.
Cierpliwość osiąga wszystko.
Temu, kto ma Boga, nie brakuje niczego.
Bóg sam wystarcza.
Czas żałoby to czas, gdy potrzebujemy cierpliwości, do samych siebie, do pojawiających się emocji, do powracającego bólu, choć już wydawało się, że nie wróci... Tej cierpliwości, prawdziwej, przynoszącej ukojenie, życzę wszystkim osieroconym mamom.
12 października
Któreż dziecko nie lubi urodzin? To wielki dzień dla każdego - czy ma się tych lat 5, 15 czy 50 lub 100... A dziś urodziny ma św. Teresa Benedykta od Krzyża, w swoim świeckim życiu znana jako Edyta Stein. Filozofka, naukowiec, zakonnica... Zamordowana w Auschwitz jako Żydówka. Choć katoliczka. Jej drogi do Boga były pokręcone, przez ścieżki niewiary, ale i też uczciwe poszukiwanie prawdy. Znalazła ją w Bogu, w Kościele Katolickim. Ona, której imię oznacza 'pobłogosławiona krzyżem' wie, co to znaczy i kochać i cierpieć. Od niej, z jej tekstów, z przyjaźni z nią możemy nadal czerpać. Gdy świat mówi nam, że śmierć dziecka jest nieważnym wydarzeniem, szukajmy prawdy we własnym sercu, gdzie miłość splątała się na zawsze z cierpieniem. Miłość - bo przecież pokochaliśmy nasze dzieci 'od pierwszego wejrzenia' i cierpienie, bo w sercu na zawsze zostaje tęsknota za tym, czego nie dane było nam przeżyć tu, na ziemi.
Była 11., ostatnim dzieckiem. Czworo rodzeństwa zmarło tuż po porodzie. Oczko w głowie całej rodziny, tym bardziej, że od najmłodszych lat b. dobrze się uczyła. Czy śmierć rodzeństwa wpłynęła jakoś na postawę małej Edyty? Trudno powiedzieć, ale wiele lat później, pisząc list do polskiego filozofa Romana Ingardena, po śmierci jego matki, potrafiła wyrazić w prosty i jednocześnie ciepły sposób wyrazy współczucia.
Z homilii kanonizacyjnej:
S. Teresa Benedykta od Krzyża mówi nam wszystkim: Nie uznawajcie za prawdę niczego, co jest wyzute z miłości. I nie uznawajcie za miłość niczego, co jest wyzute z prawdy! Jedno bez drugiego staje się niszczycielskim kłamstwem.
Nowa Święta naucza nas na koniec, że droga miłości do Chrystusa prowadzi przez cierpienie. Kto naprawdę miłuje, nie cofa się przed perspektywą cierpienia: godzi się na komunię cierpienia z umiłowaną osobą.[...]
Tajemnica krzyża stopniowo ogarnęła całe jej życie, a na koniec doprowadziła ją do najwyższej ofiary. Jako oblubienica Ukrzyżowanego, s. Teresa Benedykta nie tylko napisała głębokie rozważania o „wiedzy Krzyża”, ale przeszła aż do końca szkołę krzyża. Wielu naszych współczesnych chciałoby zmusić krzyż do milczenia. Ale nie ma nic bardziej wymownego niż krzyż zmuszony do milczenia! Prawdziwym przesłaniem cierpienia jest miłość. Dzięki miłości cierpienie staje się owocne, samo zaś cierpienie pogłębia miłość.[...]
W miarę jak w ciągu swojego życia zyskiwała coraz dojrzalsze poznanie Boga, czcząc Go w duchu i prawdzie, coraz wyraźniej uświadamiała sobie też swoje szczególne powołanie, by zostać ukrzyżowaną razem z Chrystusem, by przyjąć krzyż z radością i ufnością, by kochać go, idąc śladem umiłowanego Oblubieńca: św. Teresa Benedykta od Krzyża zostaje nam dziś ukazana jako wzór, z którego możemy czerpać natchnienie, i jako opiekunka, do której możemy się uciekać.[...]
Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami!
(Jan Paweł II, 11.10.1998 r., Plac św. Piotra)
Edyta Stein: Krzyż nie jest celem samym w sobie: wznosi się wzwyż i wskazuje drogę.
7 października
Dziś przypada święto Matki Bożej Różańcowej. O Maryi nie wypada plotkować... Choć może, gdy są to dobre informacje, to można spróbować. Ona wie, co to znaczy ból i cierpienie, rozumie więc serce każdej osieroconej mamy. Ona też najpiękniej pokaże nasze prośby swojemu Synowi. Czasami, gdy nie wiemy, jak możemy pomóc, jedyne, co możemy ofiarować, to dar wzajemnej modlitwy. Może być to modlitwa różańcowa. Rozważania Różańcowe.
6 października
W 2002 roku, tego dnia, w Rzymie odbyła się kanonizacja bł. Josemarii Escriva. To kolejny święty Kościoła Katolickiego, w którego historię życia wpisuje się śmierć dziecka.
Ojciec Josemarii jest handlowcem; zarówno ojciec, jak i matka są gorliwymi chrześcijanami. Josemaria jest ich drugim dzieckiem. Jego starsza siostra ma na imię Carmen. Pozostałe trzy siostry rodzą się i umierają w ciągu najbliższych paru lat. W końcu, po długim czasie, przyjdzie na świa jego brat, Santiago.
Historia rodziny Escrivá naznaczona jest dwoma przeciwstawnymi uczuciami: pogodą ducha i cierpieniem. Do żałoby po stracie córek dochodzi pogorszenie się sytuacji materialnej, gdyż z powodu oszustwa wspólnika upada interes ojca, który musi szukać pracy gdzie indziej. Rodzina przenosi się do Logroño. Tu, w wieku piętnastu lat, Josemariá doświadcza zdarzenia, które odmienia jego życie.
(Giuseppe Romano, “Opus Dei. Posłannictwo, inicjatywy, ludzie.”, wyd. Świętego Pawła, str. 29)5 października
Dziś w kalendarzu imieniny Faustyny. W tym dniu patronuje nam prosta dziewczyna, którą nazywamy także Apostołką Bożego Miłosierdzia.
Jednym ze sposobów, środków prowadzących do zbawienia w Kościele, są sakramenty, pierwszy i najważniejszy z nich, bo otwierający drogę do nieba jest Chrzest. Ale Pan Bóg może mieć też inne sposoby, aby zbawić ludzi, o tym już do końca nie wiemy, wszystko to jest zapisane w Bożych Tajemnicach... Możemy jednak żywić nadzieję na zbawienie dzieci, które zmarły przed Chrztem, a ta sytuacja dotyczy większości zmarłych dzieci.
Z Katechizmu Kościoła Katolickiego: Jeśli chodzi o dzieci zmarłe bez chrztu, Kościół może tylko polecać je miłosierdziu Bożemu, jak czyni to podczas przeznaczonego dla nich obrzędu pogrzebu. Istotnie, wielkie miłosierdzie Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni, i miłość Jezusa do dzieci, która kazała Mu powiedzieć: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im" (Mk 10,14), pozwalają nam mieć nadzieję, że istnieje jakaś droga zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu. Tym bardziej naglące jest wezwanie Kościoła, by nie przeszkadzać małym dzieciom przyjść do Chrystusa przez dar chrztu świętego. (KKK 1261)
4 października
4.10. ma swojego patrona w osobie św. Franciszka. W katechezie Benedykta XVI o św. Franciszku możemy przeczytać: Z miłości do Chrystusa rodzi się miłość do osób, jak również do wszystkich stworzeń Bożych. Oto inna cecha charakterystyczna duchowości Franciszkowej: poczucie powszechnego braterstwa i umiłowanie stworzenia, które natchnęło go do słynnej Pieśni Słonecznej albo Pochwały Stworzeń. Niejednokrotnie z bólem w sercu czyta się komentarze internautów pod artykułami dotyczącymi śmierci dziecka przed narodzeniem. Pomniejszenie samej straty jak i osoby dziecka odbywa się nierzadko w bardzo arogancki sposób. Także personel medyczny nie zawsze potrafi z szacunkiem mówić o dziecku. Gdy dotykamy tajemnicy śmierci, nawet poprzez dobór słów, chce się wymazać to, że ona jest i to, że dotyczy człowieka, często bardzo malutkiego, ale jednak człowieka. Zastanawia mnie, jak dziś, mając do dyspozycji internet św. Franciszek pisałby o poronionych dzieciach...
