Czy jeszcze przeżywasz...
Pamiętam, jak jedna z uczestniczek forum, w mailu, zadała to pytanie, czy jeszcze przeżywasz żałobę? Mijało właśnie 1,5 roku od pierwszego poronienia. Psychologowie najczęściej powtarzają o rocznym okresie, z zastrzeżeniem, że może on trwać dłużej. Uczciwa odpowiedź na postawione wtedy pytanie brzmiała: nie. Choć minął rok, choć miałam niesamowite wsparcie od Męża, choć spotkałam wtedy cudowne mamy po stracie, dzięki którym coraz lepiej rozumiałam, co się ze mną dzieje... to wciąż wszystko wracało.
Wciąż pojawiały się sytuacje, kiedy ból wracał. I dziwiło mnie, że w tak zupełnie niespodziewanym momencie. Rok po drugim poronieniu urodziła się nam córeczka. Ogromna radość i jednocześnie wychylający się smutek. Żal pojawiający się przy najbardziej radosnych momentach zabawy, że z tamtymi dziećmi, nie było dane przeżyć podobnej radości. Podobnej, bo przecież z każdym dzieckiem łączy nas inna więź, więc i inna radość.
Julka miała trzy miesiące, gdy mój mąż z synkiem wybrali się do Muzeum Techniki. Myśmy sobie w tym czasie spacerowały po parku. I nagle zobaczyłam dziewczynkę. Miała ok. 11-12 miesięcy i uczyła się chodzić. “To tak by wyglądała teraz Ania...” pomyślałam. Widok dzieci w wieku moich zmarłych długo przypominał o stracie. Tak się złożyło, że moja kuzynka urodziła córkę dzień przed moją przewidywaną datą porodu dziecka, które straciłam jako pierwsze. Co jakiś czas przesyła mi w mailach zdjęcia swojej rodziny i małej Romaine. Wtedy, gdy jeszcze tak wszystko wracało i wierciło dziurę w sercu, zdjęcia te zostawiałam na koniec dnia, gdy wszyscy już będą spali i nikt nie będzie widział moich łez. Bo tego byłam pewna - że będe płakać. Dziś już tak nie reaguję, ale patrząc na to dziecko, widzę... w jakiś sposób moje. Podobnie się łapię w przedszkolu, gdy pojawiają się dzieci rok starsze od mojej Julki.
W społeczeństwie nadal jest oczekiwanie, że kiedy mama po stracie urodzi dziecko, to “już może zapomnieć, już może przestać przeżywać”. A to nie jest do końca tak. Narodziny dziecka zmieniają wiele, to oczywiste, zajęcia związane z opieką nad dzieckiem często nie pozwalają na dłuższe rozmyślanie, ale też dziecko, to następne, urodzone, pokazuje, jak wiele się straciło, jak wiele pięknych drobiazgów związanych z relacją z dzieckiem nam przepadło. To właśnie z tych drobiazgów składa się życie.
Potem był czas, gdy płakałam w dni, kiedy przypadały rocznice śmierci dzieci. A potem zniknął i płacz, została tęsknota.
O tym, że ciąża nie zakończy się szczęśliwymi narodzinami, dowiadywałam się z badania USG, wcześniej nic nie zapowiadało nieszczęścia. I jeśli powtórzyć pytanie: czy jeszcze przeżywasz? to na pewno w kolejnych ciążach moment USG, zwłaszcza w pierwszym trymeście, jest dla mnie ciężką próbą. Pamiętam ciążę z Piotrusiem. Byliśmy wtedy w Stanach, ze względu na pracę mojego Męża. Najpierw pokłóciłam się z nim, że ja muszę iść do lekarza i zrobić USG. Podświadomie chciałam, żeby 'w razie czego' zostało mi jakieś zdjęcie, ślad po dziecku. Potem, w trakcie wizyty, lekarz ocenił wielkość macicy na 6-8 tydzień ciąży, a ja wiedziałam, że powinien wyjść 10. Niestety, USG było możliwe do zrobienia dopiero nazajutrz. To był jeden z trudniejszych wieczorów. Mąż miał iść na kolację, bo z sąsiedniego stanu przyjechał na kilka dni jakiś znany matematyk, pracujący w tej samej dziedzinie, co on. Gdy już, już miał wychodzić, zaczęłam prosić, żeby nigdzie nie szedł, że ja nie daję rady. Do końca życia będę mu wdzięczna za to, że wtedy zrezygnował ze swoich pracowych obowiązków i został w domu. Rozpłakałam się pani technik tuż przed samym wykonaniem badania, ona mnie wtedy przytuliła, powiedziała, że sama jest po 7 poronieniach i że mam wierzyć, to jest nowe życie, nowa szansa, nowe dziecko. Łzy ciekły w trakcie badania, gdy okazało się, że serduszko bije. I po badaniu, gdy już wyszłam na korytarz - usiadłam i rozpłakałam się totalnie. Zupełnie nie obchodziło mnie, co sobie o mnie pomyślą inni. Panie z recepcji tylko podały pudełko z chusteczkami. Dziś, gdy to wspominamy z mężem, potrafimy się serdecznie śmiać z tego badania, ale to już wtedy, gdy jest za nami.
W Polsce, na badanie USG, to w pierwszym trymestrze, idę do mojego lekarza, który zna dobrze moją historię. Gdzieś tam, z tyłu głowy, pojawia się zawsze myśl, “że jeśli mam się od kogoś dowiedzieć, że jest źle, to od niego”. I pierwsza, jak najszybsza informacja od niego, jest taka, że wszystko jest ok, że maluszkowi bije serce.
Dziś, gdy mija 6 lat od poronień - już nie boli. Potrafię powiedzieć, że cieszę się, że tamte dzieci były z nami, choć krótko, ale były. Zmieniły mnie już na zawsze. Dzięki nim wiem, jak bardzo kruche jest życie i jednocześnie, jak cenne. Że często dane nam jest niewiele czasu i dlatego tym bardziej trzeba wykorzystać go jak najlepiej. Że ważna jest każda najdrobniejsza minuta i każde najcichsze nawet słowo.
Cieszę się, bo zmarłe dzieci są jakoś, na swój sposób wpisany w naszą rodzinę. Dzieci - te, które są - często o nich mówią. I cały rok czekają na spotkanie balonikowe. Gdy Julka na dzień Taty robiła rysunek rodziny, to na obrazku pojawiły się dwa aniołki, z podpisem Ania i Kuba. Paweł wykonując do szkoły drzewo genealogiczne dorysowuje dwa liście, innego koloru niż reszta, i dopisuje swoje rodzeństwo. To są takie drobiazgi, które mnie cieszą. Dzieci, zmarłe dzieci, są z nami wszystkimi.
Czy jeszcze przeżywasz? W sensie żałoby - nie. Ale w tej innej płaszczyźnie - serca, miłości i radości - to tak.
Monika (wuchowa)październik 2010