Strona internetowa Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu korzysta z plików cookies (ciasteczek). Użytkownik może w każdej chwili wyłączyć możliwość zapisywania cookies korzystając z opcji ustawień używanej przeglądarki internetowej, jednak w konsekwencji może to skutkować ograniczeniem lub utratą możliwości korzystania z niektórych funkcji serwisu. Natomiast korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki dotyczącej cookies, w tym zgodę na ich zapisywane i przetwarzanie na urządzeniu końcowym Użytkownika.


Zmiana Regulaminu od 18 sierpnia 2014

Ciąża obumarła, Poronienie zatrzymane, Indukcja farmakologiczna - Poronienie w domu

Moderatorzy: Kredka, Malgosia, marysia, masaiimara, PiBi.

Strona: 1 2 3 4 5 ... > »

Autor Post
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
Mam prośbę do tych kobietek, które miały wywoływane poronienie. Jak to określił mój ginekolog "farmakologiczna indukcja poronienia". Jak wygląda podanie leków? Domacicznie? Czy będzie podane jakieś znieczulenie? Uprosiłam mojego lekarza, że nie chcę mieć łyżeczkowania. Zgodził się i we wtorek mam mieć podane leki (jeśli do tego czasu nie zacznę krwawić, bo jak do tej pory nie mam najmniejszego krwawienia, a obumarcie płodu nastąpiło co najmniej 2 tyg. temu). I czy to prawda, że samo poronienie nie wystarczy i może łyżeczkowanie będzie jednak potrzebne (tak wyczytałam w internecie)? Przepraszam, jeśli ten temat już był, ale nie mogłam znaleźć nic podobnego.
Dziękuję.
Użytkownik
Zarejestrowany od: Grudnia 2007
Posty: 364
O indukcji się nie wypowiem, bo nie miałam - ja się zaparłam i doczekałam do rozpoczęcia akcji naturalnej po mniej więcej 2 tygodniach (ale to nie zawsze jest wskazane, to była moja osobista bardzo świadoma i kontrolowana z rozsądkiem decyzja) - pewnie odezwą się inne kobiety stąd w tym temacie.

Natomiast zdarza się, że łyżeczkowanie nie jest konieczne - mnie to również ominęło i tutaj podobnie się uparłam, ale miałam kontrolne USG tuż po, potem kilka dni po i kolejne ze dwa tygodnie po. Było w porządku, ale tego nie możesz być pewna z góry - prócz dziecka musisz urodzić cały worek owodniowy, kosmówkę, a bywa, że zostają fragmenty.

Powinien Cię badać lekarz rozważny, który "taśmowo" nie wysyła na łyżeczkowanie, ale też nie zlekceważy takiej konieczności. Musisz umieć się obserwować, nie ignorować sygnałów.

Byłam "na zapas" zaopatrzona przez lekarza w receptę na antybiotyki, by mieć je pod ręką, gdyby w szpitalu mi nie dano (nie leżałam w nim, byłam tylko na dwóch z trzech kontroli USG), ale oni również mi dali. Wykupiłam i zjadłam tylko jedne.
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 67
Skąd: podkarpackie
Tydzień temu miałam stwierdzoną martwą ciążę. Lekarze w szpitalu nie proponowali mi czekania tylko farmakologiczną indukcję poronienia, na którą się zgodziłam. Dostałam dopochwowo 2 tabletki cytotecu i kazali leżeć i czekać na zabieg. Miałam łyżeczkowanie 1,5 godziny po podaniu tabletek w znieczuleniu ogólnym. Wiem, że zwykle każą dziewczynom czekać, aż urodzą same. Mi tego nie proponowali być może dlatego, że mam za sobą 2 cesarki.

Tęsknię za moim aniołeczkiem.
_______________
Mama ziemskiego Maciusia (2006r.), Majusi (2008r.) i Aniołka Piotrusia (8 tyg.) - 6.03.2013 [*]
Użytkownik
Zarejestrowany od: Lutego 2013
Posty: 81
wszystko zależy od tygodnia ciąży... podają dopochwowo tabletkę cytotex, czasem też jakąś kroplówkę, jeżeli "wszystko samo nie poleci" po tabletkach to potrzebne jest łyżeczkowanie, macica musi byc dobrze wyczyszczona żebyś nie dostała krwotoku, albo żeby nie nastąpiły inne komplikacje, nie obawiaj się tu chodzi o twoje zdrowie, i żebyś motem mogła zajść w ciążę...
leżałam na sali z dziewczyną u której w ok 9 tyg stwierdzono, że serduszko u maleństwa przestało bić... dostała jedną tabletkę cytotexu na noc a rano ok 10 miała zabieg, ponieważ nie miała skurczy ani krwawień....
u mnie porób był wywoływany w 18 tg, urodziłam Synka, ale też musiałam mieć łyżeczkowanie, było w znieczuleniu ogólnym.
Doradca
Zarejestrowany od: Sierpnia 2006
Posty: 3794
Wadero, bardzo współczuję sierci Twojego dziecka.

