DZIURA W SERCU
Inni mają cmentarz, grób. Im pozostaje Dzień Dziecka Utraconego.
Małgosia pisze list podpisany „mama dwóch Aniołków”. Rozmawiamy krótko. O życiu i śmierci. O ludziach, którzy próbują pomóc, ale nie wiedzą, jak. - Słucham innych kobiet i myślę, że i tak mam wiele szczęścia – mówi Małgosia. – Każdy z moich synków został potraktowany jak istota ludzka. Urodziłam martwe dzieci w 28 tygodniu ciąży, kiedy to zgodnie z prawem uznają człowieka za człowieka i wydają akt urodzenia. Mogłam nadać im imiona. Wydano mi ich ciała, mogłam je pochować. Mam miejsce, gdzie mogę je opłakiwać.
Małgosia urodziła chłopców 10 listopada ubiegłego roku w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku. Gdy okazało się, że dzieci nie żyją, natychmiast trafiła na salę porodową. Lekarz spytał, czy chce popatrzeć na dzieci. Potem dostała osobny pokój, by nie przebywać z innymi, szczęśliwymi matkami. Pielęgniarka zaproponowała środki uspokajające.
Częściej bywa zupełnie inaczej.
Korytarz szpitala w Stargardzie Gdańskim. W drodze z toalety dochodzi do poronienia, trzymiesięczny płód wypada na podłogę. Natychmiast pojawia się pani ze szmatą, wyciera podłogę. Na pytanie kobiety, czy to była dziewczynka, odpowiada – Pani i tak za dużo widziała.
Ewelina rodzi latem 2004 roku. Jest w 27 tygodniu ciąży. Wcześniej dzwoni na pogotowie, mówiąc, że ma skurcze. Dyspozytor radzi jej dojechać autobusem do szpitala. Sąsiadka pożycza pieniądze na taksówkę. - W Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku powiedziano, że nie mają sprzętu do ratowania tak małych dzieci i przewieziono mnie na Kliniczną – opowiada Ewelina. – Tam dostałam jakieś leki. Miałam skurcze, prosiłam o pomoc, ale pielęgniarka kazała mi zasnąć. W nocy urodziłam Dawida. Był bardzo niedotleniony. Lekarz następnego dnia powiedział, że mały jest na krawędzi śmierci. Poszłam do niego. Leżał w inkubatorze, nie mogłam go nawet dotknąć. Ważył 920 gramów, był taki malutki. Dwie godziny później zmarł.
Ewelina później leżała na sali z matką, której dziecko żyło. Podano jej środki uspokajające, ale nikt z nią nie rozmawiał o śmierci dziecka. Musiała sobie sama z tym poradzić.
Majka rozmawia całkiem spokojnie. Relacjonuje, jak w trzecim miesiącu ciąży trafiła do szpitala w Stargardzie, jak usłyszała, że nie ma szans, jak po pełnym cierpień tygodniu pobytu na oddziale poroniła dziecko w toalecie. I nagle zaczyna płakać. – To był koszmar – mówi. – Żałoba ciągle we mnie tkwi.
TAKIE TO WSZYSTKO ZAWIŁE
Lekarze niechętnie rozmawiają na temat poronień. – Szczerze mówiąc różnie to bywa – twierdzi jeden z ginekologów. – Część kobiet nawet nie chce wiedzieć, jakiej płci było dziecko. Zdarzają się przecież ciąże niechciane...
Dr Piotr Zygmuntowicz, ordynator położnictwa w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku uważa inaczej: - Dla kobiety, której dziecko się rodzi martwe, zawsze jest to szok. One przecież myślą o tym dziecku każdego dnia od kilku miesięcy. Dlatego pacjentka, która przeżywa taki dramat, trafia u nas do osobnego pokoju, gdzie nie spotyka matek z dziećmi i kobiet w ciąży. Staramy się zapewnić jej pomoc psychologa.
Inka nie miała tyle szczęścia. – Nie śpię całą noc, co chwila wychodzę do łazienki zmienić ligninę, boję się zbudzić inne pacjentki - wszystkie są w ciąży - przed snem słuchałam bicia serc ich dzieci, widziałam jak głaskają swoje brzuchy... Odwracam się za każdym razem do ściany, zagadują mnie, ale nie odpowiadam. Nie chcę na nie patrzeć, ani nic mówić, to zbyt wiele, nie czuję się na siłach.