Pieśń Słoneczna, o której wspomina Ojciec święty, jest mi bliska także poprzez ostatnią zwrotkę. Św. Franciszek dopisał ją pod koniec życia:
Pochwalony bądź, Panie mój, przez naszą siostrę śmierć cielesną,
której żaden człowiek żywy uniknąć nie może.
Biada tym, którzy umierają w grzechach śmiertelnych;
Błogosławieni ci, których [śmierć] zastanie w Twej najświętszej woli,
albowiem śmierć druga nie wyrządzi im krzywdy.
Jak wiele mi brakuje, aby móc te słowa powtórzyć za św. Franciszkiem w kontekście wydarzeń związanych z umieraniem dzieci. Wierzę mocno, że nasze dzieci już otrzymały Boże błogosławieństwo, że już są szczęśliwe.
Święty Franciszku, zapatrzony w Krzyż swojego Pana, wyproś cierpiącym rodzicom wszelkie potrzebne łaski, szczególnie dar pokoju serca.
4 października 1922 roku urodziła się bł. Joanna Beretta Molla. W Polsce jest wiele kościołów i kaplic poświęconych tej nowej, wyniesionej na ołtarze przez Jana Pawła II, błogosławionej. Przedstawiana jest jako matka czwórki dzieci. Gdy była z ostatnim w ciąży, okazało się, że jest chora na raka. Wybrała życie dziecka. Zmarła tydzień po porodzie. Ale to tylko część jej historii. Myślę, że może być bardzo dobrą orędowniczką za każdą matką opłakującą zmarłe dziecko, bo sama przeżyła dwa poronienia.
Miesiące poprzedzające ślub (24 IX 1955 r.) mijały bardzo szybko. Wszystkie niezbędne rzeczy zostały zakupione. Na suknię ślubną kupiony został najpiękniejszy i najdroższy materiał - Joanna opatrzyła go taka notą: „Jeśli mój syn zostanie księdzem, chciałabym z tej sukni ślubnej uszyć dla niego albę". Mająca wtedy 33 lata narzeczona i 43-letni narzeczony przygotowywali się do zawarcia kościelnego związku małżeńskiego przez triduum połączone z przyjęciem sakramentów świętych: „Jeśli chcemy mieć dzieci, musimy się pospieszyć" - planowali przyszli małżonkowie, chcący kształtować prawdziwy Kościół domowy. Po podróży poślubnej, która wiodła przez Rzym na Sycylię, przeprowadzili w swoim domu intronizację Najświętszego Serca Jezusowego i dokonali poświęcenia Temu Sercu całej rodziny, postanawiając codziennie odmawiać wspólnie Różaniec, nawet wtedy, gdy odbywali wspólnie - z racji prowadzonych przez Piotra interesów - podróże zagraniczne do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji czy Szwajcarii.
Wkrótce pojawiło się pierwsze dziecko, chłopiec Pierluigi, który urodził się w 1956 roku. W 1957 r. przyszło na świat drugie dziecko, dziewczynka Mariolina, a w 1959 r., Laura. Wszyscy troje urodzili się w rodzinnym domu, w Ponte Nuovo di Magenta.