Tabletki (zwykle cytotec) podaje się dopochwowo, po kilku godzinach powinno dojść do poronienia (we wczesnej ciązy przypomina to silne bóle miesiączkowe, w późniejszych kilkugodzinny poród). Jeśli skurcze się nie zaczną (nie pamiętam po ilu godzinach), podaje się kolejną dawkę. Znieczulenie nie jest konieczne, choć jeśli jest bardzo bolesne można prosić o leki przeciwbólowe.
Potem lekarz powinien wykonac usg, żeby okreslić czy nie zostały jakieś resztki tkanek. I jeśli ich nie ma, łyżeczkowanie nie jest konieczne. Im wcześniejsza ciąża, tym większe szanse, że abrazja (łyżeczkowanie) nie będzie potrzebna.
Takie są zalecenia PTG, bo takie postępowanie jest najmniej inwazyjne (nie licząc naturalnego poronienia).

Ale czasem w szpitalu nadgoriwie postępują tak jak pisze joannakarolina (łyżeczkowanie zanim zaczną się skurcze albo łyżeczkowanie z automatu dla wszystkich).

Jeśli okaże się, że łyżeczkowanie jest potrzebne, żądaj znieczulenia ogólnego (zwykle jest w standardzie, ale np. w woj. dolnośląskim często jest wykonywane jedynie w znieczuleniu miejscowym). Antybiotyki też nie zawsze są konieczne.

Dużo sił na ten trudny czas przed Tobą.
Moderator
Zarejestrowany od: Października 2011
Posty: 922
W dolnosląskim miałam znieczulenie ogólne, ale może dlatego że to szpital niepubliczny... odpłynęłam zanim lekarz mnie dotkął i wybudziłam się dopiero na sali....
Użytkownik
Zarejestrowany od: Lutego 2013
Posty: 1511
Skąd: Gdańsk
Ja miałam podane tabletki dopochwowe, a po kilku godzinach, gdy nasiliło się krwawienie i bóle - miałam zrobiony zabieg w znieczuleniu ogólnym. Lekarka informowała mnie o różnych opcjach, ale doradziła tą jako najmniej inwazyjną (to był początek 12 tygodnia i szansa na naturalne całkowite oczyszczenie była niewielka). Mówiła też, że czasami, jeśli kobieta nie może zajść w ciążę, to robi się łyżeczkowanie macicy po to, żeby śluzówka lepiej narastała - że po takim zabiegu często kobieta nawet łatwiej zachodzi w ciążę i lepiej ona przebiega. Nie wiem czy będę jeszcze próbowała i czy ty masz taki zamiar, ale podaję Ci tą informację, gdyby Cię to interesowało.

Światełko dla Aniołka
_______________
Mama 3 Dzieci (2000, 2003, 2010)
Mama 2 Aniołków (1999 6tc, 2013 12tc)
Oczekująca...
Użytkownik
Zarejestrowany od: Października 2010
Posty: 408
Ja powiem na moim przykładzie - czasem farmakologiczna indukcja nie wystarcza i potrzebne jest łyżeczkowanie. Przy moim pierwszym poronieniu lekarz zalecił farmakologiczną indukcję w rezultacie czego przez 4 dni pobytu w szpitalu miałam podawane na przemian kroplówki z oksytocyną i tabletki cytotec. Jednak nie udało się i w rezultacie musiałam mieć zabieg. Przy drugim poronieniu nie miałam ani leków ani zabiegu a wszystko oczyściło się samo. Przy trzecim zabieg był niezbędny. Czasem zabieg jest naprawdę konieczny. Trzymaj się Wadera
_______________
Kruszynka - 16.10.2010 [*] 10tc
Kropeczka - 31.03.2011 [*] 5tc
2 Maleństwa - 04.01.2013 [*] [*] 7tc
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
Dziękuję Wam bardzo za odpowiedzi i za wsparcie.
Zastanawiam się teraz czy dobrze zrobiłam nie zgadzając się na ten zabieg. Tym bardziej, że mam dostać leki, a całe poronienie przejść w domu... Z jednej strony boję się jak to będzie, ale z drugiej wolę krwawić i przeżywać to w zaciszu domowym niż w szpitalu...
Jeszcze 3 dni do podania tych leków. Miałam nadzieję, że sama zacznę krwawić, ale jak na razie nic na to nie wskazuje....
Doradca
Zarejestrowany od: Czerwca 2010
Posty: 6370
Skąd: Tuchola
Wadero,
współczuję Ci śmierci Maluszka. Bardzo trudny teraz czas przed Tobą - i ten czekania na poronienie i późniejszy - żałoby.
O tym, jak przygotować się na poronienie samoistne (czy też indukowane lekami) w domu, czego się spodziewać możesz poczytać w TYM wątku. Myślę, że to, o czym pisały tam Dziewczyny, pomoże Ci zrozumieć choć w części, co Cię czeka. I - że nie jesteś sama w swoich obawach, strachu. Czekanie na poronienie jest trudne. Ale może to być też cenny czas - pożegnania z dzieckiem, być może nadania mu imienia, podjęcia decyzji co do pochówku.
Pamiętaj też że jeszcze możesz zdecydować się na zabieg. Poprosić lekarza o skierowanie. Czy przedstawiono Ci wszystkie za i przeciw zabiegu? Czytam, że sama prosiłaś o taką formę poronienia. W mojej opinii słusznie, o ile psychicznie czujesz się na siłach ronić w domu. Po poronieniu, o ile kontrola USG wykaże, że macica nie oczyściła się całkowicie, faktycznie może być konieczne łyżeczkowanie. Jednak wówczas ma ono mniej szkodliwy wpływ na endometrium.
Z kwestii praktycznych pamiętaj, że w trakcie poronienia możesz brać leki przeciwbólowe. Nie wolno Ci natomiast stosować leków rozkurczowych, typu no-spa.

