KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nowości Informacje z regionów Baloniki 2009 (Poznań) 4 zadania Komentarze do czytań (4) DDU w Lublinie Skrzynka pocztowa Trzeba nauczyć się o tym rozmawiać Olsztyn. Znicz na grobie, którego nie ma Baloniki 2009 (Lublin) Kulisy balonikowego spotkania Komentarze do czytań (3) Nie uważamy się za przypadek medyczny Baloniki 2009 (Warszawa) Jak zorganizować konferencję? Projekt w woj. warm-maz Projekty Komentarz do czytań (2) Ab ovo... List w sprawie artykułu Umarłych pogrzebać Komentarz do czytań (1) Galeria Aniołów 2009 Balonikowe spotkania Październikowe inicjatywy Macierzyństwo w cieniu śmierci Informacja prasowa o spotkaniach E-broszura na DDU Informacja prasowa na październik Żałoba po śmierci dziecka Informacja prasowa na Dzień Matki Ma pani do mnie żal? Żałoba dzieci Tarczyca a poronienie Instrukcja dot. pogrzebu Jak rozmawiać z dziećmi? Zdjęcia z konferencji Poradnik dla facetów Brzydka para butów Dlaczego osobno? Grupa Wsparcia w Szczecinie Komentarz do czytań (4) Trudna diagnoza Tak trudno żyć Cud Etyczne i kulturowe aspekty pożegnania z dzieckiem Powrót wątku prawdy Zdjęcia z Parku Skaryszewskiego Komentarz do czytań (3) Prawne aspekty poronienia Trudno milczeć Podzielone cuda Ronić po ludzku Ankieta "Prawdy i mity" Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Ma pani do mnie żal?

W sierpniu tego roku zaczęłam się domyślać, że jestem w ciąży.Test potwierdził moje podejrzenia więc pozostała jedynie wizyta u ginekologa. Poniewż mój lekarz przyjmuje tylko raz w tygodniu (tylko w czwartek), postanowiłam się do niego dostać na dzień 14.08.2008. Niestety, lekarz nie przyjmował tego dnia. Pojechałam więc z rodziną na wymarzone wczasy i po powrocie ponowiłam próbę dostania się do lekarza. Położna usiłowała mnie zbyć tłumacząc, że to się tak nie da, że na wizytę muszę poczekać 2-3 tyg. Zapytałam wówczas opryskliwej Pani, czy może mam poczekać do porodu by dostać się do mojego ginekologa. Kobieta zmieniła natychmiast ton i zapisała mnie niemal natychmiast. Dostałam się do ginekologa dnia 11.09.2008. Lekarz w pełni potwierdził moje podejrzenia. Cała rodzina cieszyła się razem ze mną, a najbardziej swoją radość okazywał mój 4-letni synek Kacperek. Kolejne wizyty miały miejsce dokladnie co 3tyg. Około 10tyg. ciąży złapało mnie przeziębienie, poszłam więc do lekarza ogólnego. Bardzo źle się czułam, katar uniemożliwiał mi oddychanie, a w trakcie oddychania miałam wrażenie, że wyrwie mi płuca. Pani doktor stwierdziła, że to zwykłe przeziębienie i nie może dać mi na to antybiotyków ponieważ jestem w ciąży. Pozwoliła używać otrywinu by ułatwić sobie oddychanie i skierowała do apteki bym zapytała o coś na przeziębienie dla ciężarnych. Tak zrobiłam, jak doradziła lekarka. Magisterka w aptece dała mi jedynie oscylococcinum i syrop bodaj ziołowy. Niestety niewiele to dało, dalej się męczyłam. Na kolejnej wizycie wspomniałam o tym ginekologowi, na co usłyszałam, że samo przejdzie. Uznałam,że skoro lekarz tak mówi, to widać tak musi być.

Następną sprawą, która mnie zaskoczyła, to fakt, że ginekolog przez 12 tyg. trwania mojej ciąży zlecił mi jedynie raz badania (krew, mocz i wassermana). W pierwszej ciąży miałam zlecane badania miesiąc w miesiąc.

