łyżeczkowanie w znieczuleniu ogólnym

Zabieg wyłyżeczkowania macicy

Jest to jeden z trudniejszych momentów w szpitalu, szczególnie wtedy, gdy kobieta jeszcze nie poroniła dziecka. W tym momencie potrzebne jest kobiecie wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Obecność kogoś bliskiego

Co może pomóc? Obecność bliskiej osoby do momentu zaśnięcia. Wszystkie twarze, najczęściej, są obce. A przy zabiegu już jest kilka osób – lekarz, anestezjolog, położna, czasami jeszcze pielęgniarka, czasami jeszcze więcej osób. Ktoś, kogo się zna, kto będzie blisko – może bardzo pomóc.

Szacunek wobec kobiety i jej przeżyć

To nie jest tak, że nic się nie stało. Z medycznego punktu widzenia jest to zabieg prosty i bezpieczny, rutynowy. Dla kobiety, dla jej przeżyć – jest jednym z najtrudniejszych momentów w życiu. To już naprawdę koniec nadziei. Te pacjentki, które starały się w czasie pobytu w szpitalu „jakoś trzymać”, nawet z niezłym skutkiem, tutaj „pękają”. Nie dziw się, że płaczą. Uszanuj ten ból. Nie dziw się, że się boją. Dla lekarza – kolejny w życiu taki zabieg, dla kobiety – tragedia. Zrób wszystko, aby pacjentce ten moment było łatwiej przeżyć. Przygotuj narzędzia poza zasięgiem jej wzroku. Poinformuj o wszystkim, co się będzie działo. Jeśli nogi zostaną unieruchomione – to powiedz o tym wcześniej i wyjaśnij dlaczego. Powiedz o odczuciach związanych z narkozą – niech nic nie będzie tu niemiłą niespodzianką. Jeśli nie wiesz, co powiedzieć pacjentce, to może najlepsze jest milczenie. Żarty, wesołe historyjki dla reszty personelu zostaw na inny czas.

Pomoc w uśmierzeniu bólu

To jest tak oczywiste, że aż nie wiem, czy o tym pisać… Ale wciąż zdarzają się szpitale, gdzie ten bardzo bolesny zabieg wykonywany jest bez żadnego znieczulenia, mimo iż lekarze sami określają łyżeczkowanie bez znieczulenia jako niehumanitarne.

