Nasza historia
Tydzień temu straciłam Iskierkę, byłam już w ostatnim dniu 12 tc. Myślę, że szpital w Grodzisku Wielkopolskim wraz z ordynatorem dr Tomaszem Dmochowskim w pełni zasługuje na to, aby znaleźć się na tej liście...
Oto nasza historia...
Czuję się okropnie. Jest mi ciężko, smutno. jestem bezsilna...
Mam 2,5 letnią córeczkę. Staraliśmy się teraz o drugie dzieciątko. Wielką radością było ujrzenie 2 kreseczek na teście. Wyczekiwana wizyta u lekarza i potwierdzenie: ciąża jest, tylko... za mały pęcherzyk ciążowy. Strach. Kolejna wizyta. Pęcherzyk nadgonił, dzieciątko się rozwija. Kilka dni później niewielkie plamienie i wizyta w szpitalu. Badanie progesteronu - drastycznie niski! Luteina i odliczanie do kolejnego badania. Czy wzrośnie poziom hormonu? Niedoczekanie badania, bo dzień przed - kolejne minimalne krwawienie. Lekarz każe przyjechać na wizytę do szpitala. Kładę się na łóżku i myślę, że pewnie wyolbrzymiam. Rozpoczęłam już 13tc. Bada... długo, za długo, skupiony, za bardzo skupiony w końcu oznajmia delikatnie, że nie ma dobrych wieści. Właściwie, że ma złe, bardzo złe. Dzieciątko nie żyje ;( serce chce wyskoczyć mi z piersi. Jak to możliwe... mąż siedzi tuż za drzwiami, dziś są jego imieniny. Jeszcze nie wie. Lekarz pyta się, czy czułam się ostatnio przeziębiona. Oczywiście, że byłam. kiedy? 2 tygodnie temu. Kiwa tylko ze smutkiem głową. Mówi, że mogły być dwie przyczyny: albo wady rozwojowe albo wirus :( łez mam już tyle wylanych, że sama się sobie dziwię, skąd one... tłumaczy o dalszym postępowaniu, że najlepiej, jak poda tabletki, wywołamy poród, potem łyżeczkowanie. Mówi, że trzeba myśleć o kolejnej ciąży. Żeby ją utrzymać. Pozwala spokojnie podjąć mi decyzję. Wszystko przez łzy przekładam na swoje. Ciągle nie wierzę, jak to się mogło stać... Wyrażam zgodę.
Wychodzę do męża. Mówię mu, że straciliśmy iskierkę :( płaczemy oboje. Idziemy na izbę przyjęć - trzeba mnie przyjąć do szpitala w trybie pilnym. Ludzie dziwnie na nas patrzą. Wywiad, pomiary i ląduję na łóżku szpitalnym. Każą się przebrać. Potem czekam na tabletki. Wydaje się, że całą wieczność. Obok męża. Nic nie mówimy tylko każde z nas płacze w swoim rytmie :( proszę wejść - słyszę :( wspaniały lekarz nie zrobił nic na siłę, pozwolił się uspokoić. Wytłumaczył. Założył :( Powiedział, by na spokojnie zastanowić się, czy chcemy pochować dzieciątko. Nie rozumiem go. Myślałam, że takich maleństw się nie chowa :( Bez namysłu odpowiadam, że tak. Nie mogę jej tu przecież zostawić.
Kolejne godziny tortur. Kiedy się zacznie? dziś jeszcze? Mówią, że od 6 godzin do 2 dni. Boże nie wytrzymam tak długo. Modlę się, by pozwolił aby poszło szybko. Jednak odsyłam męża do domu. Musi zająć się starszą córeczką. Wiem, że nie będzie go przy mnie, bo do szpitala mamy 2h drogi :( o 15 wyjeżdża. O 18 dostaję plamienie. Położna mówi, że to jeszcze nie to. Po 10 minutach pojawiają się skrzepy. Ciągle kiwa głową, że za mało, że to może potrwać... Proszę o środek przeciwbólowy, bo już nie mogę. Dostaję. Po 30 min wstaję z łóżka - mam tak silne skurcze... chwytam się umywalki. Mój Boże chyba już :( otwieram drzwi i czuję w tym momencie dwa chlusty :( płaczę. Wołam pomocy - akurat zmiana lekarzy i położnych :( podbiega jakaś kobieta i pyta, co się dzieje. Tłumaczę jak mogę. Idziemy na salę zabiegową. Siadam na kozetce. Sprawdza. Już po - urodziłam moją kruszynkę. Zamiast 8 cm miała tylko 3 :( ale waga w normie 15g. Nie można określić płci. Wybieramy więc sami - córeczka :( i znów czekam. Na zabieg. Przychodzi anestezjolog. złoty człowiek. Nogi latają mi, jakby miały zaraz uciec :( chwyta za ramię, pomaga się uspokoić, mam przyjść za 15 min. Wracam więc do łóżka. i czekam znów cała wieczność :( przychodzą po mnie. Prowadzą na zabieg. Położna mówi, że mają już płodzik :( dostaję leki, zasypiam. Po 20 minutach mnie wybudzają. dlaczego już. Pozwólcie mi pospać jeszcze kilka dni :(
Wracam na salę i dzwonię do męża. Płaczemy. Leżę na łóżku i czekam na ranek. Jest dopiero 20. O 5 przychodzą pobrać krew, o 6 ciśnienie... o 7 zaczyna się ruch. Przyjeżdża mój lekarz. Przychodzi. Wie, że już, co się stało. Pyta się, czy potrzebuję pomocy. Jakieś leki? Nie, dziękuję. Chwyta za ramię. Taki ludzki gest. "Proszę odpocząć... chce pani dziś wyjść?" - tak - chcę wrócić do mojego domu, do córci, do męża. Nie chcę być sama.
