KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Moja ginka się nie poddawała

Od kilku miesięcy dni jestem szczęśliwą mamą córeczki. Już w ciąży wymyśliłam sobie, że po porodzie założę na forum wątek opisujacy moją historię, żeby dodać otuchy wszystkim dziewczynom. Wierzę głęboko, że do Was też los się uśmiechnie - jak do mnie się uśmiechnął po 4 latach starań i 2 tragediach utraty  dziecka. Walczyłam i udało się, być może moja historia komuś pomoże.

Tak jak mi pomogło bardzo, bardzo wiele forumowych dziewczyn – z forum Poronienie na gazeta.pl, z nasz-bocian.pl, z Poronienie.pl - którym niniejszym składam ogromne DZIĘKUJĘ.

W 2005 r, po roku bezowocnych starań o ciążę udaliśmy się do lekarza. Po kolei zlecał badania: hormony, wymaz z pochwy, badanie nasienia męża, przeciwciała antyfosfolipidowe (antykardiolipinowe). Potem test penetracyjny. Wszystko ok. Potem monitoring cyklu - wyszedł bezowulacyjny, więc zaczęłam brać Clostilbegyt i w maju 2006 zaszłam w ciążę. Niestety, w 8 tc. okazało się, że jest to pusty pęcharzyk płodowy. Tragedia straszna, bo staraliśmy się o to dziecko już 2 lata. Zabieg łyżeczkowania miałam w 10 tc.

Mój ówczesny ginekolog stwierdził że "tak bywa, błąd genetyczny" itp., pewnie znacie te gadki. Więc zmieniłam lekarza. Nowa pani doktor zleciła: badanie bakterii (mycoplasma, ureaplasma), hormony tarczycy, antygen HBs, znów przeciwciała antyfosfolipidowe, toksoplazmozę. Znów wszystko ok. Położyła mnie na dzień do szpitala i dokładnie przebadała hormony, łącznie z testem obciążenia glukozą. Znów wszystko w normie. To włączyła tym razem Menopur i w lutym 2007 znów byłam w ciąży. Tym razem zarodek był, ale się nie rozwinął. Drugie łyżeczkowanie miałam w 11 tc. Ale pani doktor była mądrzejsza od poprzedniego lekarza i kazała mi jeszcze w ciąży (choć już wiedziałyśmy, że się nie rozwija) zrobić trzeci raz przeciwciała antyfosfolipidowe - bo bywa, że ujawniają się tylko w ciąży! I to był strzał w 10. - wyszły "słabopozytywnie". Potem jeszcze zrobiłam antykoagulant tocznia, też wyszedł pozytywnie - czyli juz wiedziałyśmy, że coś u mnie nie tak z krzepliwością krwi.

Poszliśmy też z mężem na badania genetyczne (na NFZ po 2 poronieniach) - tu wszystko wyszło ok.

Potem... potem była moja depresja, psychoterapia, leki itp. I ogromne zniechęcenie.

Ale moja ginka się nie poddawała i wyznaczyła mi na sierpień 2007 zabieg laparoskopii i histeroskopii, żeby obejrzeć co tam mam w środku. No i wyszła druga rzecz - konkretna endometrioza. I zrosty, ale to prawdopodobnie po łyżeczkowaniach. Wszystkie paskudztwa mi usunięto.

Potem w zasadzie przestałam się starać, bo sądziłam że i tak bez leków w ciążę nie zajdę. Cykle mam długie i nieregularne, więc nawet nie przejmowałam się brakiem miesiączki. Ale koło 45. dnia cyklu - to był dzień wyborów do Sejmu, pamiętam - postanowiłam zrobić test.

Dwie kreski!

Oczywiście "po przejściach" dwie kreski to jest i radość, i potworny strach. Od razu dostałam leki na przeciwciała (Clexane i Encortolon – brałam je do końca 7. miesiąca ciąży). I Duphaston.

Ciążę miałam książkową, bez jednego nawet plamienia czy bólu. Wiele razy badano mi wszystko, te nieszczęsne przeciwciała też (byłam też u hematologa). Wszystko wychodziło dobrze. Ale strach opuścił mnie dopiero wtedy, kiedy mała pojawiła się na świecie.

Dziewczyny, w ostatnich latach wiele razy myślałam że umrę, że nie mam siły, że nie mam po co żyć. Ale walczyłam i się udało. Wam też tego życzę. Nie będę pisać, jakie to szczęście tulić własne dziecko, bo pewnie doskonale to wiecie i co Was będę wkurzać (mnie to wkurzało). Chciałam tylko zachęcić te z Was, które mają siłę do walki, żeby się nie poddawały, zmieniały lekarzy jeśli trzeba. I niekoniecznie wierzyły w teksty, że np. dwa poronienia to "coś, co się zdarza" i nic się nie da zrobić. Pewnie, że czasem nie. Ale bardzo często – tak. Trzymam za Was kciuki. I jeśli mogę jakoś pomóc (służę namiarami na lekarzy w Poznaniu), piszcie tu albo mailem. yafffa [at] gazeta.pl

yaffa
wrzesień 2008