Potem małżeństwo przeżyło z bólem dwa poronienia. W roku 1961 Joanna znowu spodziewała się dziecka. Podczas badania odkryto w macicy groźnego guza. Pacjentka, przed poddaniem się koniecznemu zabiegowi chirurgicznemu w szpitalu w Monza, 6 września 1961 r., zleciła lekarzom następującą misję: „Ratujcie moje dziecko!". Wbrew oczekiwaniom lekarzy, 21 kwietnia 1962 r. Joanna urodziła zdrową dziewczynkę, która na chrzcie otrzymała imiona: Joanna Emanuela. Dziecko zawdzięczało życie bezinteresownej ofierze z życia matki, która w tydzień później, 28 kwietnia 1962 r„ zmarła w swoim domu, w Ponte Nuovo di Magenta.
(źródło: św. Joanna Beretta Molla)
Także list pisany już po śmierci żony, przez Piotra Molla, czyta się z przejęciem i wzruszeniem, tym bardziej, że w kilka lat po śmierci Joanny, umiera jedno z ich dzieci. Piotr tak o tym pisze:
Twój brat, ks. Józef błogosławił naszym zaślubinom i wzywał nas abyśmy byli świadkami Ewangelii i abyśmy się stali świętymi.
Od tego ranka rozpoczęło się dla nas w całej pełni nowe życie: dni następowały jedne po drugich, niewypowiedziane radości i cichutki pokój pełen światła, drżenie, niepokój i cierpienia. Tak było aż do tego sobotniego ranka, gdy widziałem jak wstępujesz do Nieba.
Twoim bezgranicznym marzeniem, jako żony, było mieć dzieci. Dużo dzieci. Wspaniałych i dobrych.
Urodził się Pierluigi a Twoja matczyna radość była pełna i doskonała.
Odnowiła się ona wraz z narodzinami Marioliny a potem Lauretty.
Za każdym razem, gdy oczekiwałaś dziecka, ileż było w Tobie modlitwy, ufności w Bożą Opatrzność a także ile męstwa w cierpieniach! Przy każdym porodzie cóż za hymn dziękczynienia wznosiłaś ku Bogu! [...]
Pragnęłaś następnego dziecka. Modliłaś się o nie i prosiłaś innych o modlitwę, aby Bóg Cię wysłuchał. I Bóg wysłuchał. Ta łaska Boża wymagała jednak ofiary z Twojego życia. I złożyłaś Twe życie w ofierze. Zmuszona poddać się operacji z racji olbrzymiego włókniaka macicy, jaki pojawił się w czasie Twojej ostatniej ciąży, poprosiłaś, bez najmniejszego wahania, aby chirurg troszczył się w pierwszym rzędzie o uratowanie życia Twego dziecka, aby ratował ciążę. To Twoje bezgraniczne zaufanie w Bożą Opatrzność i pewność skuteczności modlitwy dały Ci odwagę do tej decyzji.
Nie minęły dwa lata, a misterium cierpienia i śmierci ponownie nawiedziło nasz dom. Nasza słodka i dobra Mariolina dołączyła do Ciebie w Niebie. Nie miała jeszcze siedmiu lat. Odtąd przyzywam ją jako słodką opiekunkę i zwracam się do niej, gdy czuję się zmęczony. Gdy tylko przyjechaliśmy ze szpitala w Imperia do Mediolanu, do szpitala Niguarda, powiedziała mi z miłością, jako swe ostatnie słowa: „Tatusiu, wracaj do domu. Jesteś zmęczony”.
„Szczęśliwa Mariolina, jest w Niebie razem z Mamą” - to były pierwsze słowa Pierluigi i Laury, gdy tylko wrócili z Imperia. Ta ich pewność zahamowała mój płacz i sprawiła, że ponownie usłyszałem Jezusa, gdy napomina nas, że jeśli nie staniemy się mali, jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego.
Nasze dzieci poprosiły mnie wówczas, abym dla Ciebie i dla Marioliny zbudował złoty domek. Zatroszczyłem się zatem, by wznieść kaplicę, którą zaprojektował Twój brat, ks. Giuseppe, z myślą by mógł tam odprawiać Mszę Świętą. Na wielkiej mozaice o złotym tle, ofiarujesz Mariolinę Matce Bożej z Fatimy, do której miałaś tak wielkie nabożeństwo, a trzy aniołki (chciałem upamiętnić moich trzech braciszków, którzy zmarli w pierwszych dwóch latach ich życia) rozwijają wstęgę z napisem „Et ego tibi dabo coronam vitae” [A ja tobie dam wieniec życia], którą dopełnia „Esto fidelis usque ad mortem” [Pozostała wierna aż po śmierć], wypisane z boku. W tym biblijnym napomnieniu zawiera się Twoja wierność aż do końca powołaniu mamy.