Z listów – gdy było dobrze
  • Mam za to jedno pozytywne doświadczenie – siostra wioząca mnie na zabieg pogłaskała mnie po ręce mówiąc ”życie, życie…” i widać było, że dostrzega moje cierpienie i nie jest Jej to obojętne.
  • Już po zbiegu na sali obudziłam się z narkozy przepisowo bez poduszki, ale z moim malutkim jasieczkiem pod głową. Położna podłożyła mi ją pod głowę, bym się lepiej czuła po przebudzeniu.
  • Do zabiegu przygotowywała mnie przemiła pielęgniarka. Zaczęłam płakać. Powiedziała, żebym się nie bała. Odparłam przez łzy, że wcale się nie boję, ale cierpię, ponieważ moje dzieci umarły. Pocieszała mnie jak mogła, głaskała po głowie i rękach. Mówiła do mnie ”kochanie” i nie powiedziała, że to się zdarza. Wręcz przeciwnie – powiedziała, że to niesprawiedliwe, ze niektóre dziewczyny nie mogą donosić ciąży, a tak tego pragną! Pytała też, czy to jest moje pierwsze poronienie. Potem przyszła ekipa lekarzy – mój, który wykonywał zabieg, przemiła doktor anestezjolog i jeszcze jeden lekarz, który założył mi maskę na twarz i mierzył ciśnienie. Powiedział, żebym się nie bała i nie płakała, bo będzie mi ciężko oddychać podczas narkozy. I ta przemiła Pani Pielęgniarka (trzeba to napisać dużą literą!) powiedziała mu, że ja się nie boję, że płaczę, bo straciłam dzieciątka. Tak powiedziała – nie „to”, nie ciążę, nie płód – tylko Dzieciątka! Będę jej za to wdzięczna do końca życia – nawet nie wiem, jak się nazywa.
  • Jestem po 2 poronieniach i po każdym miałam łyżeczkowanie. Za każdym razem na fotelu nie mogłam powstrzymać się od płaczu, łzy same cisną się do oczu, chociaż dużo łatwiej przez to przebrnąć, gdy personel medyczny jest miły i serdeczny, jak to było w moim przypadku za pierwszym razem. Pani oddziałowa trzymała mnie za rękę i powtarzała, żebym się nie załamywała, że następnym razem na pewno się uda. Wtedy tego nie doceniłam, gdy jak tylko zobaczyła, że nie jestem w stanie już dłużej powstrzymywać łez i płaczę coraz głośniej, kazała podać znieczulenie, które chociaż na parę chwil oderwało mnie od tej smutnej rzeczywistości. Niestety drugi raz był w innym szpitalu i z innym traktowaniem. Za pierwszym razem leżałam tylko na łyżeczkowanie i personel nie znał mnie, byłam tam tylko trzy dni, a mimo to wszyscy byli naprawdę mili i uprzejmi. Za drugim razem, przy łyżeczkowaniu, usłyszałam ”Czego ryczysz?”
Z listów – gdy było źle
  • ”Proszę się rozluźnić, bo odstąpię od zabiegu i do jutra będzie boleć. I nie hiperwentylować się” – w trakcie łyżeczkowania na żywca, po moich 3 zapewnieniach, że staram się rozluźnić ale to koszmarnie boli… to od lekarki. Gdyby powiedziała: ”wiem, że to boli, ale staram się delikatnie, proszę spróbować się rozluźnić, a oddychamy powoli, wdech- wydech” to może nie miałabym ochoty kopnąć jej w tę nieczułą twarz.
  • Sceneria – ja z rozłożonymi nogami, na fotelu ginekologicznym, tuż przed zabiegiem łyżeczkowania, wystraszona że mało nie zemdleję, wkoło sporo ludzi… Anestezjolog, luźno rzuca do lekarza: – A macie jakieś kłopotliwe pacjentki? Same kłopotliwe. – Ja nie jestem kłopotliwa – No jak to ”niekłopotliwa”? Przyszła pani i MUSIMY panią łyżeczkować, to niekłopotliwa? Dalej… zadziałała narkoza.
  • Sala zabiegowa, ja w znanej już pozycji, dr się przygotowuje do zabiegu, wchodzą pielęgniarki i zaczynają przekomarzać się z dr ”Panie doktorze, obiecał nam Pan żadnych więcej zabiegów dzisiaj, miałyśmy iść o 16.00 do domu.” Chciałam wstać, przeprosić za zamieszanie i wyjść.
  • Pokój zabiegowy wyglądał jak z horroru – ten fotel, pełno misek, narzędzi… nie chcę pamiętać.
  • Od rana nic nie jadłam i nie piłam. Od rana na wszystkie pytania „kiedy?” zbywali mnie. Ok 15-16 wreszcie zrobiono mi zabieg. Nie wytrzymałam i zrobiłam awanturę. Powiedziałam, że nie wyjdę z dyżurki, jak nie podadzą mi dokładnej godziny zabiegu! Wreszcie przyszła jakaś antypatyczna pani doktor i powiedziała, że zaraz zabierają mnie do sali zabiegowej. Była niemiła, bałam się, że zrobi mi krzywdę. Ale nie miałam wyjścia. Nie wiedziałam, że przywiązują nogi, nikt nie starał się nawet powiedzieć mi pół miłego słowa, zwracali się do mnie bezosobowo, albo po nazwisku.
  • Po godzinie odbył się zabieg, były tam też położne, śmiały się wścibsko. Niech teraz cierpi za chwile przyjemności…
  • Zabieg. (Moje trzecie poronienie.) Wchodzę do zabiegowego, 8 osób, lekarz, trzech studentów, anestezjolog, pielęgniarki. Anestezjolog opowiada lekarzowi dowcipy… ”znasz ten?”, nie zwraca na mnie uwagi. Mówię mu, że źle zniosłam ostatnie znieczulenie, nie reaguje, mówię, że wymiotowałam podczas zabiegu, nie mogłam się dobudzić, że lekarze byli zaniepokojeni, biegali, stali nad łóżkiem. On nie reaguje, po chwili mówi i tak pani nie wie, co panią czeka i się śmieje! Zdejmuję szlafrok, oni wszyscy stoją i na mnie patrzą, nie wiem, gdzie położyć ubrania, patrzę na nich, nikt nie reaguje, po chwili pielęgniarka mówi: tam jest parawan, proszę się rozebrać. Idę za parawan, cóż z tego, jak paraduję zza parawanu na drugi koniec sali rozebrana. Oni wszyscy stoją, patrzą na mnie, studenci sami chyba nie wiedzą, gdzie skierować oczy. Wchodzę na fotel, nie mogę się już opanować, odwracam od nich głowę, drżą mi usta, płyną łzy, których nie potrafię powstrzymać choć bardzo tego chcę. Staram się uspokoić ze wszystkich swoich sił, nie potrafię, zasypiam szczęśliwa, że nie będę już świadoma tego, co będzie się działo dalej.
  • Lekarze zgwałcili moją duszę i ciało, zamiast smutku czuję gniew pulsujący, coraz większy i większy! Ja kobieta odważna, silna i pełna wiary zostałam zamieniona w płaczące dziecko!!! Dlaczego? Teraz potrafię to nazwać, to był gwałt na mojej osobie… Największą parodią jest to, że pogodziłam się ze stratą dziecka i wiem, że będzie dobrze, a gniew, który mnie rozbija zawdzięczam komu? LEKARZOM. A wystarczyło tak niewiele, poinformować jak będzie wyglądał zabieg, że będą musieli przypiąć moje nogi (czułam się wtedy jak śmieć), to wiaderko można było usunąć, a po zabiegu któryś z lekarzy, już nie mówię o pani psycholog, mógłby ze mną porozmawiać jak człowiek z kobietą, która straciła największy w życiu skarb