Znów czekam. Nie mogę już wyleżeć na tym łóżku, idę więc do kaplicy szpitalnej. Ludzie patrzą znów jak na oszalałą. Mętnym wzrokiem z zapłakanym sercem krążę po korytarzach szpitala i szukam tego swojego miejsca. Klęczę tam chyba z godzinę, potem przeżywam swoją własną drogę krzyżową. Jestem tu sama. Śpiewam. †o pomaga. Uspokajam się i wyciszam. Już nie płaczę. Przyjeżdża mąż. Rejestruje malutką w USC. Nie chcą mu wydać aktu urodzenia, bo nie zabrał ze sobą aktu małżeństwa. Mówi, że dziecko martwo urodzone :( urzędniczka odpuszcza i robi się nadzwyczaj ludzka. wypisuje. Czytam jej imię - Cecylia. Łzy płyną boleśnie. Jeszcze jedna rozmowa z moim lekarzem. Odpowiada na wszystkie moje głupie pytania. Wzrok jego jest smutny. Dziękuję mu za to, że moja Celusia była od początku traktowana jak człowiek, nie jak coś, co się ma nim dopiero stać.
Jeszcze powrót do domu. Wieziemy ciałko dyskretnie zapakowane. 2h drogi. Myślałam, że będzie to coś strasznego. Ale nie. Cały czas trzymam ją na rękach. Jest taka leciutka. Chwilowo nie czuję bólu. Cieszę się, że wraca z nami, że nie została gdzieś - nie wiadomo gdzie :( Wjeżdżamy do miasta. Pierwsze o co proszę męża, to bym mogła iść się przebrać. Strasznie głupio czuję się w spodniach ciążowych. Zresztą zsuwają mi się teraz z brzucha. Potem jedziemy do zakładu pogrzebowego. Spisujemy "umowę" wybieramy trumnę - nie, nie trumnę - urnę, bo ona taka malutka. Wpłacamy ponad 1200zł, zostawiamy jej ciałko i wracamy do domu po starszą córeczkę. Wita mnie z uśmiechem. więc i ja się śmieję, choć serce krwawi. Pyta się "gdzie byłaś mamusiu?" - w pracy kochanie - odpowiadam. - "tęskniłam" - ja też :( Jedziemy do księdza, ustalamy dzień pogrzebu. Będą to imieninki mojej starszej córeczki :( Dwie daty, które zostaną z nami na zawsze. I dwa tak smutne prezenty imieninowe. starszej nic nie mówimy. Jest jeszcze za mała. O dziwo przestaje całować mój brzuszek (robiła to codziennie), nie mówi o dzidziusiu :( Następnego dnia po powrocie idziemy na pogrzeb. Okropny ból i radość zarazem, że będzie tak blisko. Że będzie miała swoje miejsce na ziemi, gdzie będziemy mogli przyjść, zapalić światełko i po prostu się do niej uśmiechnąć. Leży w ramionach mojego ukochanego dziadka.
Znajomy ksiądz przeprowadza nas kolejno przez etapy pogrzebu. Nad grobem mówi piękne słowa. Mimo bólu niosą ukojenie. Starszą córcię zabieramy do siostrzyczki wieczorem po pogrzebie. Nie wie, kto tam leży. Powiem jej, jak się zapyta. Podoba jej się tylko ten aniołek i świeczka obok zapalona. Codziennie wieczorem jednak zaczyna się mój dramat. W nocy albo nie śpię, albo śnią mi się koszmary. Nigdy nie zawołam jej po imieniu... tęsknię... płaczę... kocham...
Gdy położna po całej tragedii przyszła do mnie i powiedziała, że ordynator idzie rodzicom na rękę i pozwala samodzielnie wybrać płeć nie wiedziałam, że miałam takie szczęście. Powiedziała to tak ładnie "co sobie państwo wymarzyliście...". Mój lekarz nie mógł godniej pożegnać mojej Cecylki... Zawsze mówił o niej dzidzia, dzieciątko, dzidziunia... nawet w chwili jej śmierci... i to jego przejęcie, ten smutek na twarzy... dał mi tyle czasu... niczego nie przyśpieszał, mimo, że przed gabinetem była ogromna kolejka do niego... Bóg zesłał nam Anioła... Oby więcej takich lekarzy było na ziemi...
Karmelik - mama anielskiej Cecylkipaździernik 2010