Freeq - z tym dobrodziejstwem zabiegu łyżeczkowania w kontekście późniejszej płodności to bym polemizowała. Bardzo. Może w sytuacji problemów z endometrium, jego patologicznego przyrastania, wyłyżeczkowanie jamy macicy jest zasadne i wskazane. Natomiast w sytuacji poronienia lepsze fizjologicznie dla organizmu kobiety jest poronienie samoistne, możliwie bez łyżeczkowania. Oczywiście - czasem łyżeczkowanie jest konieczne, kiedy nie daje się wywołać poronienia. Czasem konieczne jest wyłyżeczkowanie juz po poronieniu samoistnym, jeśli macica nie oczyści się prawidłowo. Czasem - i tego absolutnie nie neguję - kobieta sama prosi o zabieg, ponieważ nie czuje sie na siłach czekać na poronienie naturalne.

Ale - pamiętać trzeba, że łyżeczkowanie jest bardzo poważną ingerencją w wyściółkę macicy. Uszkadza ją. Powoduje nierównomierne narastanie. Sporo czasu potrzeba, by wróciła ona do równowagi. Trudno zatem mówić, że po zabiegu łyżeczkowania jest ona dobrze przygotowana na przyjęcie kolejnego zarodka. Nawet długo po, wiele z nas może Ci potwierdzić, że kontrole USG długo po łyżeczkowaniu wykazywały, że endometrium narasta nierówno.

Jest trochę prawdy w tym, że krótko po poronieniu (ale każdym poronieniu, nie tylko tym przebiegającym z łyżeczkowaniem) wielu kobietom łatwo jest zajść w kolejną ciążę. Organizm jeszcze "pamięta" tę poprzednią. Hormonalnie. Immunologicznie.
Nie zmienia to faktu, że ciąża krótko po poronieniu (np.1-3 cykle po nim) nie jest wskazana. Ze względów zdrowotnych, m.in.gojenia się macicy (tu szczególnie po łyżeczkowaniu bez rozpoczętego poronienia naturalnego!) oraz psychologicznych.

Z tym, że po łyżeczkowaniu lepiej ciąża przebiega polemizować nie będę, bo nie wiem kompletnie, co lekarka mogła mieć na myśli. Ciekawam, czy są jakiekolwiek doniesienia naukowe potwierdzające tę tezę?

W mojej opinii - mówienie pacjentce że oto łyżeczkując jej jamę macicy robi się jej przysługę, zapewniając lepszą płodność, jest niewłaściwe.
Należałoby raczej przedstawić wszystkie za i przeciw każdego ze sposobów przebiegu poronienia, ze szczególnym podkreśleniem wad zabiegu łyżeczkowania oraz zalet poronienia indukowanego lekami a zwłaszcza - naturalnego.
Choć, jak już pisałam, pamiętać należy, że niestety niektóre pacjentki "skazane" będą na zabieg łyżeczkowania a wiele - wybierze go dla siebie. Jednak wybór ten powinien być w pełni świadomy, na pewno nie dyktowany przekonaniem, że po zabiegu lepiej rzecz się będzie miała z płodnością.