Inka swoje przeżycia opisuje w czasie teraźniejszym. Opowiada, że lekarz nie chciał z nią rozmawiać, że pielęgniarka najwyżej pogłaskała po głowie, że nikt nie chce jej wydać dokumentów, że dopiero od nowej pani ginekolog, dowiedziała się, co mogło być przyczyną poronienia. – Każdy lekarz w moim rodzinnym mieście, że zawiłe to wszystko i że i tak tego nie zrozumiem. Nie wiem skąd mieli tę pewność, dlaczego nie spróbowali? – zastanawia się.
ZAWSZE MÓWIMY DZIEWCZYNKA
Część kobiet żałuje, że nigdy nie widziała swojego dziecka. – Zabrali je gdzieś, wynieśli. – mówi Barbara. – Potem dostałam środki uspokajające i zapadłam w czarną dziurę.
Grażyna, która poroniła w 24 tygodniu, patrzyła, jak położna trzymała jej
syna jak przedmiot. Jej nie pozwoliła go dotknąć.
- Trudno czasami pokazać płód matce – odpowiadają lekarze. – Ma kilkanaście
centymetrów, nie wygląda jak dziecko.
Kobiety pytają o płeć. Jeśli nie można rozpoznać płci, doktor mówi zawsze –
dziewczynka.
Dr Piotr Zygmuntowicz po długiej rozmowie z jedną z pacjentek zaczął pytać matki, czy chcą zobaczyć swoje nieżyjące dziecko. – Zrozumiałem jak im to czasem jest potrzebne.
Z reguły dopiero przy przedwczesnych porodach daje się matkom ciała dzieci do przytulenia i pożegnania.
GRANICA CZŁOWIECZEŃSTWA
Medyczna granica między człowiekiem a płodem wynosi 501 gram i przebiega w 22 tygodniu ciąży. Siedem dni w jedna stronę i możesz pochować dziecko. Dać mu imię. Siedem dni w drugą – dziecko może być spalone, wraz ze szpitalnymi odpadami.
Wiceminister zdrowia, Bolesław Piecha, obiecał latem tego roku, że do szpitali trafi rozporządzenie nakazujące wydawanie płodów rodzicom.
- Do nas jeszcze takie rozporządzenie nie dotarło – twierdzi Leszek Klimaszewski, wicedyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. – Ale i tak, jeśli rodzice tego sobie życzą, wydajemy im płód i wystawiamy akt zgonu.
Andrzej Zieleniewski, kierujący wejherowskim szpitalem mówi podobnie: - Wydajemy płody od dawna, na prośbę rodziców.
- Brakuje przepisów jednoznacznie regulujących kwestię rejestracji dzieci zmarłych przed albo zaraz po bardzo wczesnych narodzinach – mówi prawnik Katarzyna Spychała. – W efekcie zdarza się nawet, że jeden szpital postępuje odmiennie w stosunku do dwóch różnych pacjentek hospitalizowanych w podobnym czasie.
Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt rozporządzenia, ale stawia on rodziców w zupełnie przegranej sytuacji. Nowy przepis jednoznacznie przesądza, że martwym urodzeniem jest wyłącznie urodzenie, które nastąpiło po 22 tygodniu ciąży. Ostatecznie uniemożliwi to rejestrację dzieci zmarłych wcześniej.
- Najwyraźniej autorzy projektu uznali, że zdolni są jednoznacznie rozstrzygnąć jeden z podstawowych i najtrudniejszych sporów naszej cywilizacji, a mianowicie, od kiedy człowiek staje się człowiekiem – mówi Katarzyna Spychała.
ZATOKA DZIECI
Dla Grażyny jej syn był człowiekiem od pierwszego dnia, gdy tylko
dowiedziała się o ciąży. Dla jej księdza proboszcza również.
- Bardzo dużo rozmawialiśmy na temat tego, gdzie trafi Janek. – mówi
Grażyna. – I to były trudne rozmowy. Ksiądz wyjaśniał mi pojęcie otchłani,
ale sam miał niewielkie chyba pojęcie o ty, jaki ciężar czuje matka, której
dziecko nie zostało ochrzczone.