(źródło: Świadectwo męża, tłum. o. K. Lubowicki OMI)
2 października
Dzisiejszy dzień poświęcony jest Aniołom Stróżom. Każdy człowiek dostaje swojego własnego Anioła, aby go strzegł i był pomocą w czasie ziemskiej pielgrzymki do nieba. Pomaga w dobrym, jest z nami wszędzie i w dzień i w nocy, poprawia nas, modli się za nami i zanosi do Boga nasze modlitwy. Jego szczególnej opieki doświadczamy w momencie śmierci. Myślę o Aniołach Stróżach moich zmarłych dzieci. Świadomość, czy może przeczucie, że ktoś był z nimi w momencie odchodzenia z tego świata, że nie były same, jest jakąś pociechą. Momentu ich śmierci zupełnie nie byłam świadoma. Dopiero obraz USG, po upływie kilku dni, wyjawiał smutną rzeczywistość. Osoby, które miały szczególne nabożeństwo do Anioła Stróża, mogą doświadczyć jego większej pomocy. Wielu świętych korzystało z "usług" swojego Anioła Stróża w codziennych, zwykłych sprawach. Przykładem jest tutaj np. o. Pio, znany stygmatyk XX. wieku. Dniem tygodnia, w którym szczególnie pamiętamy o Aniołach Stróżach, jest wtorek, gdyż ten dzień jest im poświęcony.
Z litanii do Anioła Stróża: Święty Aniele, moja tarczo w godzinie śmierci - módl się za nami.
1 października
Dziś Kościół wspomina św. Teresę od Dzieciątka Jezus, nazywaną Małą Tereską dla odróżnienia od św. Teresy z Awila. Urodziła się 2 stycznia 1873 r. w Alencon (Francja), zmarła 30 września 1897 r. 100 lat później Jan Paweł II ogłosił ją Doktorem Kościoła. Urodziła się jako 9., ostatnie dziecko, Zelii i Ludwika Martin.
Nieodłączną towarzyszką życia rodzinnego Martinów była śmierć. Spośród dziewięciorga dzieci czworo zmarło we wczesnym dzieciństwie. Oto jak Zelia opisywała zgon pięcioletniej Helenki: „Z rana zapyta-łam ją, czy chce napić się rosołu. Odpowiedziała, że tak, ale nie mogła nic przełknąć. Wreszcie zrobiła to z największym wysiłkiem, mówiąc do mnie: Jeśli zjem, czy mnie będziesz bardziej kochać?”. Krótko później dziewczynka zmarła. Ludwik wybuchnął płaczem i wołał: „Moja mała Helenka! Moja mała He-lenka!”. Czas najwyraźniej nie leczy wszystkich ran, bo jeszcze wiele lat później cierpiał on z powodu tej straty. Zelię zaś trawił potworny niepokój. Do brata – farmaceuty pisała: „Pozostały mi wielkie wyrzuty sumienia, że podałam jej to pożywienie. Mój kochany bracie, czy myślisz, że to mogło spowodować śmierć? Błagam Cię, napisz mi, co o tym sądzisz”. A po stracie kolejnej córki, Melanii, pisała: „Jestem w rozpaczy. ( … ) Chciałabym również umrzeć!”
(Nie ma róży bez kolców, Szymon Babuchowski, Gość Niedzielny)
Z pism św. Teresy: Śmierć również przeminie i wtedy cieszyć się będziemy nie tylko przez wieki, bowiem miliony lat będą dla nas jak dzień... a po nich nastaną inne, pełne odpoczynku i szczęścia...
Opracowanie:Monika (wuchowa)
Październik 2010