Pamiętajmy, że przez poronienie naturalne organizm kobiety przechodzi stopniowo, długotrwale. Indukowane lekami też ma przebieg bardziej naturalny, niż uśpienie pacjentki jeszcze fizjologicznie ciężarnej na stole operacyjnym i wybudzenie jej po 20 minutach w stanie fizjologicznym całkowicie odmiennym. Tutaj organizmowi potrzeba sporo czasu na "zrozumienie co się stało" a dopiero potem powrót do równowagi. O powrocie do dobrej kondycji psychicznej nie wspominając, bo ten trwa bardzo długo. Szczególnie być może długo u kobiet, które - jak ja -są ofiarami polskiego "systemu ronienia", kiedy jednego dnia dowiadujesz się, że dziecko Ci umarło a drugiego - jesteś już po zabiegu. Tutaj nie ma czasu, na psychiczne przygotowanie się do tego co ma się stać.
_______________
Marta - mama Piotrusia (10tc, *2010), Jeremiego (2012), Rity ur.15.10.13
Użytkownik
Zarejestrowany od: Lutego 2013
Posty: 1511
Skąd: Gdańsk
Fakt, źle się wyraziłam. Lekarka nie proponowała mi łyżeczkowania jako zabieg najmniej inwazyjny tylko jako najodpowiedniejszy dla mnie. Mówiła, że w 12 tygodniu to już mało prawdopodobne, że oczyści się całkowicie i że prawdopodobnie i tak potrzebny będzie zabieg. Mogłam zaryzykować, ale bałam się jak zniosę widok szczątek dzieciątka, jak to będzie wyglądało, czy to będą po prostu krwiste skrzepy czy... a zresztą, byłam w szoku, załamana, bałam się....
Nie neguję tego, że łyżeczkowanie to zabieg inwazyjny. Co do płodności po zabiegu, nie wiem jak to wygląda. Pierwsze poronienie przeżyłam bardzo wczesne i wszystko oczyściło się naturalnie. Gdy teraz byłam w szpitalu, byłam w szoku i pytałam o wszystko co mi przyszło do głowy. Między innymi o to, czy będę mogła jeszcze być w ciąży. I usłyszałam, że tak, że ona pracuje w klinice leczenia bezpłodności i że czasem niektórym kobietom (nie ciężarnym) wręcz proponuje się zabieg wyłyżeczkowania ze względu na lepsze odrastanie śluzówki po. Ona nie odnosiła tego do mojego przypadku. Więc prawdopodobnie jest tak jak mówisz, że to pomaga kobietom z jakimś określonym problemem, np zbyt mało narastającą śluzówką. Inna sprawa, że ja nie miałam zabiegu od razu. Najpierw dostałam leki dopochwowe i dopiero jak bardzo nasiliło się krwawienie i pojawiły silne skurcze, wtedy wzięli mnie na zabieg. Wówczas szyjka była już otwarta a pęcherzyk (czy jak to się tam fachowo w 12 tyg nazywa) był już w szyjce. Ale wydaje mi się, że miałam "szczęście" bo ok godz. przed pojechaniem do szpitala zjadłam obiad i nie mogli wziąć mnie od razu na zabieg. Kilka lat temu koleżanka poroniła (9tc) i miała zabieg od razu. Zgadzam się, że to nie jest dobre. Teraz (miesiąc po) trwa mój pierwszy okres i jest tak obfity jakiego chyba jeszcze nie miałam. A jak wygląda wnętrze macicy po zabiegu dowiem się jak pójdę na pierwszą kontrolę. Zrobię to zaraz po zakończeniu okresu.
Zresztą i tak fizycznie organizm na ogół regeneruje się szybciej niż psychicznie........
_______________
Mama 3 Dzieci (2000, 2003, 2010)
Mama 2 Aniołków (1999 6tc, 2013 12tc)
Oczekująca...
Doradca
Zarejestrowany od: Czerwca 2010
Posty: 6370
Skąd: Tuchola
Freeq, właśnie o tym też pisałam, że jednak bardziej oszczędzające jest podanie leków a potem - ewentualne łyżeczkowanie. Najgorszą opcją jest rozwieranie szyjki siłą w celu dokonania zabiegu.
I jeszcze jednak uwaga (nie czepiam się, gwoli ścisłości tylko) - pani pracowała z pewnością w klinice leczenia NIEpłodności. BEZpłodności się leczyć nie da.
_______________
Marta - mama Piotrusia (10tc, *2010), Jeremiego (2012), Rity ur.15.10.13
Użytkownik
Zarejestrowany od: Lutego 2013
Posty: 1511
Skąd: Gdańsk
Pewnie tak powiedziała - w klinice leczenia niepłodności..... zresztą ona dużo mówiła, tłumaczyła różne opcje, i co się z tym wiąże, ale powiem szczerze, że niewiele z tego pamiętam. To jest to o czym pisałaś u góry. W jednej chwili dowiedziałam się, że moje dziecko nie żyje, a kilka godzin później byłam już po zabiegu. Ja tak bardzo się bałam. Byłam przerażona tym co mnie czeka. A oprócz tej lekarki, która przynajmniej próbowała mi coś tam wyjaśniać, pozostały personel szpitala był okrutny - zero delikatności, wyrozumiałości - a położyli mnie na oddziale z ciężarnymi, prawie cały czas słyszałam bicie serc ich dzieci (ktg). Tak więc ja też stałam się ofiarą "polskiego systemu ronienia". Na szczęście nie miałam robionego zabiegu "na żywca", bez znieczulenia - jak niektóre, ale i tak lekko nie było.... (to znaczy nigdy nie jest lekko, ale kobiety powinny mieć możliwość "ronić po ludzku" - ja nie miałam...)
No i ten psychiczny cios - właśnie wtedy gdy dotrwałam do 12tc.