23.10.2008 będąc na wizycie u ginekologa nadmieniłam ginekologowi, że wydzielają mi się z dróg rodnych upławy o konsystencji jakby budyniu i niestety niosą ze sobą bardzo nieprzjemną woń. Na co lekarz bez badania przepisał mi globulki, które później stosowałam wedle zaleceń lakarza. Dolegliwości częściowo ustąpiły (w sensie, że minęła charakterystyczna woń dla tych dolegliwości). Kolejna wizyta miała miejsce 13.11.2008 i z USG wychodziło, że wszystko jest w porządku, co mnie szalenie cieszyło, jako przyszłą mamusię.

29.11.2008 okloło godz 13.00 zaczęłam odczuwać ból, jakby lewego jajnika. Pomyślałam wówczas, że może mam jakieś zapalenie, a że była to sobota, to mój lekarz nie przyjmuje. Miałam wyznaczoną wizytę na 4.12.2008 (stwierdziłam, że jakoś dam radę do dnia wizyty i lekarz mi coś przepisze). Do wieczora ból niestety się nasilał, więc koło godz 20.30 może 21.00 zadzwoniłam na prywatny telefon do swojego lekarza. Powiedziałam co się dzieje, zapytał czy krwawię, a ja zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. Kazał mi natychmiast jechać do szpitala w Świętochłowicach (gdzie od niedawna sam pracował). Rodzice zapakowali mnie do samochodu i pędem pognali ze mną do szpitala. Na miejscu dość długo czekałam na lekarza, którą okazała się kobieta. Ból był już tak silny, że ledwo dałam radę wdrapać się na kozła.

Pani doktor była dla mnie bardzo opryskliwa, miała do mnie pretensje o to, że wyniki są tylko raz zrobione, że pierwsza wizyta u lekarza jest dopiero bodaj w 14 tyg.ciąży (bo tak wynikało z książeczki ciążowej, którą położna była uprzejma mi ją dopiero założyć bodaj na trzeciej wizycie u lekarza), że hemoglobinę mam niską, że jak to ja mam bóle porodowe i nie reaguję, że jestem bezmyślna (ja rodziłam i wiem jak wyglądają bóle porodowe i nie skojarzyłam tego jako bóli porodowych, bardziej odczuwałam to jako ból jajnika). Czepiała się rzeczy, których nie byłam winna, przecież ja nie znam się na wynikach, a skoro mój lekarz nie widział w nich nic niepokojącego, bo nie wspomniał, to co ja mogę zrobić. Wtedy się dowiedziałam leżąc na koźle, że mam pełne rozwarcie. Płakałam, doktórka nadal się na mnie wyżywała, a ja tylko błagałam by ratowała moje dziecko. Wtedy lakarka powiedziała mi bym nie liczyła na zbyt wiele, bo ona nic nie jest w stanie zrobic.Wybuchłam jeszcze większym płaczem, kazała mi nie wyć, bo dostanę gorączki i będzie jeszcze gorzej. Położyła mnie na sali, pielęgniarka podłączyła mi dwie kroplówki do obu rąk, podała relanium w pupę, a Pani doktor sobie poszła.

W tym szpitalu jedynie pielęgniarki były ludzkimi istotami, natomiast lekarze zachowywali się, jakby nie mieli serca. Nie ukrywam, że spodziewałam się, iż mój lekarz prowadzący się pofatyguje i przyjedzie do szpitala, ale się rozczarowałam. Leżałam w bezruchu na łóżku do rana wierząc, że poród się zatrzyma. Caluteńką noc przepłakałam i modliłam się, by akcja porodowa się zatrzymała. Rano 30.11.2008 koło godz 10.00 zjawiła się lekarka, która mnie przyjęła na oddział z zapytaniem, jak się czuję. Odparłam, że dobrze, ale czuję bóle parte. Powiedziała mi, że niestety ona już uczyniła, co w jej mocy i nic nie da się zrobić. Po jej wyjściu zadzwoniłam natychmiast do mojego lekarza z zapytaniem, czy przy pełnym rozwarciu są w stanie coś zrobić??? Usłyszałam chłodny głos lekarza w słuchawce, cytuję: eeee... nic się nie da zrobić, pójdzie szybko, nie będzie bolało, pół godziny i będzie po wszystkim> po czym się rozłączył i usłyszałam w słuchawce jedynie głuchą ciszę. Byłam przerażona tym, co powiedział i nieważne było dla mnie, czy będzie bolało czy nie, tylkoże nikt już nie uratuje mojej Kuszyny. Kiedy zjechała się moja rodzina wraz z moim mężem przez łzy wydukałam jedynie, że to koniec, że nic się nie da zrobić.