O pośmiertnym losie nieochrzczonych noworodków – także tych nienarodzonych –
dyskutuje od pewnego czasu Międzynarodowa Komisja Teologiczna. Przez wieki
tradycja Kościoła zakładała, że trafiają one do tzw. limbus
puerorum, czyli zatoki dzieci albo otchłani, jako czwartego stanu
między piekłem, niebem i czyśćcem.
Teraz komisja doszła do wniosku, że te dzieci będą zbawione, niezależnie od
tego czy zdążono je ochrzcić. Oznacza to, że wszystkie zmarłe przed chrztem
dzieci idą do nieba.
POGRZEB
Kilka miesięcy temu media obiegły zdjęcia z pogrzebu kilkudziesięciu nienarodzonych dzieci. Dopiero wtedy zaczęto publicznie zastanawiać się, co naprawdę dzieje się z ciałkami. Od tego czasu takie pogrzeby urządzono już w Lublinie i Łodzi. Pogrzeb łódzki wykorzystano przy okazji do akcji antyaborcyjnej.
- Moja żona płakała przez tydzień po obejrzeniu tego materiału w telewizji – mówi Wojtek, którego Anka poroniła w czwartym miesiącu. – Jak można zrównywać ludzkie tragedie z aborcją? Ktoś potraktuje tragedię instrumentalnie do swoich celów, ktoś zada kilka bezceremonialnych pytań i zapomni o sprawie, a ja potem całymi dniami próbuję przywrócić uśmiech na twarzy Ani.
W Chojnicach też powstał grób dla dzieci przedwcześnie urodzonych. Pogrzeby – absolutnie za darmo – organizuje właściciel zakładu pogrzebowego, Tadeusz Porożyński.
- Od kwietnia pochowaliśmy już około 20 takich dzieciaczków – mówi. – To był pomysł dyrektora szpitala i jednego z radnych, który sam też stracił dziecko. Czekamy, aż się zbierze kilka trumienek i organizujemy uroczystość. Jest i msza i modlitwa. Na każdej trumnie leżą róże. Nie biorę pieniędzy, bo jestem osobą wierzącą.
Na wspólnym grobie nie ma tabliczki z nazwiskami. – Nie wszyscy by sobie tego życzyli – tłumaczy szef zakładu pogrzebowego. – Wie pani, czasem to dziecko panieńskie, czasem trudno sie przyznać. Ale na tym grobie zawsze są świeże kwiaty, zawsze płoną znicze.
ŻAŁOBA
Nie chcą litości. nie chcą słyszeć, że będą miały kolejne zdrowe dzieci. – Matki dzieci utraconych mają prawo do żałoby – mówi Agnieszka Paczkowska, psycholog z gdańskiego hospicjum. – Ich ból jest naprawdę duży, trwa on czasem kilka miesięcy, czasem rok, czasem jeszcze dłużej. Przede wszystkim muszą mieć prawo do pochowania dziecka. Nazwania go. A także prawo do mówienia o nim. Pomóc można im, słuchając tego, co mówią, przytulając, gdy potrzebują, i nie zaprzeczając ich słowom. Jeśli kobieta twierdzi, że jest jej źle, nie możemy lekceważyć tego cierpienia.
- Najbardziej bolesne oprócz straty dziecka jest to, że wszyscy dookoła dokładnie wiedzą, co jest dla mnie dobre. – mówi Inka – Tłumaczą, że nic się nie stało, że jestem jeszcze młoda i z pewnością urodzę jeszcze mnóstwo dzieci. Ale ile muszę mieć tych dzieci, aby nie brakło mi tego pierwszego? Abym przestała za nim tęsknić?... I tu się dobre rady urywają.
Rok po poronieniu znalazła stronę www.poronienie.pl, na forum dostała wsparcie, jakiego nie otzrymała ani od rodziny, ani od przyjaciół czy tym bardziej od lekarzy. Założyła Gdańską Grupę Wsparcia dla kobiet po poronieniu.
Dorota AbramowiczMałgorzata Gradkowska