wadera - trzymaj się - jesteśmy z Tobą....
_______________
Mama 3 Dzieci (2000, 2003, 2010)
Mama 2 Aniołków (1999 6tc, 2013 12tc)
Oczekująca...
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
Dziękuję kochane...
Masaiimara napisz dlaczego nie wolno brać nospy w czasie poronienia... Bo właśnie to mi zalecił lekarz...
Doradca
Zarejestrowany od: Czerwca 2010
Posty: 6370
Skąd: Tuchola
Hmmm... Zalecił w trakcie poronienia? Już po aplikacji cytoteku? W trakcie oczyszczania macicy? Nie znam dokładnie metodyki postępowania w przypadku zakładania leków poronnych dopochwowo ale... Generalnie w trakcie poronienia macica się obkurcza. Musi się obkurczać, to jest warunek dokonania się poronienia, czyli oczyszczenia macicy. Leki przeciwskurczowe, rozkurczające, jak no spa utrudniają to, czy wręcz uniemożliwiają.
Ale jak powtarzam, nie znam procedury poronienia indukowanego. Skoro lekarz zaleca no spę, ufajmy, że wie co robi i że tak postępować w tym wypadku należy.
_______________
Marta - mama Piotrusia (10tc, *2010), Jeremiego (2012), Rity ur.15.10.13
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 67
Skąd: podkarpackie
Dziwna sprawa z tą nospą. Ja miałam farmakologiczną indukcję poronienia dostałam 2 tabletki cytotecu i kazali leżeć, nie chodzić.
Nie wiem dlaczego szybko miałam zabieg, bo 1,5 godziny później, nawet krwawić nie zaczęłam. Zapytam lekarza, jak pójdę do kontroli, bo akurat on robił mi zabieg. Może to przez moje 2 cesarki. Mam nadzieję, że nie uszkodzili mojej szyjki. Wiem, że raczej u nas w szpitalu wszystkim dziewczynom każą czekać, aż się samo zacznie. Niedawno, bo 3 tygodnie wcześniej poroniła w 13 tc moja szwagierka. Też dostała cytotec i czekała kilkanaście godzin. Zabieg miała dopiero, jak dostała bardzo silnych bóli i mocno krwawiła. Ale o nospie nie było mowy. Najwyżej coś przeciwbólowego.

Weszłam go gabinetu w ciąży, a wyszłam... a raczej wywieźli...
Wadera jestem z Tobą.
_______________
Mama ziemskiego Maciusia (2006r.), Majusi (2008r.) i Aniołka Piotrusia (8 tyg.) - 6.03.2013 [*]
Użytkownik
Zarejestrowany od: Grudnia 2007
Posty: 364
Hm... Ja zrozumiałam, że wadera jeszcze NIE jest w trakcie indukcji - ma mieć dopiero we wtorek w szpitalu. A teraz tylko czeka, czy ewentualnie nie zacznie się naturalna akcja szybciej.
I tak sobie myślę, że może lekarz kazał jej to jeść, by właśnie tę akcję wstrzymać do wtorku?
Co samo w sobie we mnie budzi sprzeciw, ale może wadera nie chciałaby sama w domu... albo lekarz ten akurat ma wtedy dyżur, albo co... i stąd to?
Doradca
Zarejestrowany od: Czerwca 2010
Posty: 6370
Skąd: Tuchola
No tak, tyle że pisze "o ile do tego czasu nie zacznę krwawić". Możliwe, że lekarz się kieruje tym, żeby "zatrzymać" poronienie jeszcze kilka dni. Tak jak napisałam - w trakcie poronienia no spa niewskazana. Stąd pytam, kiedy zalecił branie tej no spy. Bo przeciwbólowo zadziałają zwykłe leki przeciwbólowe. Więc ja też mam wątpliwości, czy to celowe żeby zapobiegać ewentualnej naturalnej akcji skurczowej?
Bo w sumie, na logikę, wadera jest już w trakcie poronienia.
_______________
Marta - mama Piotrusia (10tc, *2010), Jeremiego (2012), Rity ur.15.10.13
Użytkownik
Zarejestrowany od: Grudnia 2007
Posty: 364
Dla mnie - niecelowe.