Koło południa przyszły po mnie siostry położne, z informacją, że chcą mnie zabrać na porodówkę. Zaczęłam wyć z rozpaczy, siostry stwierdziły, że na siłę nie mogą mnie zabrać, ale nie uniknę tego. Spojrzałam na męża i z ogromnym bólem dwóch serc, oboje z mężem kiwnęliśmy glowami wyrażając zgodę.W drodze na porodówkę oznajmiłam, że chcę pochować moje dzicko, na co przemiłe położne odpowiedziały, że dobrze iż napomniałam o tym, bo procedury są zupełnie inne niż kiedy matka nie zgłasza chęci pochówku dziecka.

Przyszła lekarka, która mnie przyjmowała, wsadziła rękę między nogi i poszły wody płodowe.Wtedy już wiedziałam, że nie ma szans na cud. Mąż towarzyszył mi do chwili kiedy zaczęłam czuć, że zbliża się czas porodu.Wyszedł na korytarz, bo wiedział, że nie da rady tego wytrzymać. Zaczęło się.... Okazało się, że urodziłam chłopczyka. Prosiłam by mi pokazano moje maleństwo, odradzały mi położne tłumacząc, że to nie będzie miły widok. Uparłam się i pokazały mi mojego synka. Był bordowy, bo przecież skóra jeszcze nie była wykształcona, miał nóżki, rączki główkę i zamknięte oczęta - był piękny. Dziś żałuję jedynie, że w tym szoku nie wzięłam mojej Kruszyny na ręce. I zastanawiam się, czy moja Kruszynka żyła jeszcze, jak przyjechałam do szpitala, czy może śmierć nastąpiła po odpuszczeniu wód. Nigdy się już tego nie dowiem (bo nie zrobiono mi w szpitalu USG).

Po urodzeniu łożyska przyszedł czas na czyszczenie macicy. Przywiązano mi nogi i lekarka zaczęła ten bolesny zabieg. Z rozmów uczestniczących tam kobiet wynikało, że wziernik jest za krótki, ale mimo prób nie udało się im odnaleźć większego.Więc jak nietrudno się domyślić, moje męczarnie trochę trwały, bo pielęgniarki biegały po oddziałach w poszukiwaniu za wziernikiem, a lekarka czyniła swoją powinność. Kiedy już nie udało się sprowadzić dłuższego narzędzia, lekarka wsadziła mi wziernik z takim impetem (że omal nie wyszedł mi uszami, kolokwialnie mówiąc) a pielęgniarka położyła mi się na brzuchu i parła go w dół całą siłą ciężarem swojego ciała. Po czym w tym momencie lekarka kazała mi się rozluźnić.Wyłam z bólu i nigdy tego nie zapomnę. Nawt mój mąż stojąc na korytarzu słyszał jak skowyłam niczym kojot.Wię moim zdaniem nie zostało mi podane znieczulenie, skoro tak bolało (choć orynator utrzymuje, że z dokumentów wynika iż znieczulenie zostało podane).

Po wszystkim zostałam zwieziona spowrotem na oddział położniczy do sali gdzie uprzednio leżałam. Następnego dnia tj.01.12.2008 w poniedziałek zjawił się mój lekarz prowadzący na porannym obchodzie. Nie komentuję już tego, co powiedział, bo już mi ręce opadają. Na moją wyraźną prośbę ordynator wypisał mnie tego dnia do domu. Kiedy już się pozbierałam poszłam do pielęgniarek z zapytaniem, czy dostanę jakieś dokumenty względem odebrania zwłok mojego dzicka, a ta odesłała mnie do oddziałowej. Oddziałowa powiedziała mi, że moje dziecko poszło do formaliny, ale lepiej, żebym poszła do ordynatora. Tak też uczyniłam. Zapłakana, załamana zaczęłam z nim rozmawiać. Umiejętnie mnie skołowacił mówiąc, że jakby każdy tak chciał chować takie płody, to cmentarzy by brakło, że to niewykształcone jeszcze było, że to plastelinka, że lepiej będzie jak dam sobie spokój. I ja głupia w tym letargu przystałam na argumenty ordynatora.Wróciłam do domu z L4 szpitalnym na 14 dni, bo zdaniem ordynatora mnie się nie należy macierzyński.

