Witam serdecznie!!
Na początku chciałam pogratulować strony www. Jest ona niezwykle potrzebna takim kobietom jak my.
Mam na imię Basia, mam 31 lat i cztery razy przeżywałam utratę dziecka. To były straszne przeżycia...
Jak tylko dowiedziałam się o tej stronie, to postanowiłam opisać swoje przeżycia, podzielić się swoimi doświadczeniami, ale w zasadzie teraz, kiedy zaczęłam pisać ten list, to nie wiem o czym pisać – to chyba znaczy, że to ciągle boli i jest w moim odczuciu zbyt osobiste, aby się tym dzielić z innymi. Wiem jednak, że to błędne mniemanie więc opiszę wszystko, co spotkało mnie i męża.
W pierwszą ciążę zaszłam w wieku 22 lat – rok po ślubie, bardzo cieszyliśmy się, że mamy dzieciątko. Teraz wiem, że od początku moje dziecko nie rozwijało się tak jak trzeba – a lekarz do którego chodziłam nie robił nic, aby je ratować. Przy każdej wizycie, mówił tylko, że dziecko pomalutku rośnie. Ładował w mnie różne witaminy, kazał jeść miód ( którego nie cierpię). To trwało prawie cały drugi trymestr ciąży. W końcu w 30 tygodniu skierował mnie do szpitala, dokarmić dziecko glukozą. Po trzech dniach tego „dokarmiania” zanikło tętno. Moja córeczka umarła. I wtedy rozpoczął się największy koszmar naszego życia. Paradoksalnie nie dotyczył on tego, że straciliśmy dziecko, ale tego co zrobili ze mną lekarze – jak nas potraktowali. Dziecko umarło, więc pytam co teraz zrobić. 30 tydzień ciąży – żadnego rozwarcia, żadnych skurczy – poprosiłam więc o „cesarkę”. Ordynator powiedział, że to jest wykluczone, że jestem młoda, MUSZĘ urodzić naturalnie. Powiedział również, że mogę z „tym” – jak się wyraził o moim dziecku – chodzić nawet pięć tygodni.
Boże, jak sobie pomyślę... Mój kochany mąż w tym czasie szukał jakiegoś innego szpitala, prywatnej kliniki gdzie zajęliby się mną należycie. Niestety był to okres świąt – nigdzie nie chciano mnie przyjąć. To trwało tydzień. Leżałam i czekałam na poród. Więc zrobiliśmy coś, czego do dziś się wstydzimy – daliśmy łapówkę mojemu lekarzowi „od miodu” żeby cokolwiek ze mną zrobił. Nie jestem lekarzem i moja wiedza na temat tego co ze mną zrobili, a co mogli zrobić jest ograniczona. Nikt z nami nie rozmawiał. Dostałam więc tzw. Prowokację. Niestety ona nie poskutkowała, ponieważ wywołała skurcze, ale nie było rozwarcia. Pierwsze kroplówki dostałam w piątek – leżałam pół dnia na wielkiej sali porodowej gdzie stał trzy łóżka. Ja leżałam na środkowym, na dwóch bocznych w tym czasie panie urodziły zdrowe dzieci. Słyszałam jak płakały...
Skoro kroplówki nie poskutkowały – zostawiono mnie „w spokoju” do poniedziałku. Mój mąż był ze mną w każdej możliwej chwili – co tak irytowało pana ordynatora, że jak w poniedziałek w końcu rodziłam i mąż siedział na korytarzu przed porodówką (bo oczywiście wejść nie mógł) to ordynator wyrzucił go z oddziału – bo nie były to godziny odwiedzin. Z tego co wiem ten człowiek wyrządził krzywdę wielu kobietom.
Po różnych dziwnych zabiegach urodziłam Gabrysię, warzyła 500gram i miała 27cm. Wcześniej umówiłam się z mężem, że podczas porodu nie otworzę oczu i nie będę widziała córki. Nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, ale dzięki temu teraz mogę sobie ją wyobrażać jako dziewczynkę z kucykami i w ślicznej sukience. Poprosiliśmy o wydanie ciała, co wywołało zdziwienie niektórych pracowników szpitala „bo to przecież takie małe”. Pochowaliśmy naszą córkę. Ja nie uczestniczyłam w pogrzebie, leżałam jeszcze w szpitalu.
Po tych przeżyciach pozostała nam tylko ogromna niechęć i brak zaufania do lekarzy. Oczywiście nikt nie zaproponował, żeby znaleźć przyczynę tego co się stało. „Tak czasami się zdarza...”
Kolejnego dziecka oczekiwaliśmy trzy lata później. Od początku byliśmy nastawieni na to, że znów może być coś nie tak. W czternastym tygodniu ciąża obumarła. Tym razem poszłam jednak do innego szpitala – zajęli się tam nami wspaniale. Pół roku później znów byłam w ciąży. Niestety skończyła się tak samo jak poprzednia. Podobnie czwarte dziecko.
W tych trzech ostatnich, wielkim oparciem był dla mnie mąż. Już mu nikt nie wmawiał, że on tu jest niepotrzebny. Chodził ze mną na każdą wizytę, każde USG. Spędzał ze mną w szpitalu całe dnie. Wielka pomocą była dla mnie wiara. Ona dawała mi siłę na pogodzenie się z bólem i tęsknotą. Kiedy wróciłam ze szpitala po utracie drugiej ciąży. Poszliśmy do kościoła i na Mszy psalm między czytaniami brzmiał tak: „ ... Pan leczy wszystkich złamanych na duchu...” Wyszliśmy z kościoła „uleczeni”. Przy trzeciej i czwartej ciąży powtarzałam sobie „...Boże jeśli taka Twoja wola, to ja się z nią zgadzam...”
Nie znam płci trójki moich dzieci, ale każde nazywam na swój sposób i na grobie Gabrysi zawsze zapalam cztery świeczki.
Po czwartym dziecku znalazł się wreszcie lekarz, który powiedział „dosyć”. Trzeba dowiedzieć się, dlaczego się tak dzieje. Skierował nas na badania do CZMP w Łodzi. Badania genetyczne wykazały, że mój mąż ma dosyć poważną wadę genetyczną (chociaż jest normalnym zdrowym człowiekiem) i jest bardzo nikła szansa, że nasze geny połączą się we właściwy sposób – tak aby urodziło się zdrowe dziecko. Wg lekarza prowadzącego jest dla nas niewskazane, abym zaszła w ciążę. Przyjęliśmy to do wiadomości i powiem szczerze kamień spadł nam z serca, bo nareszcie wiedzieliśmy, co spowodowało śmierć naszych dzieci.
Ja naprawdę myślałam, że z czasem zapomnę o tym co przeżyłam, ale pisząc ten list, wiele razy litery rozmazywały mi się na ekranie. Może dlatego, że pisząc ten list jestem sama, nie patrzę nikomu w oczy. Zazwyczaj wydaje mi się, że pogodziłam się z losem i umiem dzielić się tym z innymi ludźmi. Kiedy opowiadam komuś nasze przeżycia, to ludzie się dziwią jak ja mogę tak spokojnie mówić o koszmarze. To chyba zależy od mojego samopoczucia. Dziś jest ono niedobre np. martwię się, kto się nami zajmie jak już będziemy starzy, ale nie zawsze tak jest – może wybrałam złą porę na pisanie tego listu. Mimo wszystko cieszę się, że go napisałam. Może moje przeżycia komuś pomogą. POZDRAWIAM WAS GORĄCO.
BARBARA