Ale tu, tu mogły być jakieś dodatkowe powody (może wadera coś dopowie jeszcze), nawet takie jak wymieniłam, czasem kobieta bardzo się mota w swoich strachach i niepewnościach. A to "o ile nie zacznie krwawić", może oznaczać zwyczajnie "o ile i tak nie zacznie się nawet mimo no-spy szybciej". Tego nie odgadniemy same.
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
To może ja sprecyzuję. W poniedziałek, 11 marca, po trzecim dokładnym usg lekarz stwierdził, że zarodek obumarł. Pozostał pusty pęcherzyk. Lekarz już wtedy chciał podać mi leki, być może nawet zostawić na zabieg, bo kazał przyjść na czczo (wizyta była w szpitalu). Ale tak naprawdę nie wiem jakie miał zamiary bo od razu go uprzedziłam. Powiedziałam, że nie chcę zabiegu i że chciałabym też trochę zaczekać, że może sama zacznę krwawić. Umówiliśmy się na wizytę na wtorek 19 marca (w przychodni), jeśli do tej pory nie wystąpi krwawienie, mam zgłosić się na podanie leków. Już na poprzedniej wizycie zaczęłam wypytywać jak to będzie wyglądało. Ginekolog powiedział, że dostanę leki, wrócę do domu, za kilka godzin wystąpi krwawienie. Będzie przypominało miesiączkę, tyle że może być bardziej bolesne, bo macica będzie się kurczyła. I jeśli będzie bardzo bolało to mam brać nospę co godzinę (powiedział że tak zwykle zaleca swoim pacjentkom). Biorąc to na logikę to rzeczywiście nospa jest rozkurczowa, więc chyba będzie te skurcze osłabiać...
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
Dodam jeszcze, że naprawdę wolę to krwawienie i ból, jakie by one nie były, przeżyć w domu, z mężem przy boku, w spokoju, niż w zimnym szpitalu...
Doradca
Zarejestrowany od: Czerwca 2010
Posty: 6370
Skąd: Tuchola
Wadero, w takiej sytuacji, jeśli jesteś nastawiona na poronienie możliwie jak najbardziej naturalne, nawet w domu, nie brałabym na Twoim miejscu no spy. Faktycznie działa ona przeciwbólowo w tym sensie, że osłabia czynność skurczową. A skurcz mięśni boli. Ale po pierwsze zmniejsza szansę na rozpoczęcie poronienia samoistnie (choć to może się nie rozpocząć jeszcze przez wiele dni), po drugie - na pewno osłabi skurcze w przebiegu poronienia i wydłuży jego czas. Ja na Twoim miejscu zaopatrzyłabym się w leki przeciwbólowe i te zażywała w razie potrzeby.
_______________
Marta - mama Piotrusia (10tc, *2010), Jeremiego (2012), Rity ur.15.10.13
Użytkownik
Zarejestrowany od: Grudnia 2007
Posty: 364
Ból niekoniecznie będzie traumatyczny (zgaduję, że nie jest to etap powyżej 9 tygodnia ciąży), choć czasem bywa silny, z tego co słyszę. Ja niemal go nie czułam - adrenalina zrobiła swoje, zresztą nastawienie i przygotowanie się psychicznie mogą także pomóc. Tak, jak mówi masaiimara, zaopatrz się na wszelki wypadek, ale nie odzieraj z nadziei, że nie będzie to ponad Twoje siły.

Ja nie miałam niczego na wywołanie, obyłam się także bez przeciwbólowych, choć to nie jest reguła.
Mnie pomógł prysznic dosyć ciepły, ale nie gorący, taki zwykły wieczorny, codzienny - zdążyłam się umyć, powycierać górę i wtedy się zaczęło... Tak jakby czekało...
Tak dosłownie to była wanna, bo ja się prysznicuję w wannie (kabiny dosłownie nie mam), której nie zatykam.

Nie planowałam tego, po prostu tak się stało i dzisiaj jestem przekonana, że to był szczęśliwy moment. Dzięki niemu nie przeżywałam tragedii "dziecka w toalecie", mogłam się opłukać w każdej chwili (samego brzucha w trakcie intensywnie raczej nie polewałam, najwyżej tak troszkę chwilami), bo już w wannie zostałam do końca z tym prysznicem i dłonią podstawioną. W wodzie i krwi nie siedziałam, zatykałam i odtykałam wannę, po sprawdzeniu każdego durnego skrzepu, który z dłoni się wymknął. Troszkę się ubrałam od góry. Jakoś tak intuicyjnie mi ta wanna już się potem wydała najlepszym na świecie miejscem i najwygodniejszym. Nie byłam sama, byłam w domu, u siebie, w tym nieracjonalnym poczuciu ciepła i bezpieczeństwa, i bycia razem... I, co najważniejsze, chciałam tego. Sam szum i ciepła woda uspokaja, o ile o spokoju mówić można. Choć właściwie można... Własnym opanowaniem byłam zszokowana później, jakbym od zawsze wiedziała... co mam robić... że wszystko jest na swoim miejscu na tyle, na ile w tych okolicznościach być może. Instynkt jest potężną rzeczą, jeśli więc czujesz, że wolisz w domu i masz w sobie coś takiego - spróbuj.