Największa próba była jeszcze przede mną, w domu czekało na mnie dziecko któremu misiałam wytłumaczyć, co się stało. Pierwsze pytanie mojego Kacperka było mamusiu, czy wszystko w porządku i czy dzidzia jest zdrowa. Wyjaśniłam dziecku, co się stało, tak by 4-letnie dziecko zrozumiało i się nie przestarszyło. Było mi trudno mówić o tym, co się stało, bo sama wciąż w to jeszcze nie wierzyłam. Mój mąż nawt był zadowolony, że odwołałam słowa o pochówku, bo bał się z tym dramatem wiązać naszego Kacperka. Moja mama z kolei bała się, że jeśli zdecyduję się na pochówek a zaczną się schody, to popadnę w niełaski psychiczne, a już wtedy byłam wycieńczona psychicznie.

We wtorek trafiłam na stronę internetową poronienie.pl i tam dowiedziałam się, jakie mam prawa. Zadzwoniłam na podany numer i poinformowano mnie, co powinnam zrobić, jakie pisma sporządzić. Następnego dnia, tj w środę 03.12.2008, zebrałam wszystkie siły, jakie mam i w towarzystwie mojego męża udałam się do szpitala. Kiedy podałam mojemu lekarzowi prowadzącemu podania i akty prawne mówiąc, że to są moje roszczenia względem szpitala, wzdrygnął się i odparł, że muszę z tym udać się do ordynatora. Porosiłam jeszcze, że po załatwieniu formalności chciałabym porozmawiać z nim i ordynatorem jednocześnie. Odparł, cytuję my nie mamy o czym rozmawiać. Po czym ja powiedziałam, że mam do niego żal, zapytał z wielkim zdziwieniem pani do mnie żal???. Tak, odrzekłam, do Pana, ponieważ zawierzyłam panu od początku do końca, a pan potraktował mnie i moje dziecko przedmiotowo. Pan doktor poparskał tylko pod nosem i odszedł jakby wcale przed momentem nie prowadził ze mną rozmowy.

Kiedy zaczęłam dialog z ordynatorem i rzucałam kolejnymi podaniami i aktami prawnymi (wydrukowanymi zresztą ze strony poronienie.pl) był porażony moją wiedzą. Ale mimo to tłumaczył się szybko zmieniającymi się przepisami, co dla mnie nie było stosowną argumentacją. Na pyatnie, czemu postąpiono wbrew mojej woli względem pochówku odpowiedział, ale pani sama się zrzekła. Jeśli chodzi o łyżeczkowanie stwierdził, że to niemożliwe, by nie podano mi znieczulenia. Macierzyński??? Pan doktor z ZUS-u, do którego dzwonił ordynator w mojej obecności stwierdził, że macierzyński mi się należy. W ciągu kilku godzin tego dnia dostałam macierzyński w wymiarze połowy tego urlopu, dziecko przywrócono z histopatologii, dostałam papiery ze szpitala, że dziecko się urodziło, co pozwoliło mi zarejestrować mi moją Kruszynkę w USC w Świętochłowicach, dostałam dokumenty z mojego pobytu w tym szpitalu, dostałam zasiłek pogrzebowy (który pozwolił mi pokryć wszystkie koszta pochówku i postwienie nagrobka mojemu Andrzejkowi). Zresztą nawet gdybym nie dostała tego zasiłku i tak bym pochowała moją Kruszynę na własny koszt.

Dziś mam spokojne sumienie, że po jego śmierci zrobiłam, co mogłam. Choć i tak żyję z wyrzutami, że może jednak mogłam coś zrobić, by moje dziecko żyło. Pozostają pytania bez odpowiedzi. Mam nadzieję, że moja historia pozwoli ostrzegać inne kobiety, które spodziewają się dziecka, bądź dopiero planują swoje pociechy przed takimi lekarzami.

M.M.
grudzień 2008