Wszystko u mnie trwało około 2 godzin, przy czym Małe urodziło się po godzinie, a łożysko za jakieś pół po nim. Odczekałam kolejną obserwując krwawienie - w trakcie było silniejsze nieco od miesiączek i ze skrzepami, ale szybko znacząco się zmnieszyło. Jednak nie ukrywam, że ja od zawsze mam miesiączki bardzo silne i długie, więc jestem przyzwyczajona, a dla niejednej znajomej to ja mam chyba krwotoki, dla mnie zaś ich miesiączki są raptem plamieniami. Zatem nie tyle tu mogłam ocenić natężenie bezwględnie, ile w porównaniu tylko, czy nie jest to już za dużo nawet jak na mnie. Do szpitala poszliśmy krokiem spacerowym, żeby nie powodować wysiłku większego (mam 5 minut drogi) i trafiłam na badanie po 3 godzinach od rozpoczęcia, a po godzinie od zakończenia (jeszcze bez USG, bo USG miałam dopiero na kolejnej wizycie kontrolnej po kilku godzinach rano). Usłyszałam zdziwione - jak na poronienie Pani już właściwie wcale nie krwawi. Bo tak było, w porównaniu z moimi miesiączkami z pewnością, co wiedziałam nawet lepiej od nich i czym sama byłam zaskoczona. Kilkanaście minut później byłam z powrotem w domu, we własnym łóżku - rozumiem, co Tobą powoduje...
Dopiero wtedy zaczęłam faktycznie odczuwać fizycznie wyraźnie zauważalny ból, ale to było takie silniejsze ćmienie w podbrzuszu, drażniące, utrudniające zaśnięcie, ale w żaden sposób nie mogłabym go demonizować. O świcie i on zaczął ustępować.

Miałam dużo szczęścia i nie zawiodłam się na swoim instynkcie i przekonaniu, że w moim przypadku natura będzie wiedziała, co robi, nigdy nie żałowałam. Im więcej czytałam na Forum, tym jeszcze mocniej to przekonanie rosło.
Nie wiem, czy Tobie się uda, ale chcę byś miała choć łut tej nadziei, że może tak...
Dla części kobiet jest zbyt wielką traumą czekać nadal ze świadomością obumarłej ciąży, nawet gdyby można jeszcze z łyżeczkowaniem się wstrzymać. Dla mnie - odwrotnie - chciałam, by to nigdy się nie skończyło, dlatego się nie bałam, jak ja to zniosę i czy sobie poradzę. Bałam się tylko, że to nie wystarczy i łyżeczkowanie mnie nie ominie.

Reszta... Reszta była piękna.
Już kiedyś pisałam tu słowa, które często słyszę od mojego wirtualnego przyjaciela:
Wszystko zależy od tego, jak patrzę...
Użytkownik
Zarejestrowany od: Marca 2013
Posty: 17
Amelio pięknie to opisałaś, pięknie... Ja właśnie dlatego tak chcę, w domu.
Gdybym widziała na usg martwe ciałko mojego dziecka, na pewno ciężko by mi było nadal trwać w tej ciąży. Właściwie to nie wiem, czy ja nadal jestem w ciąży czy już nie... Ale mojego dziecka nie widziałam, pierwsze usg nie pokazało nic bo było za wcześnie, a na drugim już prawdopodobnie było po wszystkim. Widziałam tylko pusty pęcherzyk, i podobno są tam jakieś "pozostałości". Inaczej wiem, że chyba nie zniosłabym widoku poronionego dziecka... Wczoraj zaczął się 11 tydzień, do obumarcia nie wiem kiedy doszło...
Odliczam dni do wtorku. Jeśli komuś to może pomóc to we środę napiszę, jak to przeszłam.

A co do nospy to dopytam lekarza we wtorek, ale myślę, że poradzę sobie bez niej.
Użytkownik
Zarejestrowany od: Grudnia 2007
Posty: 364
Hm... Pozostałości...
Jeśli się bardzo boisz tego widoku, zapytaj lekarza wprost, czy to są szczątki Twojego dziecka. Bo może tak. Ja słowa szczątki używam świadomie, w znaczeniu cząstek, bo nie zawsze dziecko rodzi się w obumarłej ciąży w całości naraz - jakkolwiek by to brzmiało przerażająco, najgorszy uraz można przeżyć z powodu niewiedzy. Tkanki dłużej noszone ulegają maceracji, są więc podatne na rozdzielenie.

Nigdy dotąd, mimo upływu ponad 5 lat nie opisywałam tutaj tych szczegółów, za każdym razem łamiąc się w sobie, na ile to może pomóc, a na ile wywołać panikę.
Wiedza może przygotować. Ale wiele kobiet tutaj reaguje tak ogromnym przerażeniem na myśl o "domowym" poronieniu, że nadal zachowuję wiele dla siebie, bo miewam wrażenie, że tylko to pogłębię. Te, które trafiły już po, niedoinformowane przez lekarza, pozostawione samym sobie, mają często tak odmienne od moich doświadczenia, że żadne słowa innej kobiety tego urazu już w nich nie odmienią.

Odezwałam się w Twoim temacie, bo instynktownie odnoszę wrażenie, że masz niektóre reakcje podobne moim z tamtego okresu. Np. Twoje posty pierwsze są kompletnie pozbawione opisu emocjonalnego, starannie filtrujesz z nich swój przekaz, czytałaś poszukując informacji mocno merytorycznych i z tego powodu mogę wierzyć, że Ci nie zaszkodzę opisem nazbyt dosłownym.

Maleńkie szczątki możesz przeoczyć, ale jeśli nie przeoczysz, to nie ma mowy o pomyleniu ich ze skrzepami. Czasem dziecko się urodzi "ukryte" w łożysku, a czasem osobno, jak u mnie. Piszesz, że tego nie zniesiesz...

Hm...
Moje dziecko urodziło się zdekapitowane, osobno główka i reszta ciałka. Razem ponad 2,3 cm według USG. Bardzo jasne, niemal przezroczystobiałe. Maceracja w końcu robiła swoje bez czekania na cud. Nie, nie wyglądało jak idealna miniatura dorosłego człowieka. Ale mimo to...
To zadziwiające, co może serce matki... dla mnie było najpiękniejsze na świecie - ułożyłam je sobie na dłoni, starannie dopasowując obraz całości. W oczach miałam chyba mikroskop, policzyłam odruchowo paluszki tak maleńkie niewyobrażalnie (jak Pan Bóg i tradycja przykazały - policzyłam wszystkie 10). Oczka miało "duże", duże w sensie w proporcji, jak łebki szpilek, intensywne w barwie, ciemnoszafirowe, piękne (na tym etapie nie ma jeszcze naszych powiek i są po prostu oczka jak paciorki i podobno zawsze niebieskie). Tego odcienia bardzo ciemnego błękitu nigdy nie zapomnę. Łapki rozrzucone na boki. Taka mała rozpłaszczona w zagłębieniu dłoni "żabka", jak przywykłam wspominać.

Gdyby wcześniej mi ktoś powiedział... wiałabym na koniec świata ze strachu...
Nie zwiałam.
Nie, nie byłam szczególnie przygotowana na widok i nie miałam pojęcia, czego szukać i czego się spodziewać, gmerając w tych skrzepach krwi, choć przeleciałam wcześniej niejedną stronę i całe forum tutaj. Ale zdążyłam na głos powiedzieć ojcu, który tkwił ze mną w łazience, że to ono, jeszcze nim umysł zdążył zareagować świadomą myślą, że to ono. Po prostu wiedziałam. Jednym spojrzeniem objęłam wiedząc.

Szok po czasie mija. I porównując doświadczenie innych kobiet, doszłam już dawno temu do wniosku, że to, co w pierwszej chwili wydawałoby się w tym najstraszniejsze i nie do zniesienia o zdrowym umyśle, okazywało się potem tym najlepszym wspomnieniem. Współczułam każdej kobiecie, która tej szansy nie miała, a do której to pytanie o pożegnanie czy niepewność o los szczątek wracało i dręczyło... Za każdym razem włosy mi stają dęba, gdy czytam, jak wielką traumą to bywa.
Ja czuję się szczęściarą, serio, że moje poronienie było z tych zatrzymanych. Los dał mi czas...

Mam słabość do czekolady mlecznej. Szklaneczka po Nutelli (taka z białym plastikowym wieczkiem) była idealna. Nie ma to jak czekolada dla malucha na dobry początek. Nie zapomnę, jak instruowałam ojca z łazienki, gdzie stoi, a on nie mógł znaleźć, choć miał na wierzchu. Mężczyźni... Ręce mu się trzęsły, jak mi podawał. Musiałam mu pomóc drugą ręką, bo bym nie trafiła z Małym do środka.

Po latach wiele z tych wspomnień wzbudza raczej uśmiech, niż ból. To strachu "nie pamiętam". Naprawdę. I dlatego nadal wierzę, że czasem to najwłaściwsza droga, gdy tylko możliwa według lekarza.

Strona: 1 2 3 4 5 ... > »

Poronienie - Forum SRpP jest zbudowane na UseBB 1 Forum Software